polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
TERRY RILEY Aleph

TERRY RILEY
Aleph

Minimalny w formie, maksymalny w rozmiarze improwizowany album Terry’ego Riley został nagrany przez niego samego na syntezatorze Korg Triton Studio 88 w stroju naturalnym i zarejestrowany na przenośnym, cyfrowym urządzeniu nagrywającym – bo tylko to było pod ręką w trakcie występu. Niemal dwugodzinny materiał nie ma chwili przerwy, ani wyraźnie zarysowanych sekcji, jest medytacją inspirowaną znaczeniami pierwszej litery hebrajskiego alfabetu. Riley wykorzystuje charakterystyczne środki minimalizmu – pulsy, repetycje, drony – i nie eksperymentuje z brzmieniem instrumentu, praktycznie przez cały występ ma on tę samą, daleką od wysublimowania, barwę, przypominającą nieco organy, z lekko wietrzną nutą. Ociera się więc o paradoks to, że po tylu latach istnienia nurtu powstaje płyta, która nie wnosi nic nowego do jego charakterystyk, a wywiera tak olbrzymie wrażenie. Widocznie jest tak, jak w starej anegdocie o reperowaniu samochodu jednym uderzeniem młotka w cenie 1000pln – nie chodzi o to, żeby walić tym młotkiem dużo, tylko żeby wiedzieć gdzie. Riley manewruje przez swą syntezatorową improwizację z wyczuciem bliskim geniuszu. Brzmienie pozostaje stabilne, ale tempa i nastroje ulegają płynnej zmianie, budując konsekwentnie medytacyjną atmosferę i zawieszając upływ czasu. Struktury kompozycyjnej tu raczej nie ma, w każdym razie nie ma sensu starać się ją wyśledzić – Aleph nie tyle się słucha, co w nim z czasem zanurza i poddaje muzyce. Idealnie byłoby nie musieć zmieniać CD w połowie materiału i lewitować w spokoju do końca.

[Piotr Lewandowski]