polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
PzH Doom na kraji lesa

PzH
Doom na kraji lesa

Ach jak wielka szkoda, że w Polsce tak niewiele wiemy o czeskiej scenie muzycznej, tak samo mało o oficjalnej, niezależnej, podziemnej. A tam się oczywiście wiele dzieje (a może wręcz więcej niż u nas?!). Dość rzadko mogą nam wpaść w ręce nowe płyty stamtąd, bo nawet niezależne wytwórnie nie mają żadnych płyt od sąsiadów (a ile można słuchać Ivy Bittovej). Na szczęście czasem się zdarzy.

Piča z hoven, zespół o nazwie, która im wiele kłopotów przysporzyła (spróbujcie sobie to przetłumaczyć), ale również swoją „skandalicznością“ zwraca na siebie uwagę, wydał właśnie pierwszą oficjalną płytę, której tytuł również wiele mówi. I nazwę sprytnie skrócił do PzH albo nawet do charakterystycznych, „modnych“ znaków na okładce.

Ja pierwszy raz miałem z ich muzyką kontakt na koncercie w Ostrawie parę miesięcy temu, nie wiedziałem o nich kompletnie nic. Wchodząc na scenę wyglądali jak grupa brooklyńskich delikatnych i nieco smutnych quasi-hipsterów a zagrali siarczyste, mroczne elektro z hipnotycznym, damskim wokalem. Nie wiem, czy taki image jest częścią ich gry, ale robi to specyficzne wrażenie. Wiem, że zajmują się nie tylko muzyką, więc pewnie każda sprawa związana z obrazem nie jest im obojętna.

Dodatkowo to duży skład, pięcioosobowy, z dobrze rozłożonymi rolami. 

Płyta czekała na wydanie dość długo, ostatecznie wydali ją własnym sumptem, co jest jak najbardziej właściwym ruchem, biorą pełną kontrolę i całą odpowiedzialność na siebie.

Mnie na tej płycie najbardziej pociąga wokal w czeskiej mowie, z fantastycznym, miękkim akcentem połączony z mniej lub bardziej tanecznymi bitami. Jednak chyba nie jest tutaj stawiane na taneczność, raczej na nastrój, mroczny, ciemny, pełen czarnego humoru ale i poważnych kwestii również. Czy to jest czeska wersja witch-house? Raczej nie, to wizja całkiem oryginalna, czerpiąca inspirację ze starych horrorów i nowoczesnych kryminałów, z psychologii i życia codziennego. Syntezatorowe pasaże i sekwencje powinny się kojarzyć z ejtisami, ale dla mnie najczęściej efekt jest bliski późnym latom siedemdziesiątym, gdzieś pomiędzy lżejszym Suicide a bardziej wysmakowanymi ścieżkami dźwiękowymi do gangsterskich filmów czy też niektórych wątków blaxploitation. Ale te elementy przykryte śpiewem i melodeklamacją po czesku tworzą nową jakość, tym bardziej, że Evie Jaroňovej nie można odmówić charyzmy i pomysłu na interpretację jej własnych tekstów. Czasem śpiewa jak mała dziewczynka zagubiona w lesie, która boi się dosłownie wszystkiego, innym razem zmienia stronę i wciela się w Omena lub inne raczej złe duchy. Sztandarowym utworem, jeśli można tak powiedzieć, jest „Paní s igelitkou“, o dziewczynie, która założyła na głowę foliową torbę, a ta jakoś nie chciała się od tej głowy odkleić… sami wiecie, co się stało potem. Ktoś powie, że to trochę nazbyt gotyckie i wisielcze tematy - być może, ale dla mnie wyczuwalny jest tutaj dystans, poczucie humoru, zabawa konwencją, im temat cięższy, tym jest lżej przekazany i to naprawdę działa. No i powtarzam - czeski język brzmi tutaj nadwyraz pięknie!

Trochę szkoda, że zabrakło jakiegoś zawodowego producenta, który pomogłby całą koncepcję oszlifować i nadać jej jeszcze bardziej jednorodnego kierunku. Kompresja mogłaby być bardziej precyzyjna, selektywność większa, brzmienie albo brudniejsze, albo bardziej krystaliczne. Lecz mam nadzieję, że PzH uda się to osiągnąć na następnej płycie.

Trzeba powiedzieć o jeszcze jednym bardzo ważnym utworze - Hymna. To jest hymn słowacki zaaranżowany na nieco laibachową modłę. I choć zespół jest czeski, to wykonuje na koncertach wersję słowacką (bo melodia jest wspólna). Nie do końca jestem zorientowany w czesko-słowackich zaszłościach i kontrowersjach, ale wiem, że ten utwór w tej wersji działa bardzo mocno w obydwu krajach, podobno są rejony na Słowacji, gdzie PzH ma zakaz występowania. To samo w sobie ciekawe, bo zespół nie wygląda na groźną bandę, a jednak. A może to jest właśnie ten prawdziwy, środkowoeuropejski mrok? Tak bardzo niejednoznaczny, ulotny i trudny do zdefiniowania? Gdzie ciągle grasują duchy i demony przeszłości i nie dają młodzieży budować takiego świata jaki by chcieli osiągnąć? I permanentnie mamy tutaj jakiś doom. Ciemnych lasów także nie brakuje. Siedzimy na krawędzi.

[Wojciech Kucharczyk]