polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

CoCArt Festival 2013
Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu” | Toruń | 22-23.03.13

Piąta edycja festiwalu CoCArt w Toruniu odbyła się w największej sali lokalnego Centrum Sztuki Współczesnej, oferującej akustyczny i wizualny rozmach. Każdego dnia zobaczyliśmy po cztery koncerty, ukazujące zróżnicowanie koncepcji twórczych i wykonawczych, które można sobie wyobrazić myśląc o „eksperymentalnej muzyce elektronicznej i elektroakustycznej”. Dzięki ułożeniu programu w pewnego rodzaju parach piątkowo-sobotnich, możliwości i wyzwania związane z różnymi podejściami stały się bardziej czytelne, a znaczenie indywidualnego sposobu wypowiedzi i artystycznego doświadczenia – bardziej doniosłe. Poniżej spróbuję opowiedzieć o festiwalu przez pryzmat tych czterech metodologii, które moim zdaniem zarysowały się na CoCArcie (tytuły ode mnie, nie mają one szczególnego znaczenia).

Po pierwsze – „człowiek i jego wynalazczość”, czyli Pierre Bastien i ZE’V. Dwa bardzo różne brzmieniowo i nastrojowo koncerty w wykonaniu sześćdziesięciolatków, których wypowiedź artystyczna jest nieodłącznie związana z wypracowanym przez lata instrumentarium. To te występy, choć nie ostatnie w programie, były ukoronowaniem obu dni festiwalu. Pierre Bastien zagrał za pomocą własnoręcznie zbudowanej instalacji mechaniczno-elektrycznej, filigranowej, cage’owskiej fabryki dźwięku i niedużych instrumentów akustycznych, ale z wykorzystaniem także elementów dźwiękowych towarzyszących wizualizacjom. Skręcona z pomysłowością przerastającą Adama Słodowego i modyfikowana przez Bastiena w trakcie występu minimaszyneria generowała dźwięki drobne, które dzięki wzmocnieniu składały się w barwną mozaikę niczym tkanki oglądane pod mikroskopem. Na tej zgrabnej, choć niebanalnej strukturze analogowo-konstruktorskich pętli, Bastien umieszczał frazy grane smyczkiem na jednostrunowej afrykańskiej lutni oraz na kornecie (z wykorzystaniem maleńkiego mikrofonu umocowanego w instalacji niczym maszt), czasem wpuszczając kornet rurką do pojemnika z wodą. Blisko umieszczona kamera przenosiła te wydarzenia na przysłowiowy ekran, nadając im niemal gigantycznych rozmiarów niczym z modernistycznych zachwytów nad przemysłem. Czasem pod spodem, czasem na wierzchu znajdowały się dźwiękowe loopy powiązane z obrazem, archiwalnymi nagraniami muzyków z różnych, głównie afro-karaibskich tradycji. Rezultat był fascynującym świadectwem pomysłowości i wrażliwości, audiowizualnym doświadczeniem niebywale oryginalnym, ale zarazem komunikatywnym na poziomie podstawowych składników – rytmu, melodii, radości tworzenia dźwięku. ZE’V natomiast wystąpił z ascetycznym, ale pomysłowym zestawem narzędzi. Zagrał ma dużym obręczowym bębnie i kilku perkusjonaliach, siedząc cały koncert w rogu sali. Mikrofon kontaktowy podłączony do bębna przesyłał impuls do małego wzmacniacza, na którego membranie stał słoik wypełniony wodą, a nad nim znajdowały się dwie żarówki. Fenomeny świetlne w słoiku rejestrowała kamera bezpośrednio podłączona do rzutnika. W ten pomysłowy sposób powstawał wizualny ekwiwalent muzyki (ZE’V przełączał też żarówki w trakcie występu), który był, kontynuując biologiczne porównania, niczym taniec bakterii. Skupiony koncert obywał się bez zamaszystych gestów, ZE’V cierpliwie budował skromną, ale hipnotyzującą i wciągającą narrację.

Po drugie – „muzyka jako performans”, czyli Sudden Infant i Arma. Joke Lanz aka Sudden Infant, w gwałtownym, psychologicznym występie na urządzenia elektroniczne, mikrofony kontaktowe, rytmiczne drobiazgi i głos zaprezentował kapitalne połączenie sonicznego eksperymentu, dramaturgii w operowaniu słowem i wykonawczej charyzmy. Grając przed główną sceną, konfrontując się z publicznością (która jednak tej konfrontacji trochę unikała, siedząc w oddaleniu), doskonale operował dynamiką i bądź co bądź piosenkowymi zrębami, łącząc śpiew i monodeklamacje, krzyk i szept, wplatając też głosy i dźwięki znalezione, co dawało wrażenie swoistego, punkowego słuchowiska. Można byłoby powiedzieć, że to skondensowanie tradycji Einsturzende Neubauten do performansu jednej osoby, ale jakże wciągające. Litwin Armantas Geciauskas, vel Arma, który rozpoczął cały festiwal, niestety nie miał porównywalnego doświadczenia ani treści do zaproponowania. Jego występ na tle przyrodniczo-ludowych obrazów, w niepoważnym kostiumie i przeplatający tworzenie muzyki z, powiedzmy, pantomimą, miał momenty ciekawe, ale też momenty kuglarskie i płytkie. Per saldo był to jeden ze słabszych punktów festiwalu.

Po trzecie – „maszyna i rozkład”, czyli Pure i Yannick Franck. Tylko dwa koncerty festiwalu miały charakter pozbawionych przerw i tworzonych elektronicznie dźwiękowych architektur i co ciekawe, oba obyły się bez wizualizacji. Występujący pierwszego dnia Austriak Peter Votava aka Pure, zagrał muzykę matową, dość masywną, ułożoną w bloki kontrapunktowane wspomnieniami techno. Pogrążony w półmroku, także muzycznie nie sięgał po jaskrawe przykuwacze uwagi, ale jego brzmienie było wyraziste, dojrzałe, a set z każdą kolejną fazą nabierał większego sensu. Przeciwną ewolucję w czasie miał występ Yannicka Franck, który od strony wrażeń sonicznych można opisać jako koncert na dwa silniki odrzutowe i głos. Zestawienie śpiewu ze statycznymi chmurami dźwięku i rozkład linii wokalnych w nich robiły dobre wrażenie, gorzej było z nadmiernie długimi pasażami, w których Franck przetwarzał wokalizy w wibrujące niby-drony. Franck zbyt był skupiony na posiadanych efektach, a za mało na dramaturgii i treści, jak na koncert tej długości.

Po czwarte – „okołorockowy eksperyment na zespół”, czyli Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski oraz THEME + Sores & Peron. Oba wieczory zakończyły się koncertami w quasi-rockowym instrumentarium. Piątkowy występ tria Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski przeistoczył się w swoisty happening, z dwiema paniami robiącymi na drutach po sceną, Peronem (niegdyś lider Faust) czasem śpiewającym, czasem deklamującym, wykorzystującym sample wokalne w różnych językach, zapraszającym kogoś z publiczności do powtarzania po polsku bon motu spinającego dany utwór, itd. Ale najważniejsze, że od strony instrumentalnej grupa wypadła świetnie, scalając elektroniczne faktury z gitarą bądź basem i pełną wyobraźni grą Chołoniewskiego. W pierwszym dniu festiwalu, dość skromnym, jeśli o chodzi o wielość dźwięków i zmienność form w ramach poszczególnych koncertów, było to świetne, ożywiające zamknięcie. Dużo słabiej wypadł koncert sobotni w wykonaniu grupy THEME, do której dołączyli Zsolt Sores (na całym koncercie) i Jean-Herve Peron (w drugiej połowie). Na festiwalach popularno-rockowych w ramach eklektyzmu pojawiają się często koncerty z innych stylistyk i czasem zdarza się, że epatują one kliszami swej estetyki. Tu przydarzyła się sytuacja przeciwna – wokalista Richard Johnson zachowywał się jakby zapomniał, że w głębokiej Polsce też niejedna osoba mogła widzieć PiL i rozumieć banał jego tekstów, a od strony instrumentalnej zespół grał drętwo, kwadratowo. Nie sprawdziło się też granie rockowych podziałów przez Chołoniewskiego, pozbawionego w tej konwencji wrażliwości słyszalnej dzień wcześniej i na jego solowych płytach. Niejako manifestując luźny związek z rockowym formatem grzązł w kliszach takich luźnych związków – prowadzących donikąd maźnięciach dronu, glitchu, pitupitu perkusjonaliów.

Po raz pierwszy wybrałem się na CoCArt i zdecydowanie było warto. Różnorodny, ale przemyślany program, doskonała realizacja od strony akustycznej i wizualnej, kilka koncertów przynoszących bardzo mocne i intrygujące doświadczenia – trzymam kciuki za kontynuację w przyszłym roku na równie dobrym poziomie.

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Pierre Bastien [fot. Piotr Lewandowski]
Pierre Bastien [fot. Piotr Lewandowski]
Pierre Bastien [fot. Piotr Lewandowski]
Pierre Bastien [fot. Piotr Lewandowski]
Pierre Bastien [fot. Piotr Lewandowski]
Pierre Bastien [fot. Piotr Lewandowski]
ZE’V [fot. Piotr Lewandowski]
ZE’V [fot. Piotr Lewandowski]
ZE’V [fot. Piotr Lewandowski]
Sudden Infant [fot. Piotr Lewandowski]
Sudden Infant [fot. Piotr Lewandowski]
Sudden Infant [fot. Piotr Lewandowski]
Sudden Infant [fot. Piotr Lewandowski]
Sudden Infant [fot. Piotr Lewandowski]
Arma [fot. Piotr Lewandowski]
Arma [fot. Piotr Lewandowski]
Arma [fot. Piotr Lewandowski]
Pure [fot. Piotr Lewandowski]
Pure [fot. Piotr Lewandowski]
Pure [fot. Piotr Lewandowski]
Yannick Franck [fot. Piotr Lewandowski]
Yannick Franck [fot. Piotr Lewandowski]
Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski [fot. Piotr Lewandowski]
Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski [fot. Piotr Lewandowski]
Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski [fot. Piotr Lewandowski]
Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski [fot. Piotr Lewandowski]
Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski [fot. Piotr Lewandowski]
Jean-Herve Peron & Zsolt Sores + Tomek Chołoniewski [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]
THEME + Sores & Peron [fot. Piotr Lewandowski]