polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Ars Cameralis 2012
Śląsk | 06-30.11.12

30 dni obcowania z kulturą i sztuką. Klubowe koncerty gwiazd, debiutantów, przedstawienia teatralne, koncerty w filharmonii, sztuki wizualne. Największe skupisko miast w Polsce: Górnośląski Okręg (post)Przemysłowy, od jakiegoś czasu – alternatywna stolica kultury Metropolia "Silesia". Festiwal Ars Cameralis.

Tegoroczna edycja dawnego festiwalu sztuki kameralnej odbywała się pod nieco inną banderą, niż kilka lat temu. Instytucja powołana w celu przełamania wizerunku zadymionej krainy przemysłowej obecnie raczej podtrzymuje status uznanego w Polsce i niektórych częściach Europy obszaru obfitego (a przynajmniej – nasyconego do poziomu zapotrzebowania jego mieszkańców i samorządowców) w wydarzenia kultury i sztuki na poziomie, niż walczy ze stereotypem siedziby zespołu "Śląsk", czy żyznej gleby dla hermetycznego śląskiego bluesa, czy tzw. śląskich szlagrów (szlagierów).

Rock i okolice

Wystawa Picassa i koncert eks-lidera Velvet Underground mają się nijak ww. atrakcji, z którymi region był do niedawna kojarzony. Koncert Johna Cale'a w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu był faktycznym otwarciem festiwalu. Współautor jednych z najbardziej rewolucyjnych albumów w historii muzyki rockowej (debiut VU i White Light White Heat) i producent albumów m. in. Nico, The Stooges i Patti Smith uniknął błahego z punktu widzenia artystycznego, sentymentalnego powrotu do najbardziej znanych utworów macierzystego zespołu. (ŁF) Statek JC zabrał nas w naprawdę niezwykły, bogaty we wrażenia muzyczny rejs, na który złożyły się przede wszystkim kompozycje z ostatnich dwóch krążków (epka Extra Playful i album Shifty Adventures in Nookie Wood - wydane w 2011 roku przez Double Six Records). John elektryzuje. Jest naprawdę w świetnej formie jako wokalista. Brzmi jakby czas nie imał się jego gardła, a głos dodatkowo dopieszczony jest starannie dobranymi do każdej piosenki efektami, czasem dość odważnymi (vide demoniczny pitch shifter w kończącym zasadniczą część koncertu „Nookie Wood”). W przygrywkach do utworów o zabarwieniu hip-hopowym (artysta przeżywa aktualnie fascynację tym gatunkiem) Cale próbuje też nieśmiało sił jako tancerz. Gdy ugina kolana i rytmiczne wymachuje zgiętymi w łokciach rękami, wygląda jak skrzyżowanie Leslie Nielsena z Chuckiem D, co jest urocze i wzruszające. Zespół towarzyszący składa się z trzech muzyków bardzo sprawnie posługujących się basem, perkusją i gitarą (gitarzysta, jak dla mnie, nawet nazbyt sprawnie) oraz niewidocznej maszyny. Nowe utwory brzmią nowocześnie, a starsze bardzo rasowo. Cale gra głównie na klawiszach, choć chwyta też za gitarę – po raz pierwszy w drugiej połowie koncertu, w swoim starym klasyku „Helen Of Troy”, który za sprawą dość odważnej improwizacji pod koniec, okazał się najdłuższym i najbardziej szalonym utworem wieczoru. Umieszczenie tuż po nim rozluźniacza w postaci przywodzącego na myśl Devo, prostego i rytmicznego „Satellite Walk” było posunięciem wręcz genialnym. Zgodnie z przewidywaniami nie było nic z repertuaru formacji macierzystej, nic z Songs For Drella. Ba – na scenie nie było nawet altówki. Najbliżej klimatu VU byliśmy w dwóch utworach nagranych oryginalnie w różnych okresach współpracy z Brianem Eno. Chodzi o „Guts” z płyty Slow Dazzle (1975) i „Praetorian Underground” z Caribbean Sunset (1984). Liczyłem jeszcze po cichu na “Pablo Picasso” The Modern Lovers, ale nie było... Zobaczenie Cale’a na żywo to przeżycie niepowtarzalne. Polecam każdemu. (AW)

Nie wiadomo, co dokładnie było przyczyną olbrzymiego zainteresowania katowickiej publiczności koncertem Marka Lanegana. Czy pamięta się go tutaj przede wszystkim jako wokalistę legendarnych Screaming Trees, czy bardziej ceni jego bardzo dobre, przesiąknięte amerykańską tradycją folkową albumy solowe, czy może najistotniejszy jest fakt jego niegdysiejszej współpracy z gwiazdami stoner rocka Queens Of The Stone Age? W każdym razie publiczność nie zawiodła, biletów zabrakło, a ja, żeby dostać się do środka, musiałem posunąć się do serii forteli.
Niespecjalnie gościnna tego dnia Hipnoza powitała mnie tropikalną temperaturą. Chwila oczekiwania, ogłoszenie o tym, że siadła klimatyzacja i zaczęło się. „The Gravedigger’s Song” powalił krystalicznym brzmieniem. Od pierwszych dźwięków jasne było, że występ ten będzie wydarzeniem absolutnie wyjątkowym. Lanegan skupiony, jakby nieobecny, pogrążony w niemal całkowitej ciemności, nie próbował nawiązywać kontaktu z publicznością za pomocą środków innych, niż swoja sztuka. To, że w ciągu całego koncertu odezwał się pomiędzy piosenkami najwyżej pięcioma słowami, wzmocniło tylko siłę rażenia. Przekaz był jasny: nie przyjechał do was clown, tylko jeden z najbardziej charyzmatycznych głosów rockowego świata. Obecne wcielenie Mark Lanegan Band, znane choćby z niedawnej sesji live dla 4AD, składa się głównie z muzyków supportujących belgijskich grup i należy podkreślić, że stanowią oni perfekcyjnie funkcjonujący organizm. Na scenie pojawili się, po raz drugi tego wieczoru, Jean-Philippe De Gheest i Fred Lyenn z Lyenn oraz Aldo Struyf z Creature With The Atom Brain (zdeklarowani fani 13th Floor Elevators i starzy kumple Lanegana). Był także charyzmatyczny gitarzysta Steven Janssens, pochodzący również z ojczyzny frytek, choć sprawiający wrażenie żywcem wyjętego z któregoś z filmów Davida Lyncha. Zgodnie z przewidywaniami koncert oparty był głównie o utwory z wydanego w tym roku przez 4AD, wspaniałego albumu Blues Funeral, z przerwami na przeboje z dalszej i bliższej przeszłości, wyłącznie z solowych płyt Marka. Trzeba zaznaczyć, że dramaturgia koncertu była równie znakomita, co brzmienie. Klaustrofobiczne, hipnotyzujące bluesy, przeplatały się z przejmującymi balladami oraz tanecznymi utworami w rodzaju „Gray Goes Black”. Na bis było „Hanging Tree” QOTSA i „Methamphetamine Blues”. Publiczność oszalała. Koncert udowodnił, że Mark Lanegan jest najlepszym turbodoładowanym bardem świata i bodaj jedynym muzykiem ze starej grunge’owej załogi z Seattle, którego muzyka bez problemu broni się w coraz to nowych okolicznościach. Lanegan jest tu i teraz i nie musi uderzać w nutę taniego sentymentalizmu. To, że nie usłyszeliśmy „I Nearly Lost You Now” jest wartością samą w sobie (i wzmaga jeszcze niesmak, który pozostał po wykonaniu „Passengera” przez The Stooges podczas tegorocznego Off-u). I wybaczam Markowi, że kumpluje się z jegomościami z Guns N’Roses i że po autografy była kolejka, sterowana przez dziwnych chłopców z katowickiej agencji ochraniarskiej. (AW)

Trudno uciec od emocji, gdy uczestniczy się w koncercie Brygady Kryzys. Debiut zespołu jest albumem, który na pewnym etapie wyznaczył moje pojmowanie wolności i eklektyzmu w muzyce w obrębie rocka i punkrocka. Nasze, słowiańskie The Stooges w składzie znanym od 2003 roku - z saksofonistą Aleksandrem Koreckim (jeszcze ze „starej gwardii”), wzmocnione sekcją rytmiczną przejętą z Transistors Tymańskiego (Filip Gałązka, Tomasz Szymborski) - zaprezentowało przekrojowy materiał z Brygady Kryzys i Cosmopolis z pewną swadą i dużą pewnością siebie. Zdecydowanie są w formie. Tomek Lipiński przez większą część koncertu był odpowiedzialny za rockowo-riffowe aspekty brzmienia grupy i liderowanie. Robert Brylewski – wycofany jako wokalista – kreował psychodeliczną (przeplataną autorskim reggea) aurę swoją na pozór niekompletną, rwaną techniką gry. Gdy ten pierwszy zmienił gitarę, razem z liderem Kryzysu tworzył oniryczne mozaiki melodyczne. Brylewski mógł z kolei wrócić do punkowych korzeni i stanąć na czele grupy, gdy Brygada zaprezentowała "Telewizję" z repertuaru Kryzysu na bis. Liderzy BK w niezwykły sposób się uzupełniają. Korecki jako trzeci 'senior' w tym składzie kolorystycznie dopełnia brzmienie solowych instrumentów, przećwiczona w scenicznych bojach sekcja nie zawodzi, a cała piątka nie ucieka od improwizowanych fragmentów. Tylko szkoda, że nie zaprezentowali żadnego nagrania z zapowiadanej nowej płyty. Koledzy z tej samej parafii, czyli Deuter zaskoczyli rasowym rock'n'rollem, scenicznym luzem, odważną interpretacją, dobrym kontaktem z publicznością. Czasami zdarzają się takie koncerty: nie spodziewamy się niczego świeżego, czy powalającego i dajemy się zaskoczyć bezpośredniością i energią. (ŁF)

Jazz

Ravi Coltrane New Quartet zaprezentował ugładzoną wersję jazzu. Błyszczącą, niczym stojący na scenie Steinway, jej bardzo klasyczny odłam. Muzykę dystyngowaną, zagraną z wielką klasą przez szanowanych, uznanych muzyków. Raczej w kierunku techniki i klasycznych form (temat-improwizacja-temat), niż emocjonalnego szaleństwa i eksperymentu. Zaskoczył perkusista Johnathan Blake i kilkakrotnie Coltrane, szczególnie podczas poszczególnych partii solowych. Repertuarowo muzycy poruszali się od kompozycji Raviego Coltrane'a i jego współpracowników ("Who Wants Ice Cream?" Ralpha Alessiego, "13th floor", "Word Order"), przez kompozycje Monka ("Skippy"), po "For Turiya" Charilego Hadena (nagrana z Alice Coltrane). (ŁF)

Egzotycznie

Z kolei pustynny blues Tinariwen, w pół drogi między Dimi Mint Abbą a Hugo Race’em, zabrzmiał w sali Teatru Rozrywki donośnie i pięknie, z porywającymi, tłustymi rytmami oraz głównymi partiami wokalnymi wykonywanymi na zmianę przez autorów poszczególnych piosenek. Pojawiły się także urocze elementy choreograficzne. Mamy tutaj do czynienia z gitarami elektrycznymi zatopionymi w tradycji muzyki arabskiej i afrykańskiej. Muzycy sprawiali wrażenie pogodnych, ale nie beztroskich. Publiczność była zachwycona i wyraźnie wzruszona, co zresztą dotyczy także autora tych słów. Moją uwagę zwróciły zegarki na rękach muzyków – połyskujące w blasku reflektorów, pokaźnych rozmiarów busole. Z zeszłorocznych materiałów promocyjnych pamiętam zdanie: Nikt z nas nie ma zegarka, więc nie liczymy czasu. Coś się zmieniło... (AW)

Kwartet Yeshe z liderem Antonim Gralakiem (trąbka mini, efekty), Piotrem Pawlakiem (gitara i efekty, a raczej efekty i gitara), Pawłem Osickim (perkusja) i Darkiem Makarukiem (laptop, sample) zagrał prawdopodobnie najbardziej transowy koncert festiwalu. Był to występ bardzo motoryczny, multimedialny, mistyczny, a przy tym koherentny. Scalenie brzmienia instrumentów przy jednoczesnej skłonności do trwających do kilkunastu minut improwizacji świadczy o koncertowym rozegraniu zespołu. Unikalne gitarowe noise'y i ambienty Pawlaka przenikały się z laptopowymi drum'n'bassami i samplami z podróż na Daleki Wschód, nienarzucającymi się: szeptem, spokojnym monologiem, kilkoma słowami, literami, nutami trąbki i bardzo sprawną, pewną, gęstą, wywodzącą się z doświadczeń muzyki elektronicznej i improwizowanej grą Osickiego. Występ kwartetu cechowały: trans, pewność siebie, wizja, styl, wyraźnie obrany kierunek, etnomultiimprowizacja. Wizualizacje nie tylko dopełniały, były równie istotne, co sama muzyka - VJ był jedną piątą kwintetu, organicznym elementem spektaklu. Na scenie Gugalandra pojawiło się plemię, któremu laptopy, improwizacje. space-rock i noise nieobce. (ŁF)


Eklektycznie
 
Spośród czterech koncertów  tria Drekoty, w których miałem okazję uczestniczyć, arscameralisowy był najciekawszy, najpełniejszy, najbardziej wciągający, a zarazem – był to jeden z najjaśniejszych punktów festiwalu. Bilans jest dodatni – każdy kolejny występ to jeszcze większe zgranie, szaleństwo sceniczne, większa pewność siebie, lepszy kontakt z publicznością. Tak, pojawiły się futurystyczno-folkowe kolektywne zaśpiewy i melodie oraz jeszcze bardziej zadziorny, surowy, współczesny punk w wersji live. Role w zespole zostały wyraźnie podzielone: Magda Turłaj to melancholia, precyzja i opanowanie (urzekający, lekko schowany wokal, instrumentalnie: głównie pianino, sporadycznie perkusja, minorowe skrzypce); Zosia (Zosz) Chabiera – niezwykła radość, bardzo widoczny rozwój wokalny (można powiedzieć, że jest liderką wokalną tego składu), najlepszy kontakt z publicznością, perfekcyjne opanowanie i wyczucie gry na skrzypach i dzwonkach chromatycznych; Ola Rzepka – mroczna energia przy okazji bardziej skomplikowanych partii pianina i mniej lub bardziej rozbudowanych akordów i brzmień syntezatora oraz dzikość, wewnętrzne zwierzę w trakcie rozpędzania zespołu energiczną grą lub wkraczanie w ciemność wraz z prezentowaniem wolniejszych rytmów perkusji i spokojniejszych nastrojów. Koncert był sporym wyzwaniem dla zespołu Brzoska i Gawroński, super-trio podkręciło atmosferę oraz oczekiwania względem grupy, która miała pojawić się na scenie za chwilę.
Okazało się, że poziom został podtrzymany, choć z wiosennej, smutno-radosnej krainy żeńskiej szczęśliwości i katharsis przenieśliśmy się w mroczne, jesienne barwy rozbudowanego do kwintetu kolektywu. Za postęp odpowiedzialni są operujący beat-maszyną, padami elektronicznymi, kontrolerem, samplerem i grający na flecie Michał Kmita oraz znany ze względu na poszukiwanie (i znajdowanie) autorskich gitarowych brzmień Wojtek Bubak. Choć i Wojciech Brzoska zaskoczył ekspresją. Od pierwszego koncertu w nieistniejącym już klubie 50x50 zespół zrobił wyraźny krok do przodu. Podczas chorzowskiego występu Brzoska był już rasowym wokalistą, który w niezwykle emocjonalny sposób interpretuje na scenie własne teksty i przeżycia. Dominik Gawroński mógł skupić się na szkieletach i strukturach utworów: liniach basu, syntezatorowych, autorskich brzmieniach, własnych melodiach. Joanna Małanka również wykazała się większym zdecydowaniem i pewnością siebie. Koncert porywający, udowadniający, że muzyka zespołu Brzoska i Gawroński broni się na żywo, a wręcz – wypada znacznie ciekawiej, niż odtwarzana z płyty. (ŁF)

Elektronika i okolice

Ela Orleans
– odkrycie festiwalu – wyposażona w gitarę, syntezator, sampler, looper i inne efekty zaprezentowała w pełni autorską wizję melancholijnej, rozbudowanej formalnie, frapującej koncepcyjnie piosenki i bardziej zaawansowanych form muzycznych. Loopowanie głosu, który służy jako ambientowe tło gitarze, rytmom z beat-maszyny i dogrywanym w czasie rzeczywistym melodiom syntezatora to standardowa dla Orleans struktura utworu. Mimo skomplikowania formalnego, całość jest dosyć przystępna, jesienna, w klimacie lirycznych fragmentów soundtracków filmów Tarantino, melodyjna i wciągająca.

Śląsko-czeski humor i dystans, podróż w czasie, przenosiny do lat 1980-ych, 1990-ych i w przyszłość, róźnorodność - tak wyglądało Mik Musik Show. Było to wydarzenie niecodzienne, raczej performance przeplatany koncertami, niż odwrotnie. Podczas występu Asi Miny gitara akustyczna była raczej dodatkiem do jej opowieści: monologów, odczytów i piosenek. Jej studentka (uczennica) w masce grająca na kalimbie dodała całości sporo absurdu. Niedopowiedziane i niedokończone teksty umocniły doświadczenie sytuacji parakomediowej, ale i w pewnym sensie prowokującej, parafilozoficznej.
Jakub Adamec przeniósł zgromadzonych w Rondzie Sztuki w czasie, gdzieś w lata 80te, do zadymionego baru, gdzie przy kuflu piwa wysłuchujemy tęsknych, śmieszno-smutnych, rzewnych ballad wokalisty i akompaniatora (głównie: klawisze) tak zmęczonego życiem, tak sponiewieranego, że aż zabawnego. Nie był to w 100% poważny powrót do estetyki lat 80-ych, raczej gra konwencją. Cała postać artysty, jego mimika, introwertyzm, dystans do siebie przeniosła Czechy do Katowic. Lugozi również odniósł się do estetyki czasów świetności new romantic, choć jego muzyka oscyluje raczej wokół nowej fali. Zaprezentował zimnobrzmiące partie syntezatora, rytmy w wolnych tempach i teksty składające się z kilku słów. Najciekawszy był utwór budowany w czasie rzeczywistym z tworzonych na bieżąco loopów głosu, partii syntezatora i tworzonych na ich bazie rytmów.
Najbardziej interesujące były występy Mołr Drammaz (Kucharczyk, Asi Mina, gościnnie: Adamec), ostatni koncert Complainera i Iron Noir (Kucharczyk, Lugozi). Pierwszy – mocno rytmiczny, dziki w sposób etniczno – plemienny i etno-techniczny; drugi oparty o covery, ale z silnym aspektem autorskim i wyeksponowaną warstwą rytmiczną; trzeci – najbardziej kreatywny, świeży, rozpięty gdzieś pomiędzy eklektyczną, gęstą muzyką elektroniczną, dynamicznym minimal-techno, a muzyką przyszłości. Całość wykorzystywała syntezatory, pady perkusyjne, kontrolery, samplery, klawisze.
Dowiedzieliśmy się mniej, niż więcej. Mik Musik Show nie odpowiedział wprost na pytanie: czym jest Mik Musik? Wieczór potwierdził, że zrzeszeni wokół Wojciecha Kucharczyka twórcy to osobowości nietuzinkowe, tworzące nieszablonowo, w opozycji do panujących mód, świadomie undergroundowi (ŁF)

Eklektyzm

Poza wspomnianymi wykonawcami, w ramach Ars Cameralis 2012 wystapili: Twin Shadow, Tindersticks, Slow Magic, Babu Król, Michael Nyman Band, Blockhead & DJ CAM i Efterklang. Z wydarzeń pozamuzycznych warto wspomnieć o wernisażach Kishin Shinoyamy, Pabla Picassa, Marii Jaremy, Mischy Kuballa, spektaklach Wileńskiego Teatru Miejskiego, czy prezentacji projektu Outside Of God Szymona Padoła i Michała Kopaniszyna.
Ars Cameralis, po pułapce zbyt homogenicznego repertuaru w roku 2011, w minionym roku postawił na eklektyzm, co znacznie wywindowało poziom edycji 2012. Niezależnie od perspektywy, górnośląski diament kulturalny przyciąga. Oby nie zabrakło mu ambicji, by kreować wydarzenia nie tylko edukacyjnie wartościowe, ale i nieustannie aktualne, świeże i kreatywne.

[tekst: Łukasz Folda, współpraca: Andrzej Widota]

[zdjęcia: Łukasz Folda]

John Cale [fot. Łukasz Folda]
John Cale [fot. Łukasz Folda]
John Cale [fot. Łukasz Folda]
John Cale [fot. Łukasz Folda]
John Cale [fot. Łukasz Folda]
John Cale [fot. Łukasz Folda]
Brygada Kryzys [fot. Łukasz Folda]
Brygada Kryzys [fot. Łukasz Folda]
Brygada Kryzys [fot. Łukasz Folda]
Brygada Kryzys [fot. Łukasz Folda]
Brygada Kryzys [fot. Łukasz Folda]
Brygada Kryzys [fot. Łukasz Folda]
Ravi Coltrane New Quartet [fot. Łukasz Folda]
Ravi Coltrane New Quartet [fot. Łukasz Folda]
Ravi Coltrane New Quartet [fot. Łukasz Folda]
Ravi Coltrane New Quartet [fot. Łukasz Folda]
Ravi Coltrane New Quartet [fot. Łukasz Folda]
Yeshe [fot. Łukasz Folda]
Yeshe [fot. Łukasz Folda]
Yeshe [fot. Łukasz Folda]
Yeshe [fot. Łukasz Folda]
Yeshe [fot. Łukasz Folda]
Drekoty [fot. Łukasz Folda]
Drekoty [fot. Łukasz Folda]
Drekoty [fot. Łukasz Folda]
Drekoty [fot. Łukasz Folda]
Drekoty [fot. Łukasz Folda]
Brzoska i Gawroński [fot. Łukasz Folda]
Brzoska i Gawroński [fot. Łukasz Folda]
Brzoska i Gawroński [fot. Łukasz Folda]
Brzoska i Gawroński [fot. Łukasz Folda]
Brzoska i Gawroński [fot. Łukasz Folda]
Ela Orleans [fot. Łukasz Folda]
Ela Orleans [fot. Łukasz Folda]
Mik Musik Show (Kucharczyk Intro) [fot. Łukasz Folda]
Asi Mina [fot. Łukasz Folda]
Asi Mina [fot. Łukasz Folda]
Asi Mina [fot. Łukasz Folda]
Jakub Adamec [fot. Łukasz Folda]
Jakub Adamec [fot. Łukasz Folda]
Lugozi [fot. Łukasz Folda]
Lugozi [fot. Łukasz Folda]
Lugozi [fot. Łukasz Folda]
Mołr Drammaz [fot. Łukasz Folda]
Mołr Drammaz [fot. Łukasz Folda]
Mołr Drammaz [fot. Łukasz Folda]
Mołr Drammaz [fot. Łukasz Folda]
Mołr Drammaz [fot. Łukasz Folda]
Iron Noir [fot. Łukasz Folda]
Iron Noir [fot. Łukasz Folda]
Iron Noir [fot. Łukasz Folda]
The Complainer [fot. Łukasz Folda]
The Complainer [fot. Łukasz Folda]
The Complainer [fot. Łukasz Folda]