polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Serafina Steer The Moths Are Real

Serafina Steer
The Moths Are Real

Dziewczyna z harfą. Tak ich przecież niewiele, ale te które znamy wypełniają w pewnym sensie całą przestrzeń „zarezerwowaną“ dla tego instrumentu. A jest to instrument dziwny, samą budową zwraca uwagę z daleka, trochę niebiański, bardzo oldskulowy, mocno szalony a jednak o kojącym dźwięky, niezwykle niewygodny. Ciężki, trzeba mieć wózek i kółka.
Joanna Newsom jest pierwszą oczywistą postacią, która przychodzi na myśl, gdy mowa o harfie w nowoczesnej muzyce alternatywnej. I nic dziwnego, bo swoją osobowością przyćmiła niejednego głośnego gitarzystę. Zrobiła to tak charyzmatycznie i sugestywnie, że wydaje się, że już dla innej harfistki nie zostało wiele wolnego miejsca, jeśli jakiekolwiek.
Ale każdy instrument, na szczęście można traktować na różne sposoby, jechać po ekstremach. Harfa wydaje się do różnorakiego zastosowania stworzona. I pojawiła się nowa postać, która z tego instrumentu zrobiła centrum swojej twórczości - Serafina Steer.

Sięgnąłem po tę płytę, gdy dowiedziałem się, że to solo album dziewczyny, która gra w zespole Johna Foxxa. A jego ostatnie dokonania wysoce cenię, więc musiałem natychmiast zbadać co robią jego współpracownicy. Pamiętam Serafinę z koncertu Foxxa na Unsoundzie - multinstrumentalistka (tam bez harfy), góra klawiszy, skrzypce, wokale, ale najbardziej zwracało uwagę jej skupienie na grze, wciąganie każdej nuty porami ciała i umysłu. Jej obecność na scenie dodawała koncertowi czegoś szczególnego, chyba nawet pamiętam bardziej jej ekspresję niż samego Foxxa.
Ku mojemu zaskoczeniu płyta The Moths Are Real jest prawie zupełnie akustyczna. Liczyłem na jakieś sprytne kontynuację foxxowych wątków, a dostałem coś kompletnie innego! I to jest bardzo dobre! Minimalizm kompozycyjny, gdzie harfa mimo że jest głównm narzędziem jest często schowana, pełne wyczucia wokale o bardzo szerokim wachlarzu interpretacji, nawet gdy pojawia się coś na kształt drobnej orkiestry czy quasielektronicznego bitu zawsze jest zostawione wiele powietrza, oddechu.

W zasadzie to głos i harfa budują całość, reszta środków jest rozwinięciem skali, poszerzeniem aranżacji i uatrakcyjnienem. Czyli na scenie prawdopodobnie w wersji solowej może to zadziałać równie doskonale.
Wątki muzyki dawnej przeplecione z refleksjami o dniu dzisiejszym, rzecz jasna spora ilość rozwiązań folkowych jest także tutaj obecna. Słyszymy wyraźnie, że to jest nagrane dziś, ale pewnie poprzez obecność pana producenta Cockera Jarvisa (tak, to on) jest tutaj wyczuwalny także posmak przełomu lat 60tych i 70tych, ze szczególnym naciskiem na dokonania Vanniera z Gainsburgiem i wczesną Joni Mitchell, pewnie wiele innych wpływów się także znajdzie, ale wpływ Jean-Claude Vanniera jest dla mnie wyczuwalny najbardziej. Poszerzając ten trop - Cocker pracował także z Charlotte Gainsburg i parę pomysłów przeniósł także tutaj, co nie jest niczym złym, bo obydwie panie dość łatwo wyobrazić sobie na scenie w duecie (to byłoby coś!).

Mimo minimalizmu kompozycyjnego uzyskane walory są tak różnorodne, każdy utwór jest inny. Od angielskiej zielonej sielskości w "Night Before Mutiny", który ma także coś z pieśni Kate Bush, aż po "Disco Compilation", gdzie pojawia się kompresowany bit, z jednej strony pastiszowy, o housowym pochodzeniu, z drugiej bardzo efektywny tanecznie. "Machine Room" z kolei łączy coś z minstrelskiej tradycji z delikatnie dramatyzowaną narracją z jakiegoś awangardowego teatrzyku. Są też hity - "Lady Fortune", gdzie harfa jest zabawnie wspomagana przez drumlę i przestrzenne klawisze. Podobnie dzieje się w "The Removal Man", ale tutaj dochodzą jeszcze kojarzące się z szantami męskie chóry śpiewające niezłe huki oraz budujące nastrój katedralne organy. Wiele fragmentów przypadnie do gustu także wielbicielom Julii Holter, ale także Laurie Anderson, oraz, tak, powiem to - fanom Asi Miny.
No tak, to nie jest jej pierwsza płyta, acha...

I tak dalej. Jedna z najciekawszych płyt w tym roku bez wątpienia. Choć widzę, że przechodzi bez należnego jej hajpu.
Mam nadzieję, że będziemy mieć szansę usłyszeć Serafinę w tym roku w Polsce. Podejrzewam, że na koncercie te pieśni i piosenki dopiero rozwijają skrzydła. No i to skupienie, zasłuchanie w dziejącą się właśnie muzykę. Tak trzeba.

[Wojciech Kucharczyk]