polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Dni Muzyki Nowej 2013
Klub Żak | Gdańsk | 18-20.01.13

Trzecia edycja festiwalu Dni Muzyki Nowej ukazała tę imprezę jako wydarzenie poszukujące, trudne do jednoznacznego zakwalifikowania, a jednocześnie wymagające wobec widza. Nie odpowiedziała jednoznacznie czym rzeczywiście jest „nowa muzyka”, ale to dobrze, bo rozbudziła wiele pytań, prowokowała do przemyśleń, a także analizy zjawisk w muzyce współczesnej, eksperymentalnej i improwizowanej.

Każdy dzień festiwalu był zróżnicowany pod względem programu. Piątkowe, otwarciowe koncerty, koncentrowały się na twórczości artystów trójmiejskich. Na pierwszy ogień Atmen Trio zaprezentowało „Inkantacje”, wydarzenie niejednoznaczne, w dużej mierze koncert, ale jednak bardziej był to spektakl lub kameralne widowisko o charakterze teatralnym. Pod wodzą Agnieszki Kamińskiej, która odpowiadała za wokale, a także z udziałem kontrabasistki Moniki Kwiatkowskiej i obojnistki Małgorzaty Kęsickiej grupa przewędrowała terytoria od obszarów eksperymentalnych, przez muzykę konkretną, stopniowo nawiązując muzyczne dialogi między dwoma instrumentami, aż po obszar wpływów etnicznych, obecny przede wszystkim za sprawą niezwykłego, mocnego i nośnego wokalu Kamińskiej. W drugiej części koncertu trochę zgubiła się gdzieś jego zwięzła narracja – umieszczenie zbyt wielu elementów i pomysłów, sprawiło że końcówka popsuła pozytywne wrażenie, które widowisko zrobiło na początku.

Po zespole kobiecym wystąpił Emiter z projektem o nazwie „air/field/feedback”, pozornie mocno zawężającym prezentowany materiał. Muzyk korzystając z nagrań terenowych, złączył je w kompozycje daleko wychodzące poza jedynie zarejestrowane dźwięki, ale wielokrotnie brzmiące bardzo harmonijnie, czasem wręcz rytmicznie, ale nade wszystko nie były to struktury oczywiste, proste do odczytania i rozszyfrowania. Mimo kilku niepotrzebnych dłużyzn (pokutuje teoria, że lepiej grać krócej a intensywniej), Marcin Dymiter zaprezentował rewelacyjnie przygotowany i opracowany materiał, który jak najszybciej powinien ujrzeć światło dziennej w formie albumu. Muzyk ukazał swoją kreatywność, erudycję, a także fenomenalną technikę zniekształcania zastanych dźwięków, owocującą w nowe, frapujące brzmienia.

Drugi dzień upłynął pod znakiem fortepianu. Najpier za instrumentem zasiadł Lubomyr Melnyk, mi osobiście łudząco przypominający wyglądem Arvo Pärta. Jak się okazało, z nurtem minimalizmu łączył go nie tylko wygląd, ale też prezentowana muzyka. Chociaż Melnyk ukuł na jej określenie termin „continous flow”, w znaczącej mierze nawiązywała ona właśnie do twórców minimalizmu, poprzez powtarzane partie w na tyle szybki sposób, że zlewały się one w jedną muzyczną magmę, iskrzący się strumień świadomości, bardzo hipnotyczny, ambientowy, ale jednocześnie trochę przesłodzony i kiczowaty.

Po nim fortepianem operował Volker Bertelmann czyli Hauschka, któremu na skrzypcach towarzyszyła Hilary Hahn. Pianista jak zwykle znacząco preparował swój instrument, wykorzystując liczne metalowe lub drewniane przedmioty, barwnie go zniekształacające. Często nadawał fortepianowi nowych znaczeń, przetwarzając dźwięki tworzone na klawiszach w rytmiczne sekcje, którym bliżej było do tanecznej muzyki elektronicznej. Hilary Hahn, mimo swojej wyrazistej, czerwonej sukni, była w cieniu muzyka. Owszem, wielokrotnie udanie improwizowali i nawiązywali muzyczny dialog, jednak to właśnie Niemiec wiódł prym, wyznaczał trzon kompozycji i o wiele bardziej odważnie eksperymentował z brzmieniem i melodiami, zazwyczaj czekając aż skrzypaczka dołączy do niego z muzyką swojego instrumentu.

Dwa dni festiwalu pozostawiały więc pewien niedosyt, niezaspokojoną ciekawość, ale także nie oferowały wrażeń na najwyższym poziomie. Trzeci dzień nadrobił te zaległości znacząco – był najciekawszy pod względem programu, a jednocześnie najbardziej skrajny i zróżnicowany.

Trójmiejski NeoQuartet zagrał koncert najtrudniejszy, najbardziej wymagający, zmuszający do pełnej koncentracji. Z jednej strony kwartet świetnie balansował na granicy ciszy, misternie budując narrację, wspólnie zmieniając nastrój kompozycji, kiedy trzeba grając oszczędnie i kontrapunktując te partie hałasliwymi fragmentami. W „Phonotope 1” Rolfa Wallina do instrumentów dołączyli brzmienie elektroniki, zyskując przez to posmak bardziej eksperymentalnej odsłony dokonań Aphexa Twina, natomiast w trzyczęściowym „Black Angels” wykorzystywali brzmienie kieliszków, odwracali instrumenty, a wszystko wykonywali precyzyjnie i z największą dokładnością. Nawet krótka przerwa, spowodowana pęknięciem struny wiolonczelisty, nie zepsuła odbioru koncertu, a jedynie pozwoliła na chwilę wytchnienia i luzu.

Tego ostatniego z pewnością sporo miał niemiecki pianista, Nils Frahm, który już na początku żartował na scenie, a na rozgrzewkę pokazał czego nauczył się po wydaniu „Screws”, kiedy złamał jeden z kciuków – wziął pałeczki i zagrał nimi krótką melodię na strunach fortepianu. Ale nie było to tanie efekciarstwo – później Frahm dał koncert całkowicie wciągający, ukazujący piękno jego utworów, ale także lekkość z jaką operuje nastrojami na fortepianie. Chociaż zapowiedział, że zagra „utwory, których nie pamięta”, usłyszeliśmy zarówno spokojniejsze, bardziej nastrojowe kompozycje z „Felt” jak i te bardziej żywiołowe, czy wręcz emocjonalne kawałki, grane przez niego na spółkę na fortepianie i wulitzerze.

To był koncert niezwykły, przepiękny, zwracający uwagę na detal i doskonałe opanowanie instrumentu. Ale to nie wszystko – w pewnym momencie muzyk poprosił, aby ktoś z publiczności dołączył do niego na scenie. Początkowy żart w efekcie przyniósł niepowtarzalne doświadczenie – ochotnikiem okazał się pianista Piotr Mania, niewiele starszy od Frahma, który instrument ten ma opanowany do perfekcji (Niemiec spodziewał się chyba amatora i był jego grą wyraźnie zaskoczony). Dzięki temu obaj wspólnie nawiązali dialog, odgrywając niezwykłe kompozycje, w całości improwizowane, w co – słuchając tych utworów – aż trudno było uwierzyć. To był definitywnie najlepszy moment całego festiwalu. Słuchało się go w osłupieniu, zachwycie i pełnym uznaniu, zarówno dla Manii jak i Frahma.

Dni Muzyki Nowej – patrząc na tę imprezę z perspektywy 3 lat – po raz kolejny ukazały szerokie spektrum, zwracając uwagę na złożoność współczesnej twórczości, a jednocześnie inspirujące balansowanie między muzyką klasyczną, post-klasyczną, a awangardą. Można narzekać na przewagę pianistów czy zbyt małą ilość rozbudowanych składów, w których muzycy tworzyliby muzykę w rezultacie wspólnego dialogu, jednak trzecia edycja festiwalu okazała się niebywałym sukcesem: poznawczym i frekwencyjnym (na festiwal specjalnie przyjechały nawet osoby z Londynu), pomysłowo uzupełniając trójmiejską ofertę koncertową i festiwalową, wskazując przez to, że są wydarzeniem ważnym i potrzebnym.

[zdjęcia: Jakub Knera]

Atmen Trio [fot. Jakub Knera]
Atmen Trio [fot. Jakub Knera]
Atmen Trio [fot. Jakub Knera]
Atmen Trio [fot. Jakub Knera]
Atmen Trio [fot. Jakub Knera]
Emiter [fot. Jakub Knera]
Emiter [fot. Jakub Knera]
Emiter [fot. Jakub Knera]
Lubomyr Melnyk [fot. Jakub Knera]
Lubomyr Melnyk [fot. Jakub Knera]
Lubomyr Melnyk [fot. Jakub Knera]
Lubomyr Melnyk [fot. Jakub Knera]
Hilary Hahn & Hauschka [fot. Jakub Knera]
Hilary Hahn & Hauschka [fot. Jakub Knera]
Hilary Hahn & Hauschka [fot. Jakub Knera]
Hilary Hahn & Hauschka [fot. Jakub Knera]
Hilary Hahn & Hauschka [fot. Jakub Knera]
Hilary Hahn & Hauschka [fot. Jakub Knera]
NeoQuartet [fot. Jakub Knera]
NeoQuartet [fot. Jakub Knera]
NeoQuartet [fot. Jakub Knera]
NeoQuartet [fot. Jakub Knera]
NeoQuartet [fot. Jakub Knera]
NeoQuartet [fot. Jakub Knera]
Nils Frahm [fot. Jakub Knera]
Nils Frahm [fot. Jakub Knera]
Nils Frahm [fot. Jakub Knera]
Nils Frahm [fot. Jakub Knera]
Nils Frahm [fot. Jakub Knera]
Nils Frahm i Piotr Mania [fot. Jakub Knera]