polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
FRITZ KALKBRENNER SICK TRAVELLIN

FRITZ KALKBRENNER
SICK TRAVELLIN

 

W ostatnich kilku latach za sprawą dwóch braci, nazwisko Kalkbrenner stało się jedną z najlepiej rozpoznawalnych wizytówek europejskiej sceny elektronicznej. Najnowsza płyta młodszego i dotychczas mniej znanego z rodzeństwa tę opinię co najmniej podtrzymuje, a już na pewno można stwierdzić, iż to właśnie mniej doceniany Fritz wydaje się być muzykiem bardziej wszechstronnym.

Sick Travellin wyłamuje się z klasycznej już, berlińskiej, klubowej, technicznej maniery urzekając lekkością, swobodą oraz różnorodnością. Zaskakuje przede wszystkim rzadko spotykana w tego typu produkcjach obecność wokali. Delikatne ich wstawki świetnie pasują do bogatych wątków zaczerpniętych z funky, soul czy folku, co w połączeniu z żywą linią basu tworzy zaskakująco głęboką przestrzeń. I to właśnie kolejna rzecz, która wyróżnia tę pozycję na tle innych didżejów. Artysta czerpie inspiracje z wielu gatunków, wychodząc poza pewne ramy dotychczas przypisywane muzyce house’owej, przez co klimat płyty utrzymany jest bardziej w rytmie spokojnego nurtu dance, aniżeli mocnego i dynamicznego rave. Cechuje go ogromne wyczucie oraz łatwość w budowaniu i kombinacji motywów. Uwagę przykuwają zwłaszcza rewelacyjne sample oraz umiejętnie wplecione żywe instrumenty - gitara basowa, gitara, klawisze. Owa kompozycyjna otwartość powoduje, iż otrzymujemy dość unikalne i nowe spojrzenie na współczesną scenę electro, która w tej produkcji przyjęła świeższą, spokojniejszą, bardzo poukładaną i przemyślaną formę. Jest miejsce zarówno na utwory melancholijnie (np. „Sick Travellin part 1”, „Monta Rosa”), energetyczne („Get a Life”), popowe („Willing”), groove („Hummin Hills”, „Can’t Stand the Fire”), transowe („Make Me Say”, „Chequer Heart Day”), czy momentami wręcz refleksyjne („No Peace of Mind”, „Little by Little”). 

Całość tworzy doskonały, prawie 70 minutowy organiczny miks utrzymany w estetyce delikatnego clubbingu - jednak nie tego tradycyjnego, „mechanicznego”, ale takiego w którego ktoś tchnął ducha. Oto nowe oblicze wyjątkowego, berlińskiego minimalu.

 

[Dariusz Rybus]