polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ultravox Brilliant

Ultravox
Brilliant

Tak, kolejni pionierzy w kolejce po ostatni kawałek sławy. Jak byłem jeszcze dzieckiem, to Ultravox był pierwszym zespołem, który uznałem za wielki, wszystkim kumplom i wujkom rozpowiadałem, że jak chcą usłyszeć arcydzieło, to niech nie słuchają Kiss albo Floydów, tylko niech włączą sobie „Viennę“. I tak uważałem dość długi czas. Kolejnym ważnym etapem była poczwórna solówka na perkusji, zagrana przez cały zespół na koncertowym nagraniu z płyty Monument. Jak ja chciałem tak właśnie na perkusji grać! Z nagrania na płycie (kasecie!) nie wynikało w ogóle, że to grają wspólnie cztery osoby, a do video nie było jakiegokolwiek dostępu, więc nauczyłem się tego w całości samemu ze słuchu, pan nauczyciel stukał się w głowę a ja do dziś moge wyjść i zagrać to od początku do końca…

Potem czasy się zmieniły, Ultravox nie był już dla mnie najważniejszy, a gdy zaczął się im oryginalny ejtisowy skład rozpadać (w sewentisach był trochę inny, z Foxxem na wokalu) i zaczęli grać jakieś straszne irlandzkie folki odwróciłem się prawie kompletnie.

Dopiero po latach wróciłem do tych nagrań, podobnie jak do wielu innych z tamtych czasów. Ultravox ciągle balansuje na granicy wypadku, bo często przeginają z ilością pompatyczności w muzyce i chcą być bardzo ważni, ale przez sentyment mają u mnie zawsze plus.

Wszystko to nie zmienia faktu, że z wielką podejrzliwością podszedłem do ich nowej płyty, pierwszej od miliona lat nagranej w klasycznym składzie. I pierwsze przesłuchania nie bardzo to zmieniły. Dopiero gdy doszło do mnie, że oni przecież mają po pierwsze prawo to zrobić, po drugie zrobić jak chcą a po trzecie, że są zasłużeni i kiedyś naprawdę byli pionierami, wtedy ta muzyka zaczęła mi sprawiać ogromną przyjemność. Najlepiej sobie wyobrazić, że nie minęło tyle lat, że to nie są żadne rezurekcje i nie było przerwy. Wtedy wszystko gra. Ale też co chwilę pojawiają się momenty, szczególnie w produkcji, które przypominają że mamy AD 2012, a to świadczy o tym, że dziadkowie wciągnęli brzuchy i zrobili najlepiej jak potrafili, to co mieli zrobić.

Muzycznie mamy obecne dokładnie wszystkie charakterystyczne, klasyczne uvoxowe momenty, wszystkie zagrywki na gitarach, mini solówki i zawijasy modulatorem na klawiszach, charakterystyczne sfazowane brzmienie smyków, nie do pobicia charyzmatyczne analogowe syntezatorowe sekwencje, sprężynowy bas, szerokie chóry, nagłe wstrzymania napięcia i ponad wszystko jedyny w swoim rodzaju wokal Midge’a Ure’a, który fakt, momentami jest słyszalnie postarzały i zachrypnięty, ale nie ma ani jednej wpadki, wyciąga górne c, a i z oraz masuje wibratem jak kiedyś, siwizna w wokalu tylko mu służy. To wszystko przeplatane jest nowoczesnymi dźwiękami z absolutnie nieanalogowych sprzętów, produkcyjnymi mykami z najnowszego żurnala mód. Jest dużo miękkiej przestrzeni, analogowe instrumenty są nagrane wyraźnie jak nigdy wcześniej, automatowe partie perkusji dopracowane do najmniejszego detalu a żywe bębny głebokie i silne.

Melodie unoszą cały czas, wzywają na barykady fortepianowym romantyzmem, refreny rozrywają serce. Im utwory szybsze, tym bardziej przypomniają stare dzieje, im wolniejsze, tym są nowocześniejsze, jednocześnie bardziej intymnie się zbliżają do ucha. I cały sukces tej płyty polega właśnie na dobrym zbalansowaniu podstawowych wątków - starzy fani mają nas takich, jakich nas kiedyś pokochali, a nowi dostają wiele ciekawego do odkrycia.

Ultravox nie kojarzy się jakoś szczególnie z ważkimi tekstami. To zawsze była raczej żonglerka nastrojem i cytatami z wielkiej literatury, wczesna postmodernistyczna zabawa z elementami futuro, taka bardzo miejska sprawa o trochę arystokratycznej prowieniencji. Ale tylko im uchodziło na sucho zastosowanie np słowa „glory“, bo to tam leżało jak ulał. Na nowej płycie wydaje mi się, że nabrali trochę dystansu i gdy Midge śpiewa do mnie „shine your brightest star“, „I’ll bring you revelation“ albo „let it flow“, lub mój faworyt - „I come to help you rise“ - to ja mu wierzę, bo naprawdę właśnie tego od niego oczekiwałem, że pozwoli polecieć jeszcze raz w prawdziwą (noworomantyczną) chmurę.

Jak na Ultravox przystało, jest parę krawędziowych momentów, z których kawałek „Hello“ w swojej ostentacyjnej proradiowości wydaje się najbardziej niebezpieczny. Ale zrównoważone jest to w dwójnasób np osobistymi utworami „Remembering“, „Fall“ czy „One“ i moimi ulubionymi szybkimi „Rise“ i „Live“, szczególnie te dwa ostatnie świetnie łączą przebojowość, emocjonalny wyż i śpiewanie z szeroko otwartymi ramionami. Jest w nich siła i pełnowartościowy uplifting.

Fajnie, że są zespoły, które pomagają nieść trudny dorosłego życia, nie popadając w popową papę. To oczywiste, że tak się da robić, może nawet nie jest to tak bardzo rzadkie. Ale niestety pop dla dorosłych na ogół kojarzy się z zupełnym artystycznym fiaskiem. Tutaj mamy do czynienia z płytą, której tytuł „Brilliant“ jest jak najbardziej adekwatny. Brawo. Idę zaśpiewać jeszcze raz z tej okazji „Hymn“. Któż mi tą przyjemność zabierze?

[Wojciech Kucharczyk]