polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Rafael Anton Irisarri wywiad

Rafael Anton Irisarri
wywiad

Brian McBride ze Stars of the Lid powiedział swego czasu pół żartem-pół serio, że na początku kariery jedną z jego głównych inspiracji były długo wybrzmiewające końcówki grunge'owych utworów. Podobna dewiza zdawała się przyświecać wychowanemu w sercu „flanelowej” rewolucji Rafaelowi Irisarriemu, który wbrew geograficznym korzeniom, zamiast chodzić na koncerty Pearl Jam, wolał zasłuchiwać się w Souvlaki i analizować złożoność tekstur Loveless. Kilkanaście lat później podjął decyzję o tworzeniu własnej muzyki i z perspektywy paru ostatnich lat dał się poznać jako wszechstronny producent, udanie balansujący pomiędzy ambientem, post-klasyką, techno i shoegazem. W ubiegłym roku, za sprawą współpracy z Benoit Pioulard, pokazał się również od „piosenkowej” strony. Z tej okazji rozmawialiśmy tuż przed powrotem z europejskiej trasy koncertowej.

Po wydaniu czterech solowych albumów – dwóch pod szyldem The Sight Below i dwóch sygnowanych własnym nazwiskiem, w ubiegłym roku po raz pierwszy zmierzyłeś się z formułą „pełnoetatowej” pracy w duecie. Efektem – album Orcas, nagrany wspólnie z Benoit Pioulard. Powiedz kilka słów na temat początków tej współpracy i jej przebiegu. Czy przestawienie się z trybu nagrywania w pojedynkę na bardziej kolektywne działanie nie sprawiło Ci trudności?

Wszystko zaczęło się w 2009 roku na Decibel Festival w Seattle. Tom występował tam jako jeden z artystów, a ja byłem kuratorem artystycznym tego eventu i w ten sposób się poznaliśmy. Okazało się, że świetnie się dogadujemy i przez kilka miesięcy byliśmy w stałym kontakcie. Gdzieś w 2010 roku Tom odwiedził mnie parę razy w Seattle (mieszkał wtedy dość blisko - w Portland) i spędziliśmy kilka weekendów w moim studio, improwizując. Na bazie tamtych sesji zaczęliśmy budować zalążki utworów i tak, po nitce do kłębka, rok później mieliśmy już materiał na cały album. Praca z Tomem przebiegała niezwykle harmonijnie. Obaj mamy bardzo podobne poczucie estetyki. Gdy pojawia się jakiś pomysł, jego rozwinięcie przychodzi zupełnie naturalnie. Myślę, że ta łatwość tworzenia wynika z szacunku jakim wzajemnie darzymy nasze poprzednie dokonania. Tom jest niesamowitym wokalistką, songwriterem, multi-instrumentalistą, a przy tym po prostu fajnym gościem, z którym zawsze można gdzieś wyskoczyć i rozerwać się. W przerwach między nagraniami uwielbiamy pić piwo w lokalnym belgijskim barze i oglądać Seinfeld albo Curb Your Enthusiasm. To taki mój młodszy brat lub coś w tym stylu (śmiech).

Coś w tym jest. Słuchając tej płyty, wyczuwam między Wami podobną nić porozumieniu jak w przypadku Roberta Frippa i Davida Sylviana na albumie Gone to Earth. Po części wynika to z tembru głosu Thomasa, ale wydaje mi się też, że Twoje soundscapesy mają w sobie coś z Frippa i jego specyficznego sposobu operowania gitarą. Pamiętam, że w którymś z wywiadów porównywałeś Orcas do późnego Talk Talk, jednak w moim odczuciu podobieństwo do Sylviana jest bardziej zauważalne.

Oczywiście, rozumiem, że takie skojarzenia mogą Ci się nasuwać. Jestem wielkim fanem Davida Sylviana, więc traktuję to jako komplement. Nie jestem tylko przekonany czy wokal Toma faktycznie brzmi podobnie do Davida. Wydaje mi się, że jego głos ma w sobie coś unikatowego, łatwo rozpoznawalnego i funkcjonuje na własnych prawach. Prawdę mówiąc, gdy rozpoczynaliśmy pracę nad tym projektem, nie stawialiśmy sobie żadnych założeń jak on ma brzmieć. Wiesz, to nie było tak, że siedliśmy ze stosem płyt i zdecydowaliśmy, że połączymy artystę X z Y. To wszystko wyszło bardzo naturalnie i ostateczny kształt i brzmienie tego materiału jest taką wypadkową naszych indywidualnych stylów.

Macie już pomysły na kontynuację tego projektu?

Jak najbardziej, pracujemy właśnie nad nowym materiałem i chcemy, żeby ta współpraca miała trwały charakter.

Przy okazji – jaki jest status Twoich pozostałych kooperacji? Ciekawi mnie zwłaszcza twój projekt Goldmundem. Swego czasu nagraliście m.in. przeróbkę utworu Satie, która trafiła na kompilację francuskiego labelu Arbouse. Planujecie jakiś dłuższy materiał?

Prawdę mówiąc, nie pracujemy w tej chwili nad żadnym konkretnym projektem z Goldmundem. Współpracowaliśmy kilkukrotnie w przeszłości, nagraliśmy kilka numerów i na tym się skończyło. Oczywiście chciałbym coś jeszcze nagrać z Keithem, bo bardzo lubię jego twórczość, ale w tym momencie byłoby to trudne do zrealizowania – obaj jesteśmy dość „zabiegani”, a poza tym mieszkamy na dwóch przeciwległych końcach kraju. Tak czy inaczej, jestem otwarty na kontynuację tej współpracy w przyszłości. Jeśli chodzi o inne kooperacje to mam jeszcze w planach EP-kę z islandzkim artystą dub-techno - Yagya. Pracę nad tym projektem rozpoczęliśmy już jakiś czas temu. Podczas mojej ostatniej zimowej wizyty na Islandii udało nam się napisać kilka nowych kompozycji i wkrótce będziemy je dopracowywać drogą „internetową”. Tyle na razie mogę zdradzić.

Słyszałem, że Twoja islandzka wizyta zaowocowała też dość niecodziennym setem didżejskim, podczas którego grałeś utwory z pogranicza ambientu i post-klasyki. Przyznam, że to rzadko spotykana sytuacja. Czy Islandczycy faktycznie są tak melancholijni, że potrafią się bawić do takich dźwięków? 

To było w Kaffibarinn, legendarnym barze w Reykjaviku. Zapytałem właścicieli czy nie mieliby nic przeciwko setowi z muzyką której słucham na co dzień. Zgodzili się i myślę, że wyszło całkiem nieźle. Wiesz, to nie jest ten rodzaj klubu, do którego ludzie przychodzą potańczyć czy coś w tym stylu. Bardziej dla osób, które chcą się napić drinka i pogadać z przyjaciółmi. Wystrój wnętrza przypomina pokój gościnny. Bardzo przytulne miejsce! Islandczycy to świetni ludzie i niezwykle miło wspominam cały ten wyjazd. Nie mogę się doczekać powrotu!

Porozmawiajmy przez chwilę o Twojej wcześniejszej twórczości. Każdy z albumów, które do tej pory nagrałeś miał nieco inny charakter. Solowy debiut oparłeś w dużej mierze na dźwiękach akustycznego pianina. Na drugiej płycie skręciłeś w stronę rozmytych, ambientowych pętli z dużą ilością nagrań terenowych. W Sight Below z kolei odnosisz się do twórczości GAS, przy czym utwory mają w dużej mierze gitarową bazę. Jak z perspektywy czasu postrzegasz wszystkie te albumy? Jesteś w stanie określić w którym z tych wcieleń czujesz się najlepiej?

Myślę, że każdy z tych albumów odzwierciedla pewien okres w moim życiu. Każda z tych płyt ma dla mnie dość osobisty wydźwięk i oddziałuje na mnie w podobny sposób jak moje ulubione krążki – wracając do nich, potrafię dokładnie przypomnieć sobie pewne wydarzenia z przeszłości związane z okresem gdy po raz pierwszy ich słuchałem. Przywołują one pewne wspomnienia z dawnych lat. Oczywiście moja twórczość ewoluuje i rozwija się - to dla mnie podstawa działalności artystycznej. Nie chciałbym popaść w stagnację, wybierając sobie jeden określony nurt w którym czuję się dobrze, a następnie do znudzenia powielać sprawdzoną formułę na kolejnych płytach. Lubię podejmować ryzyko artystyczne i nawet gdy czasami coś się nie sprawdzi, mogę z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że przynajmniej spróbowałem. Na szczęście moi słuchacze rozumieją takie podejście. Zawsze powtarzam, że sukces sprzyja poczuciu zbytniego komfortu, podczas gdy porażki wzmagają w nas kreatywność i dążenie do innowacyjności.

Tak było między innymi z płytą The North Bend. Nie byłeś zadowolony z pierwotnej wersji i tuż przed wydaniem postanowiłeś ją skasować. Ostatecznie do wytwórni wysłałeś zupełnie inny materiał, który okazał się sporym sukcesem. Czy te nieopublikowane nagrania mają jeszcze szansę ujrzeć światło dzienne?

Nie, skasowałem je bezpowrotnie. Czasami tak robię – jestem z czegoś niezadowolony i koniec, muszę się z tego „oczyścić”. Takie ostateczne usuwanie nagrań jednoznacznie gwarantuje, że materiał nigdy nie ujrzy światła dziennego. Nie ma od tego odwrotu i tak naprawdę decydując się na taki krok trzeba być jeszcze bardziej utwierdzonym w jego słuszności niż w przypadku decyzji o wydaniu jakiegoś materiału. Wiesz, czasami trzeba coś zniszczyć żeby dojrzeć i wynieść z tego pożyteczne wnioski. To tak jak z ikonoklazmem.

Zostając w temacie The North Bend - kilka miesięcy temu zdecydowałeś się na wydanie skromnej reedycji, 70 sztuk w wersji DIY. Skąd ten pomysł? Nie wolałeś wznowić tego oficjalnie w wytwórni?

Z The North Bend było tak, że pierwotna wersja ukazała się w ściśle limitowanej edycji i Lawrence wytłoczył tylko 500 sztuk tego materiału. Gdy podstawowy nakład był już wyprzedany, okazało się, że zostało mu kilkadziesiąt nadprodukowanych gatefoldów, więc postanowił wysłać je do mnie na wypadek gdybym chciał zrobić trochę „home-made” kopii do sprzedaży podczas trasy. Pomyślałem, że to bardzo miło z jego strony, więc czemu by nie zrobić specjalnej, ręcznie numerowanej edycji z podpisami? Oprawa graficzna jest dla mnie bardzo ważnym elementem albumu i nie chciałem żeby się zmarnowała, zwłaszcza że w środku zamieszczone zostały bardzo ładne przypisy, przygotowane przez mojego przyjaciela Jeffersona. Myślę, że to fajna sprawa mieć taką „namacalną”, fizyczną wersję z ciekawym tekstem do poczytania zamiast zwykłych plików mp3. 

Z tego co wiem jesteś wielkim fanem shoegaze'u i tacy artyści jak Slowdive czy My Bloody Valentine należą do Twoich głównych inspiracji, jednak Twoja dotychczasowa twórczość w dość niewielkim stopniu ociera się o tę stylistykę. Myślałeś kiedyś o nagraniu czegoś klasycznie shoegaze'owego?

Prawdę mówiąc, nie bardzo. Widzisz, mnie interesuje tworzenie „fuzji”, łączenie gatunków. W ostatnich latach pojawiło się mnóstwo tych „pure shoegazerowych” kapel i łatwo zauważyć, że tak naprawdę wszystkie z nich brzmią jak kopie Jesus and Mary Chain, MBV albo Slowdive. Zero własnej tożsamości. Jaki w tym cel? Oczywiście lubię słuchać starego shoegaze'u jako inspiracji, jednak nie chciałbym zamykać się w obrębie tej stylistyki i być jedną z tych kopii.

Skoro już podjęliśmy tę kwestię - wiem, że przyjaźnisz się z Simonem Scottem. Miałeś okazję porozmawiać z nim o domniemanej reaktywacji Slowdive? Sporo plotek krążyło na ten temat ostatnio..

Niestety, nic mi o tym nie wiadomo, wybacz..

OK, zostawmy więc ten temat. Nieprzypadkowo nawiązałem do Simona, bo wraz z nim i Jacaszkiem tworzyliście swego czasu trzon katalogu Miasmah. Z Michałem łączy Cię zresztą jeszcze więcej - obaj nagrywacie też dla Ghostly i co ciekawe nawet tytuły waszych debiutów w barwach tej wytwórni brzmią podobnie: Glimmer i Glider. Przypadek?

Cóż, ja pierwszy wpadłem na pomysł takiego tytułu. Zresztą do obydwu wytwórni trafiłem przed Michałem, więc teraz już wszystko jasne! (śmiech). A tak całkiem serio, uwielbiam jego muzykę odkąd pierwszy raz usłyszałem Treny, gdy ukazywały się w Miasmah. To naprawdę niesamowity artysta i bardzo chciałbym, żeby więcej ludzi o nim usłyszało, bo mam wrażenie, że jest ogromnie niedoceniany. Mam nadzieję, że dzięki kontraktowi z Ghostly ta sytuacja się zmieni i uda mu się dotrzeć do większej liczby słuchaczy.

Kolejnym „elementem” łączącym Ciebie i Jacaszka był line-up ubiegłorocznego festiwalu ambientalnego we Wrocławiu. Była to Twoja 3 wizyta w naszym kraju i mam wrażenie, że każdy z tych występów odcisnął spore piętno na Twojej karierze. W Toruniu poznałeś Lawrence Englisha co zaowocowało kontraktem z Room40, z kolei zapis Twojego krakowskiego występu podczas Unsound 2008 ukazał się na płycie Live, którą wypuściłeś 2 lata temu. Który z tych koncertów wspominasz najlepiej?

Generalnie bardzo lubię grać w Polsce. Podczas wszystkich tych wizyt poznałem wielu wspaniałych ludzi. Myślę, że każdy z tych koncertów był na swój sposób wyjątkowy. Ostatni występ we Wrocławiu był naprawdę fantastyczny. Grałem w pięknej synagodze, przy pełnej publice - koncert był wyprzedany do ostatniego miejsca i wspominam go świetnie. Miałem też okazję spotkać się, pogadać i wyskoczyć na miasto z kilkoma moimi słuchaczami, którzy od dawna śledzą moją karierę. Uwielbiam tego typu zderzenia, które zacierają tę niewidzialną barierę, dzielącą wykonawcę z odbiorcą. 

Podczas wrocławskiego koncertu supportował Cię Szymon Kaliski – dla mnie, jeden z najbardziej obiecujących młodych ludzi w tym gatunku. Jak wrażenia?

Muszę przyznać, że Szymon tworzy naprawdę bardzo urocze dźwięki! Słyszałem też, że samodzielnie przygotowuje swoje „narzędzia” - opracowuje aplikacje, buduje kontrolery MIDI. To rzadko spotykane. Dostałem od niego egzemplarz jego ubiegłorocznego wydawnictwa z Kitchen - From Scattered Accidents. Miło z jego strony i rzeczywiście bardzo ciekawa płyta/książka!

W ostatnim czasie, poza regularnymi projektami, byłeś zaangażowany w kilka innych ciekawych przedsięwzięć – skomponowałeś m. in. soundtrack do filmu „Absence of Love”. Mógłbyś przybliżyć go w paru słowach?

To krótkometrażowy obraz o miłości i stracie. Jakiś czas temu skontaktował się ze mną reżyser - powiedział, że pracując nad scenariuszem słuchał mojej twórczości i zapytał mnie czy zgodziłbym się napisać muzykę do jego nadchodzącego filmu. Pomyślałem, że to interesujące, zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie miałem doświadczenia w pisaniu muzyki ilustracyjnej. Praca nad tym filmem przyniosła mi wiele satysfakcji i mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości będę miał jeszcze okazję skomponować coś do jakiegoś filmu.

Poza soundtrackiem, pracowałeś również nad składanką Air Texture II, wybierając artystów, którzy pojawili się na drugiej części tej kompilacji. Jak przebiegał proces selekcji materiału?

Air Texture to rzeczywiście bardzo interesujący projekt do którego zostałem zaproszony. Na początku zacząłem zbierać utwory – w większości od zaprzyjaźnionych artystów i kiedy już miałem znaczną ilość materiału, zacząłem zastanawiać się nad skompilowaniem ich w taki sposób żeby funkcjonowały jako spójna całość. Ostatecznie z 25 kompozycji wybrałem połowę, co było dość ciekawe, bo miałem możliwość „odsiania” i ułożenia ich tak jak to robię z moimi własnymi nagraniami.

Na co dzień współpracujesz z wieloma artystami i wytwórniami, masterując ich albumy i przygotowując remiksy. Przekornie nie będę Cię jednak pytał o te znane nazwy typu Biosphere czy Loscil, tylko o mniej popularne projekty. Wpadło Ci ostatnio w ręce coś godnego rekomendacji?

Tak, niedawno masterowałem debiutancki album niemieckiego projektu Stareaway. Piękna płyta w ambient popowej stylistyce. Nie mogę się doczekać kiedy dostanę winylową kopię!

Na koniec, opowiedz o swoich planach wydawniczych na nadchodzące miesiące. Jak sądzę, w najbliższym czasie możemy się spodziewać trzeciej solowej płyty? 

Zgadza się, aktualnie finalizuję szczegóły mojego trzeciego albumu pod szyldem Rafael Anton Irisarri. Podobnie jak The North Bend, ukaże się on nakładem Room40. Ponadto, jak już wcześniej wspominałem, pracuję nad nowym materiałem Orcas z Benoit Pioulard oraz nowym projektem z Yagya. To chyba wszystko!

W takim razie owocnej pracy! Dzięki za rozmowę.

Dzięki Paweł. Wszystkiego dobrego!

[Paweł Buczek]