polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Bad Light District wywiad z Michałem Smolickim

Bad Light District
wywiad z Michałem Smolickim

Z Michałem Smolickim, założycielem Bad Light District, rozmawiamy o nowej płycie zespołu, która jest próbą zerwania z etykietką polskiego Joy Division, a także o zmianach w składzie i polskiej scenie muzycznej. Zapraszamy do lektury!

Nothing Serious ukazuje się aż trzy lata po bardzo dobrze przyjętym debiucie Simplifications. Udało mi się znaleźć informację, że wasza absencja na rynku była związana z problemem znalezienia wydawcy. Możesz coś więcej o tym powiedzieć, bo to dość kuriozalna sytuacja ?

Problem z wydaniem płyty to tylko finał tego trzyletniego okresu. Ten czas, który upłynął od ukazania się debiutu wykorzystaliśmy na zgranie zespołu, skomponowanie nowego materiału, oraz jego rejestrację. Przypomnę, że w 2009 po wydaniu Simplifications byłem jedynym członkiem zespołu, więc przed BLD było jeszcze sporo roboty.

A co do problemów z samym wydawnictwem - prawda jest taka, że czasy na rynku wydawniczym są niezwykle trudne. Wydawcy ograniczają liczbę nowych tytułów, lub odkładają je w czasie na lepsze lata. My nie chcieliśmy czekać, patrząc jak nasz nowy materiał staje się coraz mniej aktualny dla nas samych i postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Dogadaliśmy się z krakowską rozgłośnią Radiofonia i przy jej medialnym wsparciu wypuściliśmy właśnie nowy album. Taka forma działania ma oczywiście dwie strony - z jednej mamy więcej rzeczy pod kontrolą i więcej zależy od nas, z drugiej zaś pochłania to niezmiernie dużo czasu, którego ciągle nam brakuje...

Bad Light District startowało jako twój solowy projekt. Dziś BLD to oprócz Ciebie, Łukasz Lembas, Jacek Dąbrowski i Maciek Pietrzyk. Jak powiększenie składu wpłynęło na jakość waszej muzyki ?

Teraz możemy znacznie więcej, zespół ma w końcu cztery pary rąk. Na debiutanckim Simplifications w kwestii muzyki zrobiłem wszystko sam. Jedynie przy wokalach wsparli mnie kompani z New York Crasnals. Zatem pole manewru było mocno ograniczone - bo nie jestem ani gitarzystą, ani basistą, ani klawiszowcem, a jednak na wszystkim wypadło mi zagrać. Paradoksalnie mój pierwszy instrument - perkusja - na debiutanckim albumie… pochodził z automatu perkusyjnego. Siłą rzeczy kompozycje były mega proste jeśli chodzi o aranżacje, mogłem za to skupić się na melodiach i piosenkowym obliczu tamtej płyty.
Po sformowaniu czteroosobowego, pełnoprawnego zespołu, automatycznie musiał dokonać się skok w poziomie skomplikowania kompozycji, oraz ich bogactwie w dźwięki. Nie chciałem jakoś strasznie trzymać się korzeni i nawiązań do pierwszej płyty, a więc na zasadach pełnej muzycznej demokracji skomponowaliśmy nowy materiał wspólnie. Każdy przemycił tu nieco swoich muzycznych fascynacji i aspiracji - stąd brzmienie tego albumu jest pełniejsze, bogatsze, i mam nadzieję, bardziej wciągające.

Podczas odsłuchu Nothing Serious miałem wrażenie, że to album utrzymany w stylistyce/konwencji lo-fi. Był to zabieg celowy czy wręcz przeciwnie, wyszedł w trakcie nagrywania ?

Na pewno dalecy byliśmy w swych założeniach od zrobienia jakiejś superprodukcji. Ale z drugiej strony chcieliśmy uzyskać bardziej żywe brzmienie, niż na w wspomnianym wcześniej debiucie, który jest lo-fi do potęgi. Echa lo-fi na Nothing Serious wynikają z pewnością ze sposobu realizacji - przeniesienia sporej części nagrań do własnej sali prób,
domowych warunków. Dokonałem prostej kalkulacji - mogłem zapłacić spore pieniądze za studio, lub kupić sobie parę mikrofonów i sprzęt do rejestracji, który przecież zostanie mi na lata. A poza tym, lubię taki tryb pracy, gdzie nie muszę zerkać na zegar. Stąd wokale, gitary i część wstawek elektronicznych powstała w sali prób BLD, sekcja rytmiczna natomiast w studio. Całość skleił w sobie jedynie znany, magiczny sposób Michał Kupicz i dzięki temu płyta nabrała dodatkowego frapującego wymiaru. Bardzo sobie cenię stylistykę lo-fi, więc Twoje pytanie traktuję jako miły komplement :)

Przede wszystkim zasłużony, bo brzmienie Nothing Serious to jeden z najmocniejszych punktów tego albumu.
Nową płytą mówicie, że odżegnujecie się od stwierdzenia „najsmutniej grający zespół w Polsce”. Może i jest mniej depresyjnie, ale całość, moim zdaniem, cały czas balansuje na połączeniu smutku i melancholii. W sumie, to pozwolę sobie nadać nową łatkę, najbardziej melancholijno-oniryczny zespół w Polsce.


Uff, czyli idziemy w słusznym kierunku:) Prawda, oba albumy są „melancholijne” - dużo bardziej podoba mi się to określenie. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, ze zaczynamy być postrzegani jako kolejni epigoni Joy Division, z czym się zupełnie nie zgadzam. Środek ciężkości naszej muzyki leży zupełnie gdzieś indziej, może jedynie tą melancholijną aurą tworzymy jakiś zbiór wspólny. Z pewnością nie gramy muzyki imprezowej, ale nie chcemy także nikogo wpędzać w depresję. Ostatnio przy piwie ze znajomymi padło fajne hasło – „pastelowa czerń”. Takie określenie muzyki BLD bardzo by mi pasowało :)

Skoro już padła nazwa Joy Division, przyznam szczerze, że może jakieś małe echo kapeli z Manchesteru było słyszalne na pierwszej płycie, ale raczej, w moim odczuciu, wynikało z pewnej maniery wokalnej w kilku utworach. Skoro już jesteśmy przy wokalu, nie czułeś pewnej presji z wzięciem na siebie całkowitej odpowiedzialności za warstwę wokalno-tekstową zespołu?

Jasne, że czułem. Całe życie siedziałem sobie z tyłu sceny za perkusją, odpowiadając jedynie za rytm. Miałem sporo obaw związanych z powołaniem „żywego” wcielenia BLD, chwycenia za gitarę i zawędrowania na front sceny. To samo tyczy się pisania tekstów. Nie czuję się poetą. Raczej staram się opowiadać proste historyjki, lub rzucić parę haseł, sytuacji o których sobie rozmyślałem. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, ile z tym roboty Można mieć naprawdę fajny szkic kawałka, wymyśloną linię melodyczną, a żaden tekst nie chce w to pasować, bo oczywiście rządzi się swoimi odrębnymi regułami gramatycznymi, a do tego musi mieć przecież jakiś sens. Jeszcze pół biedy, gdy pisze się w języku angielskim, który jest dość elastyczny, melodyczny, wyrazy są krótsze. Dlatego podziwiam zespoły piszące dobre teksty po polsku – jak np. warszawski Organizm. Na pewno chciałbym zmierzyć się z polskimi tekstami w przyszłości…

W jednym utworów pada pytanie, czym jest dzisiaj sztuka ? To może zapytam, czym jest dzisiaj rynek muzyczny i twory z nim związane? Czy nie masz wrażenia, że pewna kultura muzyczna, przemysł muzyczny w naszym kraju tak naprawdę nie chce promować muzyki, o którą sam się upomina, zamiast tego chełpi rzeczy dość miałkie, pokroju Happysad itp.

Co do kultury muzycznej - to dość złożony temat. Ludzie słuchający fajnej muzyki, sami na nią polują. Na media nie ma co liczyć. One wyhodowały sobie słuchacza, którego wystarczy nakarmić miałkim gównem i będzie zadowolony. Wszystko jest proste – słuchacz nie wymaga, dziennikarz się nie wysila. Z drugiej jednak strony media natrafiły na pewien problem ewolucyjny. Przykład MTV – kiedyś można było zobaczyć masę klipów Pavement czy Radiohead, dziś nie ma tam muzyki prawie wcale. I nie dziwię się, bo masowy odbiorca muzyki się zmienił - wszystko może zobaczyć na youtube, ściągnąć z sieci. Zatem słuchacz pośrednio sam się do tego przyczynia - stacje muzyczne muszą walczyć o przetrwanie w inny sposób. Ambitniejsze jednostki same sobie znajdą fajną muzykę, jednak zanik opiniotwórczych mediów, szczególnie w naszym kraju, to stałe obniżanie masowego gustu muzycznego. To czysta fizyka – jak coś nie idzie w górę, to opada na dno. A komercyjne stacje radiowe tylko przyspieszają ten proces uboju gustu. Ostatnio dużo podróżuję busami, w których na cały regulator hulają dobrze znane stacje radiowe, i jak zapomnę zabrać swój odtwarzacz by to zagłuszyć, płaczę rzewnymi łzami…

W kończącym płytę, kapitalnym „The Wasteland” zbliżacie się trochę do twojego innego zespołu New York Crasnals, już nie mówiąc o świetnej partii saksofonu w końcówce. Czy to pewna tęsknota za NYC, co właściwie dzieje się z tym projektem?

Za NYC na pewno tęsknię. To w końcu projekt, dzięki któremu wydałem pierwszą płytę w życiu, usłyszałem pierwszy raz swoją piosenkę w radiu, czy zagrałem na dużej scenie na festiwalu. Mamy chwilową przerwę techniczną, wynikającą po prostu z ‘prozy życia’. Ale na pewno nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa i o NYC jeszcze usłyszycie. Musimy po prostu przemyśleć parę rzeczy, obrać jakiś kierunek i nieco odświeżyć formułę. Zapewniam, że plany są, a szuflada ze szkicami piosenek się zapełnia.
A co do „The Wasteland” - nigdy nie miałem intencji przenoszenia klimatu New York Crasnals do Bad Light District, więc jeśli coś tam pobrzmiewa, to zdecydowanie podświadomość.

Na koniec, chciałbym się zapytać jakie plany na przyszłość, oraz z racji tego, że wielkimi krokami zbliża nam się koniec 2012 roku, co dla Ciebie było największym zaskoczeniem i rozczarowaniem w tym sezonie muzycznym, nie licząc oczywiście wydania albumu ;)

Udało mi się zobaczyć parę koncertów, z których wychodziłem z wypiekami na twarzy – Thee Oh Sees, Pissed Jeans, Mudhoney, czy Battles, z nowych płyt ruszyły mnie Tame Impala, Trail Of Dead i Pond, nie ma tego dużo, ale pewnie przez zapracowanie przeoczyłem jakieś perełki… Rozczarowaniem natomiast jest dla mnie malejąca frekwencja na koncertach polskich, jak i zagranicznych artystów. To jest temat na jakąś dłuższą analizę i dyskusję.
A co do planów - zimą zabieramy się za nowy materiał, który chcemy powoli odsłaniać już podczas wiosennych koncertów. Zespół działa coraz prężniej, nasza praca nabiera coraz wyższych i równych obrotów, wszystkie trybki wskoczyły już na swoje miejsce. I to jest rzecz, z której jestem najbardziej zadowolony i pozwala mi patrzeć optymistycznie w przyszłość. Mierzymy wysoko – koncerty zagraniczne, festiwale. Myślę że rok 2013 będzie nasz.

Życzę Wam tego. Dzięki za rozmowę.

[Mateusz Nowacki]

recenzje Bad Light District w popupmusic