polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Pere Ubu Lady from Shanghai

Pere Ubu
Lady from Shanghai

Pere Ubu to zespół o dosyć nietypowym statusie w naszym kraju − powinien być kultowy, bo w latach 80-tych Tonpress wydał składankę z kolekcją ich singli z lat 1976–1980, a wtedy to wystarczyło, żeby wszyscy taką płytę kupili i słuchali na okrągło ucząc się tekstów ze słuchu, ale na pamięć. Ale to chyba mimo wszystko był zbyt dziwny i trudny do zrozumienia zespół i nie poszło mu tak dobrze jak Cocteau Twins chociażby, o Depeche Mode i Joy Division nie wspominając. Mówimy tutaj oczywiście o wąskim panteonie zespołów nowo-falowych i post-punkowych wydanych na prawdziwych, oficjalnych płytach w Polsce. To były ciekawe czasy, na bezrybiu i rak ryba i każda płyta była poszukiwana, pamiętam tylko, że Tiny Turner jakoś nikt nie chciał i szła tylko w pakietach wiązanych. W większości kolekcji moich znajomych kompilacja Terminal Tower była obecna, ale dokładnie pamiętam grymas na twarzy właściciela, gdy rozmawiało się o tej płycie - „takie coś tu mam, niby fajne, ale coś tutaj nie pasuje“. Nie były to typowe ejtisy, elektronika jak się pojawiała, to mało tanecznie i zupełnie nienastrojowo, gitary ani nowofalowe, ani tym bardziej metalowe, bębny też w jakąś inna stronę. No i ten histeryczny, często zbyt mocno rozedrgany głos na granicy jakiegoś mega-fałszu. No i o czym oni w ogóle śpiewają?

I tak zostało - Pere Ubu to u nas zespół, o którym wielu slyszało, wielu ma ich płytę u siebie w domu, ale mało kto ich dokładnie posłuchał. Nie przypominam też sobie, żeby byli kiedykolwiek emitowani przez radio. David Thomas, wokalista grupy był nawet na koncercie, na legendarnym festiwalu Marchewka, ale z tego co pamiętam ze swoim solowym projektem i na popularność macierzystej formacji to zupełnie nie wpłynęło.

W Stanach i na świecie Pere Ubu ma nie mniej specyficzny status - chołubiony przez nielicznych krytyków, adorowany przez niewielką grupę fanów, dawany jako przykład przez muzycznych pisarzy. Sam Simon Reynolds w słynnej książce Rip It Up and Start Again poświęcił im bardzo dużo miejsca, może nawet więcej niż Public Image Limited, Talking Heads czy Devo. To trochę taki zespół, w którym ogniskuje się wiele wątków, ale który trochę jak czarna dziura je wsysa, zamiast nimi emanować. Członkowie zespołu się do tej sytuacji dokładają, bardzo dokładnie olewając kwestie promocji, wręcz drwiąc z samych siebie w iście głebokoundergroundowym stylu. Thomas wydaje się być w te klocki niebywałym mistrzem, jego powiedzenie - „zajmowanie się rokendrolem to na ogół wożenie wielkich czarnych skrzyń z jednego końca miasta na drugi na tylnim siedzeniu samochodu“ - jest tutaj modelowe.

Zasługi Pere Ubu są także w zmianie podejścia co do teatralności koncertów, ale nie tak, jak bezskutecznie, albo z opłakanymi skutkami, chcieli zrobić prog-rockowcy, tylko w próbie zerwania z wszelkimi rockowymi kliszami i stereotypami. To akurat temat ciągle nie załatwiony (czemu wszyscy muszą mieć te same kolory świateł się pytam?!), więc tym chwalebniejsze, że ktoś od lat i z premedytacją próbuje to robić inaczej niż wszyscy inni.

No i mamy nową płytę. Przyznam się, że dla mnie Pere Ubu jest też takim trochę zbyt, nawet jak na mój gust, osobnym zespołem i humor Thomasa, a może mroczny clevelandzki powiew, raczej rzadko mnie porywają, aczkolwiek ich tonpressowską płytę dość mocno zdarłem i posłuchałem wszystkich wczesnych po kilka razy. Moje próby powrotu do tej muzyki po latach nie do końca się powiodły i to dalej taki zespół, który bardzo cenię, ale do śniadania sobie nie słucham, więc nie śledziłem bacznie tego, co robią. A okazuje się, że robią i to dość systematycznie. David Thomas ma także poboczne, czy też solowe projekty, z których najbardziej znany jest chyba Two Pale Boys. Choć nie wiem zbyt dokładnie, co Pere Ubu robili po drodze, nowa płyta pokazuje, że po prostu szli konsekwentnie własną, dawno temu obraną ścieżką. Wokal jest tak charakterystyczny, że z nikim innym go pomylić nie można - raz usłyszysz, od razu wiesz, że to Thomas, to się nie zmieniło ani trochę. Nawet jego zaawansowany wiek nie ma tutaj wielkiego wpływu, brzmi prawie tak samo i tak samo neurotycznie jak na pierwszych płytach. Jednak muzyka nie jest zatopiona w przeszłości (chociaż slyszymy czasem jakieś wysłużone instrumenty), to dźwięki o sporym potencjale zagęszczonej energii, szukające nietypowych rozwiązań, ciekawie wyprodukowane. Nie da się jednoznacznie powiedzieć, czy to lo-fi czy hi-fi, są przygaszone, tak jakbyśmy mieli zespół spotkać w jakimś ciemnym pomieszczeniu, lekka klaustrofobia daje się odczuć. Ale w pokoju mamy dostęp do internetu, więc sobie z ciasnotą poradzimy. Elektronika jest jak najbardziej współczesna i nawet jeśli bezpośrednio nawiązuje do muzyki konkretnej i różnych elektronicznych awangard XX wieku, to robi to z aktualnym frenetyzmem i fejsbukowym tempem (np „Feuksley Ma’am, The Hearing“), jakby ktoś chciał w jednym tekście zawrzeć wszystkie posty z fejsa z całego tygodnia. Drąży, dronuje, niepokoi, czasem jest po prostu elementem konstrukcji utworu, a nie tylko tłem i apostrofem, może być linią basową („Mandy“) albo meandrować antymelodycznie między warstwami. Jednakże podstawowy skład to cały czas gitara, na ogół bez efektów, bębny, dość surowe i jakiś taki za cienki bas. Pojawiają się też jakieś nieokreślone czy może zmyślone instrumenty, kontrapunktując rockowe elementy czymś na kształt kabaretowo-marionetkowej scenerii. Surowość aranżacji, suchość i klaustrofobię zespół kontrastuje złożonością rytmiki, przesunięciami akcentów, pozwala sobie czasem wpaść na chwilę w trans, płyty słucha się z ciekawością po cichu i głośno, wszystkie elementy (mimo bardzo garażowej proweniencji) mają w sobie świetlistą, dojrzałą szlachetność.

Na tym albumie słychać zespół, który rżnie swój kryształ od bardzo wielu lat. Rzadko się spotyka takie o granatowo-brązowej barwie, ale jak widać takie też istnieją i daje się w nich wyrzezać światłocieniową płaskorzeźbę. Dobra płyta, zaskakująca. Chyba mam trochę do nadrobienia. Ale ciągle nie wiem kim jest ta lejdi z Szanghaju, Thomas tego nie powie…

[Wojciech Kucharczyk]