polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Unsound Festival 2012
Kraków | 14-21.10.12

Tegoroczny Unsound Festival odbył się de facto pod dwoma hasłami – „The End” i jubileuszu okrągłej, dziesiątej edycji. To połączenie okazało się trochę niefortunne. O ile na poprzednich edycjach ten festiwal wyróżniał się oryginalną tematyczną klamrą, to „koniec” był już w tym roku tematem kilku festiwali (muzycznych i nie tylko) i trochę spowszedniał. Zwłaszcza, że jego interpretacje często okazywały się zbyt dosłowne, czy też powierzchowne. Jubileuszowe powroty wykonawców na Unsound występujących w przeszłości natomiast często zawodziły. Na szczęście, wydarzenia na początku i w środku tygodnia, a także te popołudniowe i późno wieczorne w przedłużony weekend owe rozczarowania rekompensowały.

Tradycyjna sekwencja koncertów w największych salach koncertowych Unsound przyniosła głównie nowe projekty dawnych gwiazd, które niestety świeciły raczej światłem odbitym. Premierowy występ duetu Tim Hecker & Daniel Lopatin raził brakiem pomysłu na wspólne granie, pustym epatowaniem charakterystycznymi chwytami obu muzyków i niezdolnością wykorzystania wyjątkowej przestrzeni kościoła Św. Katarzyny. Po kwietniowym występie na Off Clubie to druga tegoroczna klęska Heckera ze "specjalnym projektem" w Polsce i oby prędko następnego takiego zlecenia nie dostał. Występ Biosphere & Lustmord z materiałem „Trinity”, poświęconym eksperymentom nad pierwszą bombą atomową pod tą nazwą, był przyjemny i dobrze wykorzystał akustyczne i wizualne możliwości Kina Kijów, ale nie przyniósł nic ponad to, co można było oczekiwać znając dokonania tych panów i temat projektów. Tzw. temat wydaje się zresztą przekleństwem części tego typu projektów – niejako nadając sens instrumentalnej muzyce, bywa potraktowany powierzchownie i okazuje się raczej wybiegiem, pretekstem dla przepakowania ogranych zagrywek, a nie odskocznią dla poszukiwań. Odbywający się tego samego dnia performans V/VM jest kandydatem do największej żenady roku. Jak wiadomo, James Leyland Kirby podchodzi do występów na żywo z dezynwolturą, ale tym razem nie był ani śmieszny, ani tak prowokujący, jak mu się chyba zdawało. Sceniczne ekscesy w rytm zmolestowanych hitów sprawdzały się jako wstęp lub podsumowanie jego wcześniejszych koncertów, ale teraz były jak wybryki pijanych gimnazjalistów. Prowokacja Kirby’ego, sugerująca, że przyjechał do Krakowa tak naprawdę pić z kolegami na koszt organizatora, nie była w sumie aż tak bez sensu w kontekście np. występu Heckera i Lopatina dzień wcześniej, ale jej realizacja okazała się kompromitacją. Natomiast za mało dystansu do siebie miał Ben Frost, który popadł w nadmierny patos podlany rockowym kiczem i nie wykorzystał potencjału dwóch świetnych muzyków z nim występujących – perkusisty Grega Fox oraz multiinstrumentalisty Shahzada Ismaily (pady, syntezatory). Były momenty, ale całość okazała się niemal rock-symfonią zrealizowaną za pomocą laptopowych narzędzi. Choć Unsound generalnie był dobrze nagłośniony, na tym koncercie drażniła współczesna maniera epatowania sub-basem. Co pasuje na imprezy klubowe czy wybrane projekty audiowizualne, w przypadku Frosta było bez sensu i sprawiło, że z perspektywy słuchacza perkusiści czasami wnosili nie tyle muzykę, co pantomimę.

Kobiecy pierwiastek zapewniła Julia Holter – jej występ z towarzyszeniem kwintetu smyczkowego rozwijał się obiecująco, by zakończyć niespodziewanie po kilku utworach i dwudziestu minutach. Pozostał niedosyt, a swoją drogą miło byłoby się dowiedzieć, co jej muzyce jest takiego „ostatecznego”, że trafiła akurat na edycję pod hasłem „The End”. Dwadzieścia minut byłoby natomiast nadmiarem w przypadku sobotniego występu aTelecine, jednak niestety trwał on dłużej. Trudno się oprzeć wrażeniu, że zaproszenie grupy Sashy Grey było chwytem marketingowym, pozwalającym Unsound zaistnieć w mediach niemuzycznych, od tabloidów przez tygodniki po Internet, jak on długi i szeroki. Puszczane z dwóch laptopów, minimalnie przeprocesowane dźwięki gitary i innych instrumentów, jesienne wizualizacje z fauną, florą i Sashą - wszystko to wydawało się jakąś absurdalną wersją new-age’u, choć właściwie była to muzyczna próżnia, bez treści i formy.
Swoistym preludium do tego kuriozum był występ mocno niedocenionego tego wieczoru duetu Raime. Artyści będący lokomotywą labelu Blackest Ever Black spotkali się z chłodnym przyjęciem publiczności, wydawało się zaskoczonej ich dobrą formą. Utwór „Soil and Colts”, bazujący na rytmicznie pulsujących niskich częstotliwościach, wydobył pełnię możliwości ze sprzętu nagłaśniającego w Muzeum Inżynierii Miejskiej. W drgania wprawione zostały wszelkie elementy zabudowy tego miejsca, w pełni prezentując sugestywność post industrialnego brzmienia duetu. Muzyce generowanej przez dwóch schowanych za laptopami muzyków towarzyszyły wymuskane wizualizacje, aż do przesady perfekcyjne i niepotrzebnie potęgujące wrażenie audiowizualnego pokazu. Oczywiście, elektronikę bez wizualizacji gra się teraz raczej rzadko, ale można odnieść wrażenie, że proporcje zostają czasem odwrócone i plastyczny ogon macha muzycznym psem.

Generalnie najciekawiej wypadły koncerty w Mangdze i innych mniejszych audytoriach na przestrzeni całego tygodnia, oraz dwie weekendowe noce w Hotelu Forum. Już w poniedziałek, enigmatyczność, chimeryczność i hermetyczność postaci Kenji Haino nakazywała spodziewać się wszystkiego po występie jego free-rockowego trio Fushitsusha. Pierwsze kilkanaście minut jednak rozwiało wszelkie wątpliwości. Ta reaktywowana legenda japońskiej sceny podziemnej, w unikatowy sposób łącząca rockową ekspresję i brzmienie z najbardziej radykalną awangardą, zagrała wspaniały koncert. Było to przemyślane, zróżnicowane, porażające brutalnością i szamańską niemalże magią 2,5 godziny z hakiem, które złożyło się na kapitalny, pełen dramaturgii i niegasnącego napięcia set, prezentujący pełnię oryginalnego stylu japońskiego tria. Radykalizm, bezkompromisowość, kreatywność i pełne oddanie wyższej sprawie musiałyby wprawić w zakłopotanie znakomitą większość współcześnie tak często reaktywujących się (głównie amerykańskich) legend sprzed lat, poprawnie zabawiających siebie i publiczność bezpiecznym odgrywaniem starych patentów. Haino jednym skowytem swego szamańskiego gardła starł ich wszystkich w proch. W poniedziałek warto było być na Unsound także dla Dominicka Fernowa, który jako Vatican Shadow przybliżał publiczności tajniki industrialnego i ciężkiego techno. Występ był dokładnie taki, jakiego można było się spodziewać, czyli szybkiego wojskowego tempa 4x4, głośnego i dudniącego basu oraz surowych bliskowschodnich melodii. Awansem można było się tylko domyślać niesamowitej scenicznej energii Fernowa, który dwoił się i troił za swoją skromną konsoletą.

Kolejny dzień przypomniał o jednej z największych sił festiwalu (czy raczej Krakowa), a mianowicie o doskonałych miejscówkach. Kasyno Oficerskie na ul. Zibilkiewicza okazało się świetnie odrestaurowanym budynkiem, którego wnętrze ujawniło płótna przedstawiające portrety ważnych dla Polski polityków i generałów. W tej scenerii odbyła się audio-wizualna prezentacja projektu „Kleksploitation” Andy’ego Votela. Prezentacja, która pokazała niezwykle bogaty warsztat muzyczny Votela, opierający się na samplingu i brzmieniu syntezatorów. Jednak muzyka była o niebo ciekawsza niż wyświetlana interpretacja fragmentów trylogii Akademii Pana Kleksa, której zdecydowanie zabrakło elementów psychodelii i klasycznego horroru, a o końcu świata nawet nie wspominając.
Występ Atom™ okazał się największym zaskoczeniem festiwalowej środy, gdyż artysta uchodzący za kapryśnego i nieznośnego okazał się pełnym humoru i dystansu człowiekiem. Jego audio-wizualny set zamienił się w one man show, podczas, którego publiczność naprzemiennie śmiała się i biła brawo. Charakterystyczne dla produkcji Schmidta minimalne clicki i chwytliwe, dynamiczne melodie z samplera pokazały również, że współczesna i nowoczesna brzmieniowo muzyka może doskonale radzić sobie bez wszechobecnych laptopów z jabłkiem w logo. No więc co z tym końcem świata? Pomidor. (errata: dostaliśmy info, że Atom™ grał na grooveboksie, który był podłączony do jego macbooka i leżał schowany z tyłu. Czyli jednak z komputerem.)

Świetnie, jak zwykle zresztą, zagrali Factory Floor, którzy operując idiomem muzyki elektronicznej równocześnie posiadają eksplozywną energię granej na żywo perkusji oraz gitary i kapitalnie wykorzystują znane utwory do motorycznej improwizacji. W czwartek wyróżnił się też duet Emptyset, potężnie tnący przestrzeń Mangghi masywnym brzmieniem o chropowatych fakturach i silnym rytmie. Holly Herndon poszukiwania zespolenia między oddechem i głosem a laptopowym softwarem momentami były bardzo ciekawe, momentami jednak rozmemłane. Trochę jakby Maja Ratkje grała disco, ale w sumie Ratkje ma odważniejsze pomysły i nie gra disco. Wstawiony w środek czwartkowego koncertu Evian Christ odstawał od towarzystwa, poruszając się w rejonach ambientu, footwork/juke, bass music i hip-hopu. Był to jego premierowy występ, dość lekkostrawny i budzący wśród naszych reprezentantów mieszane uczucia. Gęstą atmosferę jego muzyki pomagały budować wizualizacje Pussykrew, opierające się na powolnej prezentacji trójwymiarowych krajobrazów i innych nieidentyfikowanych kształtów.

Naszą uwagę zwrócił również kolega Christa z Tri Angle, Vessel, prezentujący materiał z krążka Order of Noise, którego premiera odbyła się kilkanaście dni przed festiwalem. Muzyka, który doskonale sprawdzała się w domowym zaciszu, uwolniła swój skrywany potencjał podczas sobotniego popołudnia. Koncert pełen niebanalnych melodii i pozornie nietrafionych dźwięków okazał się stylistycznym patchworkiem, którego głównymi składowymi okazał się wycofany mroczny feeling lo-fi i łagodny noise.

Bardzo dobrze udał się weekendowy rave, odbywający się na parterze Hotelu Forum, którego wnętrza i doskonale przygotowane nagłośnienie stworzyły świetne warunki dla muzyki. Doskonale wypadł Shackleton, którego koncert, nawiązujący do ostatniego, dwupłytowego wydawnictwa, ale ukazujący je w innym świetle, potwierdził klasę i oryginalność rozwoju tego artysty. Praktycznie bez perkusyjnych uderzeń, za pomocą pulsów basu Shackleton uzyskał taneczne walory, kontrapunktowane melodiami podobnych do marimby, nasączonych Afryką perkusjonaliów. Tworząc oszczędny, ale sugestywny i kompletny dźwiękowy pejzaż, ukazał niemal krystalizację jego dotychczasowej muzyki, pokazując, że ostatni, spokojniejszy materiał jest dla niego krokiem do przodu. Rewelacyjnie zagrał też Kuedo, który vangelisowymi syntezatorami spiął set bardzo zróżnicowany zarówno brzmieniowo pod powierzchnią syntezatorów, jak i w warstwie rytmicznej. Błyskotliwy był Heatsick, grający przez trzy godziny w najmniejszej sali hotelu, bez wizualizacji, bez szczególnych świateł, za to ze stylową, kapitalnie pasującą do miejsca aranżacją sceny i wciągającym mariażem funku, krautrocka i techno. Ciekawym pomysłem okazał się duet Interplanetary Prophets, czyli Ital + Hieroglyphic Being. Bez charakterystycznego dla produkcji Itala nadmiaru środków, za to z wokalami Mossa i dużą ilością powietrza między rytmicznymi akcentami, panowie stworzyli barwną, wyrazistą całość. To chyba najbardziej udana z kooperacji mających premierę lub prapremierę na tegorocznym Unsoundzie. Dość blado wypadły natomiast oba projekty rozszerzające dubstep, czy to na soul – Cooly G – czy muzykę kubańską – Mala in Cuba. W obu przypadkach wykorzystanie żywych instrumentów, zwłaszcza perkusyjnych, raziło efekciarstwem, a „połączenie starego z nowym” było banalne.

Duże brawa należą się Unsoundowi za stopniowe otwieranie na muzykę rodzimą, bo po pierwsze naprawdę dobrze broni się ona w tym kontekście, a po drugie daje to wielu zespołom możliwość zagrania dla kilkukrotnie bardziej licznej publiczności niż z reguły mają one okazję. Duet Piotr Kurek / Hubert Zemler, czyli Piętnastka, potwierdził, że świetnie rozwija się w elektroniczno-analogowo-perkusyjnej formule. Umiejscowienie koncertu BNNT we foyer Mangghi pozwoliło duetowi zaprezentować własny pomysł na scenografię, gdyż ich sound-bombing z reguły odbywa się w gotowej przestrzeni miejskiej. Porozstawiane w okolicy bębnów doniczki z krzewami, błyskotki, wysokie, drewniane trójkąty imitujące ogniska i koce z podobiznami pogańskich bożków skierowały koncert Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda w ryzykowną stronę teatralnego przedstawienia. Jednak ciężkie i bezkompromisowe brzmienie oraz szaleństwo muzyków doświadczane face to face, zdecydowanie ich w naszych oczach obroniło. Dobrze wypadło też Innercity Ensemble. Zrodzony z improwizacji hipnotyczny kolektyw łączący minimalizm, psychodelię, jazz i post-rock zagrał oryginalnie i poszukująco, ale słychać było też, że muzycy w tym składzie grają ze sobą rzadko.

Bardzo ciekawy był też czwartkowy, popołudniowy koncert w Re. Najpierw Marcin Dymiter aka Niski Szum zagrał w całości materiał na gitarę i głos z płyty Songs from the Woods, pokazując, że gitarowe abstrakcje mogą doskonale współistnieć z song-writingiem, nawet przy wykorzystaniu skromnego zestawu efektów. W rok od premiery płyty okazji jej usłyszenia na żywo było niewiele, więc tym lepiej, że takowa zaistniała w Krakowie. Bardzo ciekawym wydarzeniem był też pierwszy koncert Mazzolla z materiałem z albumu Responsio Mortifera. Z pomocą trzech dużo młodszych instrumentalistów, na dwie perkusje, skrzypce grające partie basu, elektronikę różnoraką i sample (np. planowanego nagrania sola Andrzeja Przybielskiego czy przypadkowego nagrania sola Michała Urbaniaka), grając, śpiewając i melorecytując, Mazzoll stworzył sugestywną, intrygującą całość. Grał trochę za długo i napięcie pod koniec opadło, ale ten głód grania można zrozumieć. Świetnie wypadli Etamski i Piernikowski, którzy rozpoczynając pierwszy wieczór w Forum zaprezentowali skoncentrowaną, kameralną alternatywę dla pełnych rozmachu tanecznych brzmień w dużych salach. Gathaspar pokazał mariaż polskiej muzyki ludowej z elektroniką, co bywało ciekawe, ale bywało też ryzykowne, z mieliznami podobnymi do tych, na których grzązł projekt Trebuniów Tutków z Twinkle Brothers lat temu naście. W wyjątkowej przestrzeni synagogi Tempel, świetnie do eksperymentalnych filmów Stefana i Franciszki Themersonów zagrali Sza/Za/Ze. Dźwięki i atmosfera były doskonale zgrane z obrazem, często z przymrużeniem oka. Pythonowską atmosferę wprowadził natomiast operator, który kilkukrotnie za wcześnie włączał projekcje, mimo dość wyraźnych wyjaśnień Pawła Szamburskiego, że najpierw zagrany zostanie utwór poprzedzający taperską część wieczoru.

Tegoroczna edycja festiwalu Unsound, skupiająca się na haśle „The End” przede wszystkim w kontekście muzyki, ale również filmu czy literatury – udowodniła, że formuła festiwalu powoli się wyczerpuje. Sporo udanych, ale rozproszonych na przestrzeni tygodnia koncertów, jednak pozostawia niedosyt. Oczywiście wciąż możemy pękać z dumy, że zagraniczne media rozpływają się nad jego poziomem artystycznym. Jednak o kuratorskim kunszcie świadczy najbardziej poziom wydarzeń „zamawianych”, zogniskowanych na motyw przewodni festiwalu. A te właśnie okazały się chyba największą porażką tegorocznej edycji. Z reguły tego typu komentarz – główne gwiazdy zawiodły, ciekawe rzeczy działy się obok – pada w naszych tekstach dotyczących festiwali około-rockowych typu Primavera Sound czy Off. Unsound, festiwal dedykowany muzyce, powiedzmy, „nowej” czy też „zaawansowanej” (jak chciałaby to nazywać europejska sieć, do której Unsound należy), niespodziewanie wpadł w podobną pułapkę „alternatywnego mainstreamu”. Miejmy nadzieję, że wyrwie się z niej większą dawką artystycznego ryzyka.

[tekst: Piotr Lewandowski, Marcin Gładysiewicz. Dziękujemy Kubie Ziołkowi za recenzję koncertu Fushitsusha oraz Wojciechowi Krysiakowi i Pawłowi Gluzie za udostępnienie zdjęć.]

[zdjęcia: Piotr Lewandowski, Wojciech Krysiak, Paweł Gluza]

Fushitsusha [fot. Paweł Gluza]
Fushitsusha [fot. Paweł Gluza]
Fushitsusha [fot. Paweł Gluza]
Fushitsusha [fot. Paweł Gluza]
Vatican Shadow [fot. Paweł Gluza]
Vatican Shadow [fot. Paweł Gluza]
Vatican Shadow [fot. Paweł Gluza]
Andy Votel [fot. Wojciech Krysiak]
Wojciech Krysiak [fot. Wojciech Krysiak]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
Emptyset [fot. Piotr Lewandowski]
Emptyset [fot. Piotr Lewandowski]
Evian Christ [fot. Piotr Lewandowski]
Holly Herndon [fot. Piotr Lewandowski]
Tim Hecker & Daniel Lopatin [fot. Piotr Lewandowski]
Tim Hecker & Daniel Lopatin [fot. Piotr Lewandowski]
Tim Hecker & Daniel Lopatin [fot. Piotr Lewandowski]
V/VM [fot. Piotr Lewandowski]
V/VM [fot. Piotr Lewandowski]
Biosphere & Lustmord [fot. Piotr Lewandowski]
Biosphere & Lustmord [fot. Piotr Lewandowski]
Raime [fot. Piotr Lewandowski]
Raime [fot. Piotr Lewandowski]
aTelecine [fot. Piotr Lewandowski]
aTelecine [fot. Piotr Lewandowski]
aTelecine [fot. Piotr Lewandowski]
Ben Frost [fot. Piotr Lewandowski]
Ben Frost (Shahzad Ismaily) [fot. Piotr Lewandowski]
Ben Frost (Greg Fox) [fot. Piotr Lewandowski]
Teengirl Fantasy [fot. Paweł Gluza]
Ducktails [fot. Wojciech Krysiak]
Ducktails [fot. Wojciech Krysiak]
The Haxan Cloak [fot. Wojciech Krysiak]
The Haxan Cloak [fot. Wojciech Krysiak]
Pole [fot. Wojciech Krysiak]
Shackleton [fot. Piotr Lewandowski]
Shackleton [fot. Piotr Lewandowski]
Kuedo [fot. Piotr Lewandowski]
Heatsick [fot. Piotr Lewandowski]
Interplanetary Prophets [fot. Piotr Lewandowski]
Interplanetary Prophets [fot. Piotr Lewandowski]
Interplanetary Prophets [fot. Piotr Lewandowski]
Cooly G [fot. Piotr Lewandowski]
Cooly G [fot. Piotr Lewandowski]
Piętnastka [fot. Wojciech Krysiak]
Piętnastka [fot. Wojciech Krysiak]
BNNT [fot. Wojciech Krysiak]
BNNT [fot. Wojciech Krysiak]
BNNT [fot. Wojciech Krysiak]
Innercity Ensemble [fot. Wojciech Krysiak]
Innercity Ensemble [fot. Wojciech Krysiak]
Innercity Ensemble [fot. Wojciech Krysiak]
Innercity Ensemble [fot. Wojciech Krysiak]
Niski Szum [fot. Piotr Lewandowski]
Niski Szum [fot. Piotr Lewandowski]
Mazzoll [fot. Piotr Lewandowski]
Mazzoll [fot. Piotr Lewandowski]
Mazzoll [fot. Piotr Lewandowski]
Mazzoll [fot. Piotr Lewandowski]
Mazzoll [fot. Piotr Lewandowski]
Etamski [fot. Piotr Lewandowski]
Piernikowski [fot. Piotr Lewandowski]
Gathaspar [fot. Piotr Lewandowski]
Sza/Za/Ze [fot. Michał Kamienik]
Sza/Za/Ze [fot. Michał Kamienik]
Unsound Festival 2012 [fot. Michał Kamienik]