polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE SMASHING PUMPKINS OCEANIA

THE SMASHING PUMPKINS
OCEANIA

Trzeci po reaktywacji z 2006 roku, studyjny album The Smashing Pumpkins umacnia mnie w przekonaniu, iż wielkie come backi, z którymi mamy do czynienia od początku lat dwutysięcznych powinny mieć charakter tylko i wyłącznie koncertowy. Właściwie tę płytę można byłoby przemilczeć, ale nadchodząca festiwalowa ofensywa Corgana sprawia, że warto na nią spojrzeć, jako na kolejny rozdział w opowieści pod tytułem "upadek rockmana".

W nowych, bardzo rockowych kompozycjach brakuje przede wszystkim pomysłu, charyzmy, zadziorności - właściwie tylko „Quasar” na początku płyty przez chwilę nawiązuje do wyjątkowego, pumpkinsowego stylu. Utwory są zbyt rozbudowane, wręcz przekombinowane. Najbardziej irytują bardzo częste i jednostajne partie perkusji, momentami prawie galopady (największy popis nowego perkusisty otrzymujemy przy „My Love is Winter”). Wokale bardziej pasują do audycji radiowych z muzyką discorockową z lat 80' aniżeli do dzieła jednej z legend alternatywnego rocka. Wydawnictwo brzmi jakby wypełniały go odrzuty z i tak już bardzo przeciętnego Zeitgest, a jego najsłabszymi punktami są niewiarygodnie kiczowate ballady „The Celestial”, „Violet Rays” oraz „Pinwheels”. Odrobina psychodelicznej nuty i dynamika, które tak doskonale kreowały motywy na Gish, Siamese Dream, czy genialnym Mellon Collie and the Infinite Sadness zostały zastąpione nadmierną melancholią („Pale Horse”), wyjątkowo słabymi solówkami („The Chimera”, „Inkless”), miałkimi chórkami („Oceania”, „Wildflower”), ponadto momentami pojawiają się liczne nawiązania do nieudanego solowego debiutu lidera Dyń Future Embrace („One Diamond, One Heart”).

Legenda The Smashing Pumpkins rozmienia się na drobne w czym największy udział właśnie Billy’ego Corgan’a, który w międzyczasie bardziej sprawował funkcję Menedżera grupy do spraw Public Relations (tłumaczącego się co jakiś czas ze swoich coraz dziwniejszych, wręcz absurdalnych pomysłów, a to odnośnie roszad w składzie zespołu, a to charakteru publikacji następnej płyty oraz kolejnych nowych utworów), aniżeli artysty mającego aspiracje choćby zbliżenia się do tego kim był i jaki miał wpływ na gitarową muzykę w latach 90-tych. 

Bardzo przeciętna czy wręcz słaba płyta tworu Billy Corgan and Company i małe zainteresowanie spowodowały, że zespół nie wyruszył nawet w regularną, europejską trasę koncertową promującą album. Próba odbudowy nadszarpniętego wizerunku nastąpi z dużym opóźnieniem dopiero podczas zbliżającego się lata. Zaskakujący, potwierdzony udział w bardziej ambitnych, a mniej nośnych wizerunkowo festiwalach jak Dour czy Pohoda wskazują, na to, iż Pumpkins podejmą (spóźnione) starania o odzyskanie artystycznej autentyczności oraz wiarygodności. A może to jednak kolejny, przemyślany piarowski chwyt podupadającego rockmana mający na celu odwrócenie uwagi od twórczej próżni, w której od ponad dekady się znajduje? Czas pokaże.

[Dariusz Rybus]