polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Düsseldorf Requiem Archive Series

Düsseldorf
Requiem Archive Series

Archiwalna seria wydawana przez Requiem Records jest bezprecedensowa. Na polskim rynku, oficjalnym i niezależnym nigdy nie dbało się o reedycje, remastery czy historyczne kompilacje, być może dlatego, że zawsze brakowało nawet na nowe tytuły. To dziwne, że w kraju ciągle pławiącym się w historii, różnego rodzaju, tak mało szacunku jest do dawnych dokonań i krótko mówiąc dziedzictwa i spuścizny kultury spoza jej głównego obiegu, a wydaje się (jest pewne!?) niejednokrotnie, że to właśnie underground tworzył i ciągle stwarza najważniejsze zjawiska kulturalne w tym kraju. 

Zawartość wydawnictw Requiem może się podobać lub nie, label bada dość specyficzne, może czasem nieco hermetyczne wątki, od około-industrialu przez rockową awangardę aż do szeroko pojętej niekoniecznie gitarowej alternatywy, z tego co wiem plany są niezwykle szerokie, z czasem mogą zakreślić naprawdę szeroki krąg stylistyczny i historyczny. Sam fakt powstania takiego zakrojonego na wielką skalę przedsięwzięcia jest godzien podziwu. Dodatkowo odbywa się to bez sponsorów, również instytucjonalnych. Niebywałe samozaparcie, żeby uratować parę intrygujących sytuacji od kompletnego zapomnienia i/lub pokazać je w nowym, zdystansowanym od momentu oryginalnego powstania świetle.

Na tzw. zachodzie praktyki reedycyjne są osobnym wątkiem w przemyśle muzycznym, w ostatnich latach ciągle wzbierającym na sile, bo okazuje się, że te stare nagrania mają siłę i aktualność, a nawet jeśli koncepcyjnie zestarzały się lub nie funkcjonują w pełni w kontekście czasów obecnych, to nie można im odmówić artystycznej odwagi i wizjonerstwa. To doskonała nauka dla młodzieży, która ma szansę poznać co było wcześniej i z tych odkryć, lub błędów korzystać. Dodatkowo można na tym świetnie zarobić. W Polsce to ciągle może być tylko praca u podstaw, na dodatek organiczna, dla wąskiego kręgu wtajemniczonych i koneserów.

Tyle słowem wstępu. A dlaczego sięgam po tajemniczy zespół Düsseldorf? Bo to zespół z Katowic, miasta, w którym spędziłem dzieciństwo i młodość. To było w latach 80tych bardzo szczególne miejsce - jeszcze działający pełną zębatą gębą ciężki, najcięższy przemysł, coraz dotkliwiej dziurawiące ziemię kopalnie i coraz bardziej potęgujący się nastrój zakurzonej beznadziei. Ale jednocześnie coraz bardziej wyczuwalne nadchodzące zmiany, mentalne i faktyczne wyrywanie się z przemysłowego i politycznego zniewolenia, dostrzeganie siły miejsca, jego znaczenia na mapie świata. To w końcu metropolia, z pajęczyną, ośmiornicą przeplecionych ze sobą miast, ogromne, tętniące życiem skupisko ludzkie. To był mój dom. To była moja młodość. A że z okna mojego pokoju widziałem nieskończenie wielki Park Kultury i Wypoczynku, nabrałem trochę innej wizji śląskiego industrialu. Ale to akurat opowieść na inną okazję.

W Katowicach i na Śląsku działo się wiele muzycznie. Pomijam oczywiste sprawy typu blues i heavy metal, bo mnie to nigdy nie interesowało, ale były. Nie brakowało tutaj zespołów, które chciały coś zmienić, wnieść powiew oczywistej nowoczesności. Starałem się chodzić na wszystkie możliwe koncerty. Dokładnie pamiętam plakaty na ulicach i choć miejsc koncertowych było niewiele (zostawiam wielkie koncerty w Spodku), to działo się wiele i to miało dla młodzieży realne znaczenie. Na tych plakatach często pojawiała się nazwa Nowy Horyzont, potem okazało się, że wokół tego zespołyu zbierało się całkiem sporo osób zainteresowanych szczególną, śląską wizją najpierw zimnej fali, a potem muzyki industrialnej. Ja interesowałem się trochę innymi, egzotycznymi wątkami, ale wobec wszystkich zespołów, które używały syntezatorów nigdy nie byłem obojętny. Pamiętam, że Nowy Horyzont, to było zjawisko, które należało szanować. 

Düsseldorf to był rodzaj side-projectu NH, który miał być mocno elektroniczny i wyrażać miłość do przemysłowego świata. Niestety nigdy nie udało mi się widzieć ich na żywo, więc tym bardziej cieszę się, że ta płyta koloruje następną białą plamę na mojej mapie.

Panowie założyciele tego duetu, Adam Białoń i Adam Radecki (poźniej Białonia zastąpił Marcin Jasiński) powołują się na Kraftwerk, Cabaret Voltaire i Front 242 jako swoje główne inspiracje. Ja dodałbym jeszcze Suicide, wczesne Depeche Mode, Human League lub Soft Cell - też są słyszalne. 

Używali rożnych kultowych maszyn muzycznych, od Mooga Prodigy po Atari ST, wymieniony w świetnie zaprojektowanym i pełnym treści booklecie park maszynowy zespołu jest jak na tamte czasy conajmniej imponujący. Dosyć szybko zaczęli też korzystać z midi.

Ich celem było tworzenie muzyki, która miała być hołdem człowieka dla maszyn, w planach mieli happenningi, wielkie koncerty w poprzemysłowych przestrzeniach, chcieli wykorzystywać realne, przemysłowe maszyny w roli instrumentów. Tak naprawdę udało się zrealizować tylko jedną taką duża, uteatralnioną imprezę w starej drukarni w 1989. W czasach przełomu każdy związek sztuki z przemysłem był podejrzany, przede wszystkim dla władz, wszystkie posunięcia w tą stronę zespołowi utrudniano lub uniemożliwiano, zabraniano wstępu a nawet robienia zdjęć na terenach fabrycznych. Więc zaczęli skupiać się na pracy studyjnej, szlifując elektroniczne technologie, będąc jednym z pierwszych zespołów w Polsce nagrywających przy pomocy komputera. 

Utwory tutaj zebrane są bardzo dobrą wizytówką zespołu, od wczesnych nagrań, surowych i z założenia prymitywnych, po całkiem jak na ówczesne możliwości dopieszczone kawałki („Goddes of War“), nagrania prawdopodobnie live („Uleczymy maszyny“) i na pewno live („Projekcja“). Wyczuwalna jest ciągła rządza poszukiwań, połączona ze skrystalizowaną wizją, jak powinni brzmieć, jak nawiązywać do zachodnich wzorców jednocześnie dokładając coś od siebie.

Treściowo panuje typowe rozdarcie między humanizem a zimnym maszynowym realizmem i futuryzmem, człowiek czuje, że jest tylko człowiekiem, że potrafi tworzyć maszyny, ale te maszyny mogą też zniszczyć człowieka i dlatego bywają takie fascynujące. Chcą maszyny ujarzmiać, kontrolować, jednocześnie przygladają się im z miłością. Pojawiają się symboliczne wątki oraz oczywiste wtedy antysytemowe wezwania i manifesty. Dla mnie jednak najciekawszym tekstem jest lista dzieł sztuki i ich autorów wymienianych w utworze „Projekcja“, od Ernsta, Duchampa i Warhola po Kafkę, Freuda i Cage’a. Na pewno nie jest to losowy zestaw, może jest to spis ulubionych obrazów i lektur, pozostawione bez komentarza działają mocno, bo każdemu słuchaczowi może wyświetlić się jego osobista wizja, wiedza i opinia. Jest to też gest pokazujący, że twórczość Düsseldorf nie była skierowana do wszystkich, tylko do ludzi o większych artystycznych i kulturowych wymaganiach niż przeciętna. Byli wymagający wobec siebie, snuli wizjonerskie plany i takiej też poszukiwali publiczności. Szkoda, że realia czasów zaplanowały coś innego.

Wszystkie płyty z Requiem są bardzo szczególnie zapakowane, a te z serii archiwalnej wyróżniają się jeszcze bardziej. Czasem jest to pudełko, czasem nibyksiążka. Płyta Düsseldorfu jest w digipacku z przemysłowego, pudełkowego kartonu, z dużą ilością srebra w nadruku, grafika jest zbudowana w całości z oryginalnych materiałów graficznych zespołu. Digipak zawinięty jest w kawałek aluminiowego pasa z grubej, karbowanej folii, to wszystko jest w przezroczystej, plastikowej kopercie, do której są dorzucone pomalowane na różne kolory śruby, nakrętki etc. Gdyby w latach 80tych Düsseldorf wydał tak podaną płytę, bez wątpienia należeliby do kanonu polskiego podziemnego designu. Nakład jest limitowany do 250 sztuk, więc kolekcjonerzy niech się spieszą.

Ciekaw jestem, kiedy w końcu polskie zespoły, w czasach kiedy modne są różnego typu składanki a’la Minimal Waves Tapes, na takie kompilacyjno-historyczne wydawnictwa trafią. Zasługują na to w pełni. Düsseldorf powinien być jednym z takich podstawowych reprezentantów i myślę, że w skali światowej w takim kontekście wypadłby naprawdę wyróżniająco. Według mnie Requiem powinno teraz zadbać o taki kolejny krok, po wstępnym przybliżeniu tych dokonań i podobnych w naszym kraju należy spróbować pokazać to za granicą, bo jak historia uczy, dopiero tam mogą te rzeczy zostać w pełni docenione. Trzeba spróbować, dla dobra wszystkich zainteresowanych. Taki drobny manifest na koniec.

[Wojciech Kucharczyk]

artykuły o Düsseldorf w popupmusic