polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Incubate Festival 2012
Tilburg | 10-16.09.12

Incubate 2012: Inkubacja w czasach kryzysu

Plakaty pojawiły się dobry miesiąc przed, gdzieś w sierpniu. Białe postery, na nich na czerwono: „Film, muzyka, sztuka, debata”. Niedługo potem afisze z artystami: Yann Tiersen, Mogwai, Fields Of Nephilim, Buzzcocks – creme de la creme tegorocznej, ósmej już edycji Incubate. Średnio mnie to przekonuje. Ale nie uprzedzajmy faktów. Jak co roku, jest jeszcze całe mnóstwo występów poprzedzających te kulminacyjne. King Midas Sound, Mi Ami, Nurse With Wound, Andy Stott, Silver Apples – te punkty programu wzbudzają we mnie nieco większe zainteresowanie.

Poza tym, festiwal kontynuuje wątki podjęte w zeszłych latach: prezentuje młodą niderlandzką sztukę, przybliża niszowe kino, czy - w ramach prelekcji i dyskusji – próbuje się mierzyć z gorącymi tematami współczesnej kultury.

To na pierwszy rzut oka. A na drugi?
Jest jakby ciut bardziej chaotycznie niż w latach poprzednich – podzielonych na bloki, podporządkowanym motywom przewodnim. Tegoroczna edycja jest wprawdzie również – jeśli dobrze się przyjrzeć – podzielona na różne projekty, ale jest ich tak dużo, że trzeba się przyjrzeć naprawdę dobrze. W efekcie całość wygląda na nieco przypadkową. Nie ma już dubstepu pod hasłem Generation Bass – jest za to house, który ponoć znów staje się modny, oraz electro; ktoś w sieci skomentował, że tandeta. Tandeta, nie tandeta, ale jak Anthony Rother podaje na żywo z przyjemnością sprawdzę. Niemniej jednak, trudno oprzeć się wrażeniu, że program wcale nie jest tak „hip” (cokolwiek miałoby to znaczyć) jak w latach poprzednich; choć – wiadomo – wrażenie, podobnie jak gust - to rzecz czysto subiektywna.

Wydaje się, że jest też ciut skromniej. Możliwe, że ma to związek z cięciami w niderlandzkim budżecie, które przeprowadził rząd Marka Ruttego do spółki ze swoim koalicyjnym partnerem Geertem Wildersem. Ten ostatni swego czasu stwierdził, że sztuka to przede wszystkim lewicowa fanaberia i należy ją ukrócić. Także istnieje spore prawdopodobieństwo, że urząd miasta nie był tak hojny dla organizatorów Incubate, jak bywał wcześniej. To tylko przypuszczenie, ale wszystko wskazuje, że coś jest na rzeczy. Akredytacja już w zeszłym roku zmieniła się w rodzaj biletu wydawanego na zasadzie „pay what you want”, ale wtedy donacja była całkowicie dobrowolna. Tym razem śliczne holenderskie dziewczyny w festiwalowym biurze pytają każdego delikwenta, li też delikwentkę, czy się dorzuci. Chłopak, który odbiera swoją akredytację koło mnie jest zaskoczony. - Ale ja? Donację? Jak to? Jest tylko biednym studentem – mówi. Dopiero wtedy dziewczyny odpuszczają, tłumaczą, że to nie jest obowiązkowe. Ufff... Chłopak oddycha z ulgą, a dziewczyny zakładają mu bransoletkę. W takim razie też jestem biednym studentem. Kasuję swój pasek, biorę program i uderzam w miasto.

Rzut okiem na line-up. Wygląda na to, jakby w pierwszych dniach festiwalu było dużo luźniej niż podczas dwóch, czy trzech ubiegłych edycji. Spotkany później organizator twierdzi, że jest wręcz na odwrót: więcej, gęściej, mocniej. Nie polemizuję, nie jestem organizatorem. Póki co, czekamy na gwiazdę wieczoru: Napalm Death. Przed grają Holendrzy z Dr. Doom i amerykańska grupa Lesbian. Generalnie otwarcie imprezy jest z grubej rury: ciężko i ostro. Holendrzy nawet dają radę, za to Amerykanie nieco przynudzają. Przychodzi w końcu czas na ojców chrzestnych grind core'u. Nigdy fanem nie byłem, ale – jeśli jest okazja – czemu nie przekonać się na własnych uszach? Tym bardziej, że nie widziałem chyba złej recenzji ostatniej płyty zespołu – znawcy tematu są w tej materii zgodni i pieją z zachwytu. Krążka nie słuchałem, ale po koncercie niewiele się zmieniło – fanem nie zostałem. Każdy kawałek - jak dla mnie – brzmiał tak samo: bez składu i ładu. Wrzaski, wrzaski, wrzaski...
Dla odmiany, na koniec pierwszego dnia, funduję sobie odrobinę folkowej romantyki – koncert jednoosobowego projektu Port Of Call. Pieter van Vliet, który za nim stoi, wypada trochę jak holenderska wersja Bona Ivera. Jest akustycznie i z emocją. Można się wzruszyć.

W programie na wtorek nie znajduje zbyt wiele. Zerkam, przeglądam i nic mi te nazwy nie mówią. Chyba powoli wypadam z obiegu. I faktycznie coś jest na rzeczy, przekonuję się o tym, kiedy trafiam na koncert Briana Todda Collinsa alias Kid Ink. Sala nie tylko jest pełna, ale widać, że publika jest doskonale obeznana z repertuarem. Czuję się lekko nie na miejscu, tym bardziej, że muzyka w rodzaju Lil Wayne'a to zdecydowanie nie mój typ. Może się nie podobać, ale jednego nie można Collinsowi odmówić: jedzie na grubo. Tłuste.
Wtorek to jednak ważny dzień. Nie tyle na festiwalu, co dla festiwalu – Holendrzy wybierają nowy skład izby niższej parlamentu. Można zakładać, że wynik w sposób mniej lub bardziej bezpośredni przełoży się na kondycję festiwalu. Oprócz tego, że gości prosi się o datek, w galeriach porozstawiane są pojemniki z prośbą o finansowe wsparcie, a za festiwalowy katalog po raz pierwszy trzeba zapłacić. Naprawdę trudno nie pomyśleć, że Incubate nieco zbiedniało. Pozostaje mieć nadzieję, że ta pauperyzacja niczym nowotwór nie pożre w końcu tego wyjątkowego eventu. Poczekajmy na wyniki wyborów.

Niestety wygrało holenderskie PO, liberałowie, którzy – do spółki z lokalnym odpowiednikiem PiSu – przez ostatnie dwa lata przykręcali Holendrom śrubę. W dodatku wywalczyli sobie o 10 więcej miejsc niż w poprzedniej kadencji. I takim to optymistycznym akcentem rozpoczął się trzeci dzień imprezy. I może dlatego zamiast parać się czarnowidztwem, należy się cieszyć tym, co jest. Tym bardziej, że wieczorem zapowiada się prawdziwa uczta dla ucha – King Midas Sound, czyli Kevin Martin w wersji soft. Choć okazuje się, że taki soft to wcale nie jest. Na kontuarze klubowej garderoby ostrzeżenie, że decybele mają być miażdżące; sugeruje się zatyczki – można dostać parę, nawet za darmo! I słusznie. To serio grozi uszkodzeniem słuchu. To są częstotliwości, których się nie słyszy, a zwyczajnie czuje. Basy, które wbijają się w każdy pór ciała i wprawiają w rezonans na poziomie komórkowym. A do tego zjawiskowa Kiki Hitomi – to ona gra tu pierwsze skrzypce. Ogólnie – dosłownie i w przenośni – knock out.

Jak byliśmy ostatnio w Tilburgu, graliśmy w piwnicy – komentuje Bret Constantino, wokalista kalifornijskiego Sleepy Sun. W czwartkowy wieczór są atrakcją wieczoru w głównym klubie festiwalu. Jeszcze nie na scenie głównej, ale – jak zauważa frontman – sytuacja jest dla grupy rozwojowa. Nic dziwnego – to zespół, który ma prawie stadionowy potencjał. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przeciągu następnych lat przeistoczył się w U2 współczesnego rocka psychodelicznego. Możliwe, że taka perspektywa napawa muzyków optymizmem, ale paradoksalnie wśród wielu zalet muzyki Amerykanów to akurat jest – jak dla mnie – jej mankament. Po prostu Kalifornijczycy mają momenty, kiedy wznoszą się niebezpiecznie wysoko, ocierając się o pułapy, które można określić tylko jednym słowem: patos. Na szczęście jest ich niewiele. Poza tym, jest to typowe granie made in USA – sporo hard rocka opartego na klasycznej bluesowej synkopie, psychodeliczne przestery i rekwizyty takie jak harmonijka ustna, czy tamburyn. Wszystko to sprawia, że wionie z muzyki Sleepy Sun duchem lat 60. Podobnie jak z kawałków Black Mountain, wczesnego Psychic Ills czy Wooden Shjips. Choć – muszę przyznać – osobiście zdecydowanie wolę te ostatnie zespoły; Sleepy Sun daje radę, ale Wooden Shjips to nie jest.

Piątkowy wieczór otwiera występ legendarnego Nurse With Wound. Stapletonowi asystuje trzech panów i charyzmatyczna frontmenka na przodzie. Na własne uszy możemy się przekonać, że nie przypadkiem jest to projekt – nie bójmy się tego słowa – kultowy. Nie przypadkiem. Zaiste set formacji jest doświadczeniem magicznym – począwszy od mrocznego ambientu po quasi-hiphopowy rytmiczny trans.
W festiwalowym programie NWW funkcjonuje w ogóle jako support dla innej legendarnej formacji rodem z Wielkiej Brytanii – Fields Of The Nephilim. Jak zwykle jestem pod wrażeniem: gotyk to jest fenomen, którego – przyjmując nawet najchłodniejszą socjologiczną optykę – chyba nigdy nie zrozumiem. Także legendy legendami, ale kiedy Stapleton i spółka kończy bis uderzam zobaczyć Gnod. Kwartet zdecydowanie pielęgnuje swoją reputację zwierzaków w transie. Mimo początkowych kłopotów gitarzystki, a potem perkusisty, Brytyjczycy – zwłaszcza wokalista - faktycznie są w swoim żywiole. Z tych nieokiełznanych. Co dalej? Przegapiłem niestety Black Dice, ale – cóż - nie można mieć wszystkiego. Do „mustów” zaliczam Andy'ego Stotta i Mi Ami. W ramach przystawki może pójdę obejrzeć Busdrivera. Ostatecznie jednak stawiam na opcję: „socjalizacja przed lokalem”.

W oczekiwaniu na Andy'go Stotta oglądam za to końcówkę występu nowego zawodnika w barwach Planet Mu - Rudiego Zygadlo. Wygląda na to, że ktoś tu ma polskie korzenie. Muzycznie jednak jesteśmy całe lata świetlne od narodowych akcentów. Trudno w ogóle wtłoczyć Amerykanina w jakiekolwiek estetyczne ramy – z tym może wyjątkiem, że wygląda jak dwustuprocentowy hipster. Ale jego muzyka sprytnie wymyka się wszelkiego rodzaju „izmom”. Od biedy za pewien punkt odniesienia może posłużyć nowy, biały soul spod znaku How To Dress Well, jakkolwiek Zygadlo jest dużo bardziej funky; poza tym na scenie ma żywą perkusję, a naprzeciw urodziwą asystentkę, która sekunduje mu na klawiszach i dorzuca swoje trzy grosze wokalnie.

Potem montuje się Stott. Jakaś dziewczyna obok pyta, czy dobrze trafiła. Przyjechała aż z Amsterdamu tylko po to, żeby zobaczyć live act Anglika. Tak, dobrze trafiła. Oboje dobrze trafiliśmy. Na żywo Stott podaje w tonacji swoich produkcji, ale nie tak minimalistycznie; ostatecznie ludzie przychodzą też do klubów, żeby potańczyć, a nie tylko kontemplować mrok jak w grobowej krypcie. Także publika zbiera solidne basowe baty. A dalej Daniel Martin-McCormik w duecie z Damonem Palermo funduje jej seans potępieńczego powrzaskiwania; wiele osób twierdzi, że Mi Ami było dużo ciekawsze jako zespół gitarowy i coś w tym chyba jest.

Na tegorocznym Incubate Martin-McCormik piecze zresztą trzy pieczenie na jednym ogniu. Obok Mi Ami można było zoaczyć jeszcze dwa inne jego wcielenia: Ital i Sex Worker. Ale to już następnego wieczora. W tym samym czasie gra też polski akcent na festiwalu – blackmetalowa Mgła. Organizatorzy zachwalają, że ich ostatnia płyta to delicja gatunku; nie jestem fanem, ale sprawdzam – faktycznie: to robi wrażenie – spory ładunek agresji, dopieszczone aranże, w których melodyka przenika się z chropawymi przesterami, i całkiem oryginalny pomysł na outfit. Jak dla mnie, black metal częściej bywa śmieszny niż straszny, ale Mgła to po prostu solidny kawałek rockowego rzemiosła. Przekonujące. Także ani Sex Worker, ani Ital, tylko hartowana stal made in Poland. Wracam na Jelinka, który z tkania filigranowych abażurów – z tego co pamiętam, ponieważ przestałem śledzić jego twórczość – przerzucił się na bardziej motoryczne produkcje. Tak też gra. Na modłę – nazwijmy to umownie – krautrockową.

Gwiazdami ostatniego dnia festiwalu są: Laibach i Buzzcocks. I tutaj nie ma żadnych zaskoczeń – obie formacje serwują dokładnie to z czego słyną. Słoweńcy dają spektakularny show, który muzycznie oscyluje w okolicach EBM. Anglicy z kolei są jak wehikuł czasu, który przenosi publiczność w punkowe lata 70. Ale zanim to się dzieje, tuż przed ich występem na scenie pojawia się Vincent Koreman – jeden z pomysłodawców i inicjatorów festiwalu. Dziękuje. Publiczności, ale przede wszystkim dziesiątkom, jeśli nie setkom wolontariuszy, bez których – jak mówi – Incubate nie mogłoby się wydarzyć. Zwłaszcza w tych trudnych, kryzysowych czasach.

[zdjęcia: Michał Nierobisz]

Welcome to Tilburg [fot. Michał Nierobisz]
Dr. Doom [fot. Michał Nierobisz]
Lesbian [fot. Michał Nierobisz]
Napalm Death [fot. Michał Nierobisz]
Kid Ink [fot. Michał Nierobisz]
Kid Ink [fot. Michał Nierobisz]
King Midas Sound [fot. Michał Nierobisz]
King Midas Sound [fot. Michał Nierobisz]
King Midas Sound [fot. Michał Nierobisz]
King Midas Sound [fot. Michał Nierobisz]
King Midas Sound [fot. Michał Nierobisz]
King Midas Sound [fot. Michał Nierobisz]
King Midas Sound [fot. Michał Nierobisz]
Dagora [fot. Michał Nierobisz]
Dagora [fot. Michał Nierobisz]
Dagora [fot. Michał Nierobisz]
Sleepy Sun [fot. Michał Nierobisz]
Sleepy Sun [fot. Michał Nierobisz]
Nurse With Wound [fot. Michał Nierobisz]
Gnod [fot. Michał Nierobisz]
Mgła [fot. Michał Nierobisz]
Jan Jelinek [fot. Michał Nierobisz]
Jan Jelinek [fot. Michał Nierobisz]