polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Streets A grand don't come for free

The Streets
A grand don't come for free

Once Bitten forever Smitten

    Mike Skinner od zawsze chciał być producentem, nie raperem. Na początku, zafascynowany płytami z amerykańskim hiphopem z półki starszego brata, tworzył głównie kawałki będące kalkami produkcji zza oceanu. Utwory były bardzo wtórne i nie udało się nimi zainteresować żadnego wydawcy, choć podobno warsztatowo były całkiem niezłe. Razem z kumplami zamienił swoją sypialnię w 'Hip-hop central', nagrywali nowe utwory i czekali na lepsze czasy. Już nawet zaczynało im wychodzić, kiedy Mike zdecydował się wyjechać do Australii. Po roku pracy w różnych pubach wrócił do domu, zastając na Wyspie królujący już w klubach 2step i UK garage - dla młodego chłopaka z Birmingham coś o wiele bliższego i świeższego niż gangsterskie historie czarnoskórych wyjadaczy. Fascynacja tymi gatunkami w naturalny sposób doprowadziła Skinnera do wypracowania całkiem nowego stylu. Wkrótce przeniósł się do Londynu i przybrawszy ksywkę The Streets ('bo brzmiała dobrze') wysłał jeden z nowych utworów do najbardziej zaangażowanej w promocję garage wytwórni - Locked On. Po tygodniu przyszła odpowiedź - utwór 'Has it come to this' ukaże się na singlu. Mike podpisał kontrakt jeszcze na dwa single, lecz już następnym krokiem było wydanie pełnej płyty.

    'Original Pirate Material' było połączeniem najmodniejszych wówczas na Wyspach gatunków muzycznych z niezwykle chwytliwymi, slangowymi nawijkami o nudnym życiu młodego Anglika: problemach z dziewczynami, paleniu jointów, grze na playstation. Prasa oszalała. Płyta została uznana za jedną z najbardziej przełomowych w historii nowej muzyki, Mike nazywany był głosem pokolenia, a nawet... brytyjskim Eminemem (szczerze mówiąc niezbyt to chlubne porównanie). Kilka miesięcy później album ukazał się w Stanach - i znowu sukces. Skinner został pierwszym angielskim raperem, który zdołał narobić szumu za oceanem. Wkrótce płyta została nominowana do prestiżowej nagrody Mercury Music Prize. Mimo że The Streets było faworytem krytyków, publiczności, a nawet bukmacherów, w wyścigu po statuetkę wygrała Ms Dynamite. Po jakimś czasie szum wokół genialnego dwudziestodwulatka ucichł. Niedawno zapytany, co w obecnej chwili porabia, odpowiedział dziennikarzowi, że kręci film.

A grand don't come for free

    Wbrew pozorom jego odpowiedź nie odbiega zbytnio od prawdy - teksty na nowej płycie doskonale nadawałyby się do zaadaptowania na scenariusz. Mike wyraźnie dojrzał, daje się to odczuć zwłaszcza w lirycznej warstwie albumu. Zamiast opowieści o laskach, imprezach i ziomach dostajemy ciągnącą się przez wszystkie utwory prostą, ale bardzo prawdziwą historię o miłości, zaufaniu i relacjach między ludźmi. Może brzmi to banalnie, ale wierzcie mi - za każdym razem kiedy słyszę tę płytę modlę się, żeby nasi rodzimi hiphopowcy mieli choć cząstkę tej wrażliwości, którą posiada Mike Skinner (Fisza nie liczymy). Bo to, co jest największą jego siłą to właśnie umiejętność opowiadania o ważnych rzeczach w prosty sposób - bez zbędnej ekwilibrystyki i kombinowania. W jednym z najlepszych utworów na płycie: 'Wouldn't have it any other way' (który wg mnie powinien przejść do kanonu piosenek miłosnych) Mike rapuje o tym, że woli zostać ze swoją dziewczyną w domu, siedzieć na kanapie i wspólnie oglądać telewizję niż włóczyć się z kolegami po knajpach. Sens całego tekstu najlepiej oddaje fragment: 'Cause basicly I love her / and I love staying here still / And I love sitting on the sofa with my girl, for real'.

    Sytuacje przedstawione w tekstach są jak odrysowane z szablonu. O ile miałbym pretensje do scenarzysty wciskającemu mi tak przewidywalną historię w kinie, to opowieść Skinnera wcale nie drażni. Opisane wydarzenia stają się tutaj po prostu bardziej uniwersalne; jestem pewien, że słuchając tej płyty każdy przynajmniej w jednym momencie odnajdzie gdzieś swoją osobę. Czy to w scenie, kiedy Mike na randce z nowopoznaną dziewczyną nerwowo obraca w palcach popielniczkę, czy kiedy zniecierpliwiony czekaniem w klubie śle przyjaciołom smsy: 'gdzie jesteście?'. Może nawet, gdy kłócąc się z Simone mówi: '..nie dam ci teraz przykładu, w tej chwili nie pamiętam.. robisz to cały czas, dobrze wiesz co.. nie wiem dokładnie, kiedy ostatnio to zrobiłaś..' Brzmi znajomo?

    Jeszcze coś o samej muzyce. Jest tu niestety kilka słabszych momentów (np. śpiewany fragment w 'get out of my house'), ale na szczęście zdarzają się naprawdę sporadycznie. Reszta płyty to kontynuacja kierunku obranego na 'Original pirate material', ale ci, którzy spodziewają się tanecznych 2stepów, mogą być trochę zaskoczeni. W czasach poprzedniej płyty krążyła anegdota, że Mike godzinami zastanawiał się nawet nad długością przerw między utworami - tak bardzo były dopracowane. Wspomnę tylko, że nowy album bije OPM na głowę. Nowe kawałki są spokojniejsze, doszło dużo gitar, więcej jest też fragmentów śpiewanych (Skinner cudownie fałszuje).

Epilog

    Płyta 'A grand don't come for free' od dwóch tygodni nie opuszcza mojego odtwarzacza. Życzę wam tego samego.

[Mikołaj Pasiński]