polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Peaking Lights Lucifer

Peaking Lights
Lucifer

Duet Peaking Lights poznałem w marcu 2010 w Londynie, kiedy wspólnie występowaliśmy na jednej z imprez organizowanych przez Upset The Rhythm. Para typowo szeroko uśmiechniętych i sympatycznych w obejściu Amerykanów, kwintesencji postawy easy-going. Ale było też coś jeszcze. Oni byli o l b r z y m i. Jakby nazwa zespołu odnosiła się do ich wzrostu. Powiększeni w skali, idealnie pasujący do trucków i SUVów właściwych krajowi, z którego przybywali, ale w niskiej przestrzeni Barden’s Boudoir wydawało się, że zaraz przebiją się z piwnicy na poziom ulicy. To wrażenie minęło dopiero, gdy weszli na scenę. Ich występ, pozbawiony wszelkich elementów tego, co zwykło nazywać się show tworzy natychmiast atmosferę późnonocnej posiadówy w piwnicy w towarzystwie jointów i piwa. Koniecznie w kapciach.

Wiele się zmieniło od tego czasu. Ich nagrana dla Not Not Fun 936 okazała się jedną z najbardziej chwalonych w blogosferze płyt sezonu i pomogła w wywindowaniu profilu wytwórni z LA. Aaron i Indra doczekali się syna. W międzyczasie objechali ze swoim hipnotyzującym repertuarem większą część świata.

Tylko muzyka się nie zmieniła. Lucifer to wciąż zadymione, zdubowane loopy, wypełnione pogłosami i kasetowym szumem, na którym wyryte jest wielkie LO-FI. Nie ma tu śladów czystszej produkcji nadającej się na większe sceny czy backing bandu na koncertach. Peaking Lights to wciąż easy-going Aaaron i Indra, na wiecznym czilu, bez hitów czy strategii wymierzonej w pozyskiwanie coraz szerszej publiki. Właściwie bez żadnej strategii.

O ile 936, płyta rzeczywiście cięższa, pojawiła się na świeczniku właściwie znikąd, to Lucifer jest większą dawką tego samego, pozbawioną przewagi w postaci elementu zaskoczenia. Wbrew tytułowi pozbawiona choćby śladowego pierwiastka ciemności, nowa płyta małżeństwa jest słoneczną wariacją na temat ich brzmienia. Jest przez to nieco bardziej dwuwymiarowa.

Czy to źle? Bynajmniej. Peaking Lights to zespół o bardzo charakterystycznym stylu, a Lucifer zdaje się być wydaną pod wspólnym tytułem kolejną porcją ich nieskończonych jamów. Przyjmuję muzykę duetu jako nieprzerwany strumień (nie)świadomości, który na potrzeby rynku muzycznego prezentowany jest w pewnych interwałach czasowych jako osobno opakowany zbiór. Dlatego też w tej recenzji nie ma słowa o poszczególnych „piosenkach”.

Stawiam duże pieniądze na to, że Aaron i Indra mają materiału na kilkadziesiąt płyt i w każdej wolnej chwili, odpalając sprzęt do nagrywania w swojej piwnicy łączą się z kosmosem. Bez strategii. W kapciach.

[Paweł Trzciński]