polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

ATP curated by The National
Camber Sands, UK | 07-09.12.12

Festiwal All Tomorrow's Parties pod kuratelą The National był festiwalem z goła innym od większości poprzednich wydarzeń sygnowanych tą znamienitą marką – nigdy wcześniej kuratorem nie był zespół tak popularny i tak przystępny szerszej publiczności. Ogłoszeni artyści, z nielicznymi wyjątkami reprezentowali nieskomplikowane, indie-pop-rockowe granie. Pierwsza pula ogłoszonych zespołów mocno zachęcała do kupna biletu, kolejne wywoływały lekkie rozczarowanie i niedosyt, a także wzmożone oczekiwanie na większe nazwiska, które w ostatecznym lineupie jednak się nie znalazły. W samym środku świątecznej trasy po Stanach był niestety Sufjan Stevens, a St. Vincent, która z The National grała wspólnie kilkadziesiąt razy, w festiwalowy weekend brała udział w charytatywnym koncercie Cyndi Lauper. Gdyby nie kilku artystów bliskich ATP i zaproszonych przez organizatorów festiwalu, to lineup bardziej pasowałby do Pitchfork Music Festival – połowa wybranych przez The National artystów otrzymała swego czasu od serwisu tytuły Best New Music. Zaowocowało to szybkim wyprzedaniem się biletów i najdłuższą w historii ATP listą oczekujących na wejściówki, do czego przyczyniło się też to, że z pierwotnej lokalizacji w Minehead festiwal przeniesiono do Camber Sands, co mniejszyło liczbę biletów z ponad 5 to ok. 3 tys. Warto również dodać, że tylko 10 z pełnej liczby 36 zespołów miało wcześniej styczność z All Tomorrow's Parties, dla zdecydowanej większości był to debiut na tego typu festiwalu, a dla niektórych pierwsze występy na starym kontynencie.

Festiwal otworzył Richard Reed Perry prezentując po raz trzeci w historii, a po raz pierwszy na europejskiej ziemi swój muzyczny performance zatytułowany Drones / Revelations. Widowisko stworzone z udziałem 15 specjalnie zmodyfikowanych rowerów z boomboxami, jaskrawymi światłami i zamontowanymi kamerami, z których zniekształcony obraz wyświetlany był na wielkim telebimie. Powtarzalne partie wokalu, dęciaków, syntezatorów i smyczków - odmienne dźwięki wydobywające się z każdego głośnika przymocowanego do roweru wprowadzały słuchaczy w hipnotyczny stan, kiedy rowery krążyły po sali w zmiennych tempach i konfiguracjach. Wszystko to stworzyło wyjątkowe i wciągające doświadczenie muzyczne.

Rekwizyty użyte do rowerowego show Perry'ego szybko zostały uprzątnięte, a na scenę wjechał fortepian, przy którym niestety więcej siedział niż rzeczywiście grał młody nowojorski kompozytor, Nico Muhly. Na scenie wspomagali go: będąca większą gwiazdą niż sam Muhly, skrzypaczka Nadia Sirota oraz Valgeir Sigurðsson, który tak jak Nico sporą część koncertu spędził z głową wpatrzoną w ekran laptopa. Muhly dopiero w drugiej połowie występu intensywniej zabrał się za uderzanie w klawisze czarnego Stainway'a i była to połowa znacznie ciekawsza. Lekkość gry, wirtuozeria, żywość kompozycji – za te elementy zebrał zasłużone brawa.

Jedynym zespołem, który uczestniczył na obu grudniowych edycjach ATP był nowojorski Buke and Gase. Dynamiką, wigorem i nowatorstwem przekonali do siebie Shellac, melodiami, czarującym głosem Arone i unikalnością zwrócili uwagę braci Dessnerów, którzy najpierw zaprosili ich do swojej oficyny wydawniczej, a teraz także na festiwal. Na tle innych muzyków wyróżniali się nie tylko nietypowymi, własnoręcznie zbudowanymi instrumentami, ale także szerokim i wypełniającym całą salę brzmieniem, co często nie udawało się dwukrotnie większym składom. Przyszły sezon festiwalowy powinien do nich należeć.

Po najmłodszym zespole w festiwalowej stawce, przyszedł czas na najstarszy. Kronos Quartet istnieją od prawie 40 lat, a od dobrych kilkunastu dzierżą tytuł najpopularniejszego kwartetu smyczkowego i aż dziw bierze, że podczas 13-letniej historii ATP żaden z kuratorów nie zdecydował się na zaproszenie tej czwórki wybitnych muzyków. Na festiwalu pod kuratelą The National dostali za to dwa sloty, jeden 75-minutowy w piątek i drugi, o kwadrans krótszy w sobotę, podczas którego na scenie przez chwilę towarzyszył im Bryce Dessner. Oba koncerty wypadły świetnie i zostały żywo przyjęte przez publiczność domagającą się bisów, której żądania muzycy z chęcią spełniali. Mogliśmy usłyszeć między innymi "WTC 9/11" Steve'a Reich'a, "Clouded Yellow" Michaela Gordona, "Bloodstone" Amona Tobina, "Purple Haze" Jimi'ego Hendrixa czy choćby "Aheym" wspomnianego już Bryce'a Dessnera. Nie zabrakło też najbardziej entuzjastycznie przyjętych przez publikę utworów napisanych przez Clinta Mansella, jak również kabaretowego polowania na bzyczącą muchę przy pomocy smyczków. Klasyczne kompozycje zagrane z pasją i aptekarską precyzją stanowiły miły reset dla głów przepełnionych gitarowym graniem.

Na koniec piątkowego wieczoru fantastyczny koncert zagrali Japończycy z Boris. Mocno związani z ATP, od 6 lat występują rokrocznie na jakiejś edycji festiwalu. Niespotykana intensywność dźwięków bijących ze sceny po prostu obezwładniała. Z potężnych, gitarowych drone'ów powoli wyłaniały się delikatne, wolno snujące się melodie i na odwrót. Świetnie wypadło otwierające koncert "Huge", sam tytuł piosenki jest najwłaściwszym epitetem opisującym zespół. Uwagę zwracały monstrualnej wielkości wzmacniacze, których używają Japończycy, szczególnie lampowy Sunn Model T Takesh'ego. Ciężkie, mocarne dźwięki zagrane z iście jazzową lekkością i manierą opierającą się na słuchaniu siebie nawzajem i wspólnym tworzeniu po części improwizowanych kompozycji. Idealny wybór artysty na zakończenie festiwalowego dnia.

Sobotni rozkład artystów, co trochę niezrozumiałe, ułożony został tak, że koncerty na obu scenach rozpoczynały się w prawie identycznym czasie. Wiązało się to z trudnymi wyborami i niepotrzebną 30 minutową przerwą miedzy każdym kolejnym koncertem.
Niekwestionowanym highlightem drugiego dnia festiwalu był występ Michaela Rothera, który na scenie pojawił się w towarzystwie Aarona Mullana i młodych Berlińczyków z Camera. Odegraniem klasycznych już numerów z repertuaru NEU! i Harmonii, Rotherowi i spółce udało się zupełnie zawładnąć publicznością. Rytm, dynamika, repetycje i niepowtarzalne gitarowe popisy Rothera, brzmieniowo bardziej przypominająca syntezator, to mieszanka dźwięków, która nie pozwalała ustać w miejscu. Kto by pomyślał, że elektroniczna muzyka sprzed 40 lat może brzmieć tak świeżo. Sam Rother zdawał się być miło zaskoczony żywymi reakcjami publiczności po kolejnych utworach. Takiej „starości” życzymy wszystkim artystom.
Występ Niemców był ostatnim tego dnia na dużej scenie, który przebiegł bez żadnych problemów. Mniej szczęścia mieli niestety Sharon Van Etten i The Antlers. Sharon weszła na scenę z opóźnieniem spowodowanym problemami technicznymi, które jak się zaraz okazało, nie zostały do końca rozwiązane. Przez trzy pierwsze utwory głos wokalistki był ledwie słyszalny. Mikrofon zdawał się zbierać tylko niskie tony i dźwięki płynące z głośników w niczym nie przypominały charakterystycznego głosu songwriterki. Techniczny problem udało się rozwiązać samej artystce, ale zdenerwowanie początkiem koncertu dało się u niej wyczuć aż do końca występu. Sharon brakowało scenicznego luzu i uśmiechu, zdawała się być nieobecna, co niestety dało się zaobserwować i usłyszeć. Występ poprawny, z lepszymi momentami, jednakże artystka przyzwyczaiła nas do dużo wyższego poziomu, którego tym razem nie udało się osiągnąć, choć nie do końca z winy jej samej.

Podobnego pecha miał ze swoim odsłuchem Peter Silberman z The Antlers. Przerwał on występ w środku drugiej piosenki, dwukrotnie wymienił kabel gitarowy i po 5 minutach krzątaniny po scenie zaczął przerwaną piosenkę od nowa. Mimo, że Nowojorczycy zakończyli trasę kilka miesięcy temu, ich koncertowa forma i sceniczne zaangażowanie były godne podziwu, szczególną uwagę zwracały popisy wokalne lidera grupy. Co więcej, frontman zmienił swojego Telecastera na typowo jazzowy model Hagström Viking - podkreśliło to dodatkowo melodyjność kompozycji i zbliżyło brzmienie grupy do tego znanego ze studyjnych albumów. Zaskakiwała łatwość, z jaką The Antlers potrafią podzielić się nastrojem swoich piosenek z koncertowo nasyconą już publiką. Tłum ludzi jak zaczarowany wtórował Peterowi podczas refrenów i długich westchnięć. Koncert bardziej przypominał nabożeństwo z Silbermanem w roli natchnionego kapłana, a zagrane na finał "Putting the Dog to Sleep" przybrało formę końcowego błogosławieństwa.

Ostatni dzień festiwalu został hojnie obsadzony znakomitymi nazwiskami. Świadczyć może o tym fakt, że My Brightest Diamond rozpoczęli swój koncert tuż po godzinie 15. Sala wypełniona w 1/4 nie była problemem dla Shary Worden, która wraz z zespołem odegrała na scenie przemyślany show. Niekwestionowana charyzma, specjalna sceniczna kreacja, fryzura i rekwizyty, swoboda i naturalność przekazu połączona z muzycznymi argumentami, których Shara ma aż nadto - tyle wystarczyło, żeby wybić się ponad wysoką festiwalową średnią. Kapitalnie wypadły mocniejsze utwory, kiedy Worden zakładała na ramię gitarę i intensywniej używała swojego głosu. W pamięć zapadało także wzruszające wykonanie "I Have Never Loved Someone", czy "Apples" zagrane na kalimbie. Co raz mniej jest artystów, którzy na żywo brzmią lepiej niż na płytach, ta trudna sztuka zdecydowanie udaje się natomiast Worden. Kapitalnymi występami zyskuje więcej fanów, niż gdyby rozdawała swoje płyty za darmo.

Wybór dwóch kolejnych artystów, którzy wystąpili w niedzielę na dużej scenie nie został chyba do końca przemyślany. Ledwie 30 minut przerwy między koncertami porównywalnie brzmiących Youth Lagoon i Perfume Genius sprawił, że oba występy wręcz zlały się jeden. Zdecydowanie lepiej wypadł ten drugi, chociaż to jemu przypadł trud występowania przed publicznością, która godziną tożsamej muzyki została uraczona kilkadziesiąt minut wcześniej. Mike Hadreas okazał się rzeczywiście geniuszem, jeśli weźmiemy pod uwagę emocjonalny przekaz, którym potrafił wzruszyć fanów, samemu też czasem wycierając spływającą łzę. Smutne, poruszające teksty zaśpiewał delikatnie, ale z wielkim sercem. Śmiałe porównania twórczości Hadreasa do Justina Vernona czy Sufjana Stevensa są może trochę przesadzone, ale artysta i tak wyróżnia się w tłumie podobnych mu piosenkarzy.
Występ Youth Lagoon cechował się natomiast nadmiernym użyciem reverb'u, który zamiast stanowić podbarwienie ogólnie granej muzyki, stał się jej kwintesencją.

Dlatego miłym przerywnikiem przy natłoku elektronicznych efektów stał się koncert Pedro Solera i Gaspara Clausa. 73-letni ojciec, gitarowy mistrz flamenco i jego 28-letni syn grający na wiolonczeli wystąpili po raz pierwszy na rockowym festiwalu. Córka Pedro, a siostra Gaspara to partnerka życiowa Bryce Dessnera. Muzycy pokazali jednak, że względy rodzinne, to nie jedyny powód dla którego się tu znaleźli, dając pierwszorzędny pokaz hiszpańskiej muzyki i ukazując fanom na wskroś odmiennych brzmień prawdziwą duszę flamenco. Obaj perfekcyjni technicznie, grający z poświęceniem i pierwiastkiem czegoś, co u Anglosasów niespotykane - romantyzm, głębokie stany emocjonalne, duchowość - ciężko określić jednym wyrazem, to co Hiszpanie nazywają "duende".

Do swojej wybornej, scenicznej formy przyzwyczaił nas występujący na niemalże każdym festiwalu ATP, nieobliczalny Deerhoof. Satomi rozpoczęła koncert od triumfalnego okrzyku "Back to Pointin's!" i kilku anegdot dotyczących dawnych edycji All Tomorrow's Parties, które miały miejsce w tym właśnie miejscu. Po zakończeniu sentymentalnych wątków przyszedł czas na odpalenie muzycznej machiny, jaką jest grupa z San Francisco. Do opisania koncertu niech posłuży jedyne zdanie jakie umieścili na przeznaczonej im stronie festiwalowego programu: "Deerhoof to niestabilna substancja, którą każdy etycznie myślący naukowiec w naszej galaktyce potępia jako niebezpieczną i nieprzewidywalną". Zdanie pochodzi ze Star Treka i w pierwotnej wersji opisuje cząsteczki Omega, niebezpieczne, nieprzewidywalne i mogące w każdej chwili zniszczyć sporą część kosmosu. Tak właśnie tego wieczoru brzmiał zespół Deerhoof.

Zespół pełniący na ATP rolę kuratora imprezy występuje zwykle kilkukrotnie na przestrzeni festiwalowego weekendu, czasem prezentując różnorodny materiał i odmienne oblicza. Inaczej było tym razem, gdyż The National postanowili zagrać tylko jeden, wydłużony set kończący 3-dniowy wydarzenie. Podczas 2 godzin spędzonych na scenie zespół uraczył nas standardowym zestawem utworów wykonywanych podczas trasy promującej High Violet - ostatni album w dorobku grupy, wplatając jednak między stare kawałki, trzy nowe, premierowo wykonane piosenki, o bardziej minimalistycznych kompozycjach. Setlista stosunkowo pospolita, biorąc pod uwagę niecodzienność i rangę całego wydarzenia, na które zjechali się fani liczący na wyjątkowy i niepowtarzalny koncert. Zespół zapraszał na scenę kolejnych gości, którzy na festiwalu zaprezentowali swoje własne projekty, ale mieli też udział przy powstaniu trzech ostatnich albumów grupy. Richard Reed Perry, Owen Pallett, Nico Muhly, sekcja dęta i dodatkowa gitarzystka powiększali momentami skład zespołu do 11-osobowego. Wszystkie kompozycje wypadły bardzo żywo i przestrzennie. Doskonale rozumiejący się na scenie bracia Dessnerowie perfekcyjnie dowodzą kolektywem nadając tempo i charakter kolejnym utworom. Na pochwałę zasługuje też Matt Berninger, tradycyjnie już wspomagający swoją sceniczną niepewność kieliszkami czerwonego wina. Mimo problemów gardłowych, które słyszalne były w czasie jego żartów między kolejnymi utworami, udało mu się stanąć na wysokości zadania i liryczne linie wokalne odśpiewał bez zauważalnego uszczerbku w głosie. Brzmienie zespołu było niejako syntezą brzmień poszczególnych zaproszonych na festiwal gości, jak gdyby części składowe prezentowane od piątku do niedzieli, na koniec ostatniego dnia złożyły się w jedną spójną koncepcję zaprezentowaną właśnie przez kuratorów tej edycji All Tomorrow's Parties. Koncert pełen poruszających momentów, mimo że nie spełnił do końca wygórowanych oczekiwań, to dla fanów zespołu stanowił i tak nie lada gratkę, biorąc pod uwagę fakt, że ostatni regularny koncert The National dali niemalże rok temu. Wielki zespół, doskonały studyjnie, wyjątkowy na żywo.

All Tomorrow's Parties pod kuratelą The National nie było wydarzeniem tak bezkompromisowym, jak niektóre poprzednie edycje festiwalu. W optymalnym lineupie, którego mieliśmy prawo oczekiwać od The National nie powinno zabraknąć Sufjana Stevensa, St. Vincent, The Walkmen, Phosphorescent czy choćby Colina Stetsona. Mimo licznych kooperacji z udziałem braci Dessnerów, dawało się odczuć pewien deficyt występów unikatowych i bezprecedensowych, czy nawet przygotowanych specjalnie na ten właśnie weekend - z tego słynęły poprzednie edycje festiwalu. Szkoda, że artyści nie skorzystali z pomysłu powtórzenia marcowej "The Bridge Session", w której członkowie The National i kilku innych muzyków brooklyńskiej sceny zagrali specjalny koncert pod przewodnictwem Boba Weira z Grateful Dead prezentując utwory legendarnej grupy, jak i kilka nietuzinkowych coverów. Niestety nie można mieć wszystkiego, tym bardziej biorąc pod uwagę kłopoty finansowe, z jakimi ostatnio boryka się ATP. Pomimo kilku drobnych niedociągnięć festiwalowy weekend zdecydowanie urzekał. Muzyczny eklektyzm repertuaru wybranego przez The National i ATP sprawiał, że o nudzie ani znużeniu nie mogło być mowy. Była to edycja bardzo solidna i przemyślana, bez słabych punktów, choć też z niewielką ilością absolutnie wyjątkowych koncertów. Popularny kurator i popularni goście zagwarantowali frekwencyjny sukces tej edycji ATP i być może festiwal potrzebuje kilku podobnych odsłon na odbudowanie swojego finansowego zaplecza, aby w przyszłości znów raczyć nas edycjami pozbawionymi kompromisów i pełnymi ambitnych i artystycznie ryzykownych wydarzeń.

ps. Galerię ponownie zamykają zdjęcia tradycyjnej fotomozaiki, którą przygotowuje Shannon McLean, w tym przypadku przedstawiającej okładkę Sad Songs for Dirty Lovers. Ponownie, tym razem w dwóch miejscach znajduje się na niej logo PopUp, co dzieje się bez naszej inicjatywy, ale niezmiennie bardzo nam miło.

[tekst: Przemysław Sasimowski]

Dziękujemy  agencji shot2bits za udostępnienie zdjęć.

[zdjęcia: Andy Ennis]

The National [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Michael Rother [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Michael Rother [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
The Antlers [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
The Antlers [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
My Brightest Diamond [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
My Brightest Diamond [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Sharon Van Etten [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Kronos Quartet [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Richard Reed Perry: Quiet River of Dust [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Nico Muhly [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Nadia Sirota (Nico Muhly) [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Pedro Soler & Gaspar Claus [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Youth Lagoon [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Perfume Genius [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Deerhoof [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
Boris [fot. Andy Ennis/shot2bits.net]
ATP curated by The National [fot. Shannon McClean]