polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Neil Young & Crazy Horse Americana

Neil Young & Crazy Horse
Americana

Jeśli 66-letni Neil Young po prawie 10-letniej przerwie w nagrywaniu z Crazy Horse wydaje płytę z utworami tradycyjnymi, wręcz amerykańskimi klasykami, to pytanie „dlaczego” je gra jest równie ciekawe jak pytanie „jak”. Na to drugie odpowiedź można przewidzieć, bądź co bądź Crazy Horse to dość konserwatywna formalnie, ale fascynująca wykonawczo odsłona twórczości Younga. Jedenaście zawartych tutaj utworów ze zwartych, folkowych piosenek przeistacza się w rozjammowane, niespiesznie płynące, elektryczne epopeje. Zagrane free, czasami nawet z pewną niestarannością, tak jakby Young i Crazy Horse chcieli powrócić do niedoskonałości ludowych wykonawców z całym swym bagażem doświadczeń.

Na pytanie „dlaczego” odpowiedź nie jest już jednak tak prosta. Pierwsza, która przychodzi na myśl, to po prostu hołd. Wystylizowana okładka oraz zwięzłe, lecz informatywne opisy genezy utworów, wersji stanowiących punkt wyjścia dla tych wykonań, oraz zmian wprowadzonych przez zespół, unaoczniają uważne i wrażliwe podejście do materiału źródłowego. Druga opcja, to podważenie tych wersji, które na przestrzeni lat stały się dominujące. Najlepiej widać to w „Clementine”. Oryginalny tekst, dłuższy niż ten w popularnej dziecięcej piosence, oraz gorzkie, transowe wykonanie nadają piosence niemal tragicznej dwuznaczności. A może chodzi nawet podważanie dominującej aury wokół amerykańskiego folku czy nawet kultury? Spójrzmy na dobór utworów – dość posępnych, pełnych śmierci i tragedii, czyli tematów generalnie trzecioplanowych zarówno w popkulturze ostatnich lat (a pamiętajmy, że od dekady Stany są ciągle w stanie wojny), jak i folkowym revivalu kolejnego pokolenia (może z wyjątkiem Sufjana). Umieszczając pod koniec płyty „This Land Is Your Land” i na sam koniec „God Save the Queen” Young explicite pokazuje polityczność tej muzyki.

 Po trzecie, dokonując daleko idących ingerencji w tkankę utworów, włączając w to nowe melodie i aranżacje, Young wraca do sedna procesu, który ukształtował te piosenki, podobnie jak każdą inną muzykę tradycyjną. Do procesu, który przez ostatnie kilka dekad był jednak martwy, a wersje stworzone najpóźniej w latach 1960. funkcjonowały jako kanoniczne i ustalone. Tym samym Americana pokazuje, że ta tradycja jest żywa w dużo bardziej przekonujący sposób niż hordy brodaczy robiących sobie promofoty na tle gór Colorado lub jezior Wisconsin i grających melancholijne piosenki z akcentami banjo lub gitary slide. Bardzo dobry i pozostający w głowie album.

[Piotr Lewandowski]