polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Buke and Gase Arone Dyer i Aron Sanchez

Buke and Gase
Arone Dyer i Aron Sanchez

Buke and Gase to Arone Dyer i Aron Sanchez, duet grający na „buke” oraz „gase”, czyli odpowiednio elektrycznym barytonowym ukulele (z fragmentem samochodu wykorzystanym w pudle) oraz połączeniu gitary (cztery struny) z basem (dwie) wyposażonym w kilka przetworników. Dołączając do tego rytm wybijany na centrali i za pomocą tamburynu przymocowanego do stopy, Arone i Aron uzyskują kompletne brzmienie, o które można byłoby posądzić kwartet, gdyby nie widok dwójki osób na scenie – skupionych, ale zaraźliwie cieszących się muzyką. Ostatnio można było ich zobaczyć w Europie w roli suportu na trasie Deerhoof, do której pasowali idealnie – ich również charakteryzuje połączenie miłości do piosenek z inklinacjami do instrumentalnego eksperymentu, w czym też przywodzą na myśl St. Vincent. Arone i Aron zagrali także na obu grudniowych festiwalach ATP. Na tym pod kuratelą Shellac na jeden utwór dołączył do nich Bob Weston na basie, który zresztą wykonał mastering ich nadchodzącej płyty General Dome, która ukaże się w styczniu nakładem Brassland / Discorporate. Weston to zawodowy masteringowiec i bynajmniej nie z każdym klientem gra, więc jego gest podkreślił oryginalność i perspektywiczność tego zespołu.

Już na pierwszej epce +/- (2008) i płycie Riposte (2010) Buke and Gase używali samodzielnie stworzonych instrumentów, choć od tego czasu uległy one zmianie. „Mojego instrumentu używałem już w poprzednim zespole, więc niejako wniosłem go do obecnego projektu. Pomimo małego skład, próba zrobienia czegoś innego pod względem dźwięku i sprzętu była od zawsze częścią naszego projektu. Na samym początku, zanim tak naprawdę go zaczęliśmy na serio, przez chwilę mieliśmy perkusistę. Ale on odszedł i musieliśmy zastanowić się co dalej – szukać zastępstwa czy pozostać przy duecie.” – mówi Aron. Słuchając ich pierwszych nagrań łatwo można zauważyć różnicę w stosunku do obecnego brzmienia, teraz głębszego i bardziej finezyjnego. Odwołując się do punk-rockowej i indie-rockowej tradycji, Buke and Gase już na początku brzmieli jakoś inaczej, dziwniej, choć wówczas dość surowo. Ich nowy materiał jest natomiast bardziej poetycki i dwuznaczny, nieco spokojniejszy, choć nadal o dużym uderzeniu. Słuchając płyty zastanawiam się, czy nad instrumentami majsterkują chcąc lepiej dopasować je do nowo powstających piosenek, czy może na odwrót, to ciągłe majsterkowanie powoduje, że zmieniają się możliwości instrumentów i powstają piosenki je eksponujące. Arone nie chce tego jednoznacznie rozstrzygnąć – „Zaczęliśmy grać tylko we dwoje, bez użycia zwykle spotykanych efektów, nawet bez przesteru. Miałam tylko dzwonki i kiedy pisaliśmy piosenki doszliśmy do wniosku, że byłoby naprawdę fajnie zaakcentować niektóre fragmenty, więc przynieśliśmy centralę, ale nie brzmiała tak mocno jakbyśmy chcieli, więc dodaliśmy tamburyn i werbel. Nasze instrumenty jednak nadal nie spełniały do końca naszych wymagań, więc dodaliśmy efekty Whammy, ja chyba jako pierwsza miałem ten mały, analogowy DigiTecha. To naprawdę poszerzyło nasz sposób pisania piosenek, nagle dysponowaliśmy nowymi dźwiękami i one do dziś się coraz bardziej rozrastają. Instrumenty stają się coraz bardziej zindywidualizowane i rozwijają się w procesie tworzenia piosenek.” Ale głównym konstruktorem jest tu przecież Aron: „To stały proces dodawania i sprawdzania, co możemy zrobić na naszych instrumentach. Czasami mam pomysł na coś w sensie technicznym, tak by osiągnąć określony efekt, a czasami to piosenka wymaga dorobienia czegoś i muszę wtedy wymyślić, jak to osiągnąć pod względem sprzętowym. Potem dodajemy głos jako kolejną warstwę…” – „co wpływa na strukturę piosenki bądź melodii.” – uzupełnia Arone.

Mimo oryginalności instrumentów, o głosie nie da w przypadku Buke and Gase zapomnieć. Praktycznie każdy utwór jest piosenką prowadzoną przez Arone, do której incydentalnie dołącza Aron. Dyer ma ciekawy głos, bo z jednej strony jest w nim rockowa siła, a z drugiej delikatność. Przypomina trochę Gwen Stefani i Melissę auf der Maur, także w sposobie artykulacji i zmian ekspresji, ale osadzony jest w o niebo ciekawszym i unikającym popkulturowych klisz kontekście muzycznym. Chwilami sięga też po folkowe maniery, co na nowej płycie prowadzi do świetnych kontrastów. Wspaniale pokazuje to będący swoistą kulminacją General Dome, przedostatni numer „My Best Andre Shot”, w którym delikatne partie zderzają się z apokaliptycznymi i pozornie chaotycznymi pasażami. Tytułowy „General Dome” to najbardziej niepokojący utwór płyty, z uporczywą linią dudniącego basu jak z Psychic Paramount, gitarowymi ekscesami oraz monodeklamacjami przeplatanymi natchnionym śpiewem Arone. W finale płyty nowojorczycy przybliżają się zaś do dokonań Micachu and the Shapes – ci także wykorzystują własne instrumenty, ale na scenie są nieporadni, co jest zupełnym przeciwieństwem swobody Buke and Gase. Co ciekawe, w „Cyclopean” na General Dome albo „Misshaping Introduction” z tegorocznej epki Function Falls wyeksponowany jest harmonizer, ukazujący drugi biegun tych kontrastów. Wspomniana epka powstała w konsekwencji prośby o przygotowanie koweru „Blue Monday” New Order na składankę Radiolab. Co prawda wyszedł on fajnie, ale moim zdaniem był trochę zbędny, w tym sensie, że zespół o tak oryginalnej propozycji niepotrzebnie zaryzykował, że będzie postrzegany przez pryzmat koweru przeboju, który sprawdza się zawsze i wszędzie. Na szczęście pozostałe trzy numery na Function Falls i nadchodzący album tę oryginalność podkreślają.

Gdy General Dome wybrzmiewa mam wrażenie, że gdyby My Brightest Diamond nie było projektem post-akademickim i kameralistycznym, tylko stricte punkowo-DIY-owym, mogłoby brzmieć w ten sposób. Podobnie jak Shara Worden, Buke and Gase nie mogą się oprzeć potrzebie pisania rockowych piosenek, ale nie chcą ich grać jak rockowy zespół, nieważne jaki przedrostek postawilibyśmy przed: „Do pewnego stopnia tak jest, czujemy, że możemy zaoferować coś innego, ale nadal w obrębie tego świata. – mówi Aron – Jak możemy grać muzykę na żywo, gdy nie mamy syntezatorów, wielu pętli czy sekwencerów, jakim sposobem możemy zagrać na żywo coś mocniejszego niż rock? Jak to zrobić, gdy jesteśmy tylko we dwójkę?” Arone dodaje: „Nie chodzi o rozczarowanie muzyką rockową, byłabym bardzo szczęśliwa grając w zespole. Ale to, co robimy w tym momencie, to wielka frajda.”

Frajda także dla słuchacza, zwłaszcza, że w przypadku Buke and Gase korespondencja między studyjnym a koncertowym obliczem zespołu jest bardzo bliska – General Dome nagrane zostało przez nich na własną rękę w dość dużym, ponoć nieużywanym pomieszczeniu, w którym ustawiona została de facto ta sama instalacja co na koncertach. „Większość z naszych dwóch płyt zawiera to, co również gramy we dwoje na żywo. Jest kilka dogrywek, ale w większości jest to materiał do zagrania live, więc na trasę zabieramy dokładnie ten sam sprzęt.” - mówi Aron. Ostatnie lata przyniosły rozkwit jedno- lub dwuosobowych projektów, w których architekturę utworów tworzy się na żywo za pomocą loopstacji, sekwencera, czasem sampli, żeby już nie wspominać laptopa. Tu oczywiście komputera nie ma, ale podejście do wykonywania na żywo też jest dość tradycyjne. Arone tłumaczy: „Używam loopu, ale w ten sposób, że przypomina to ciągłe granie jednego dźwięku na keyboardzie, nie ma żadnego rytmu nagrywanego i zapętlanego na scenie. Generalnie używam go jako instrumentu, by zagrać ton, który tworzy kolejną warstwę. Harmonizer wokalny, który wykorzystuję obecnie, to TC Helicon, który dodaje harmonie wokalne, ale w czasie rzeczywistym. Nie stosujemy niczego nagranego, czy wcześniej zapętlonego. Więc pod tym względem uważam, że praktycznie nie używamy zapętleń na żadnym etapie naszej muzyki, czy to jest pisanie czy granie koncertów. Granie na żywo jest dla nas wtedy również bardziej interesujące. Zagranie czegoś na scenie jest dla nas ciekawsze niż puszczenie nagrania.”

Słuchając ich, powiedzmy, gitarowych struktur trudno mi wręcz uwierzyć, że grają tylko dwie osoby i zaczynam się zastanawiać, czy gdzieś w zanadrzu nie mają muzyki instrumentalnej, jeszcze bardziej eksponującej wyjątkowe możliwości tak skonstruowanych instrumentów szarpanych. Arone ten pomysł nie przypada szczególnie do gustu: „Lubię śpiewać, uwielbiam to. Grając niemalże wybucham, dlatego śpiewam. To wychodzi w improwizacji i pomaga nam pisać. Często kiedy improwizujemy okazuje się, że gdy wracamy do tych kawałków, jest w nich wokal.” Aron jednak wydaje się bardziej zainteresowany: „Na tym etapie piszemy piosenki. Chciałbym zagrać również coś bardziej instrumentalnego, ale póki co jesteśmy zadowoleni grając muzykę, na którą ludzie reagują, melodie, które utkwią w ich głowach.”- „Utkwiły też w mojej” dodaje Arone. Przyznaję, że w mojej także, po czym moi rozmówcy zaczynają się zbierać do wejścia na scenę w londyńskim Garage. Otwieranie koncertów Deerhoof to jest dość trudne zadanie, ale tym razem raczej nikt z uczestników koncertu nie miał problemu z zapamiętaniem suportu.

[Piotr Lewandowski]