polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Dour Festival 2012
Dour | Belgia | 12-15.07.12

Większość tegorocznych letnich festiwali ma gorsze line-upy niż przed rokiem, Dour Festival pod tym względem wyróżniał się in plus, proponując najlepszy od kilku lat program. I tradycyjnie, najbardziej eklektyczny, bowiem na jednej otwartej scenie i sześciu schowanych w namiotach usłyszeć można było naprawdę różnorodną muzykę – w pewnych momentach nawet w tym samym momencie, przyprawiając o zawrót głowy, jak choćby w piątek o 21, gdy równocześnie rozpoczęły się koncerty St. Vincent, Mount Kimbie, Puppetmastaz i Napalm Death. Niestety na całej linii nie dopisała pogoda, organizatorzy byli zbyt bierni wobec zmian warunków na festiwalu, przez co z dnia na dzień przemieszczanie się po festiwalu coraz bardziej przypominało walkę o przetrwanie, a przynajmniej o uniknięcie upadku w błoto. Coraz trudniejsze było też korzystanie z tego, co w Dour zawsze jest atrakcją, czyli zaglądania w ciemno na różne sceny w poszukiwaniu niespodzianek. Line-up jednak obfitował w atrakcje. Z czasem znój i chłód odchodzą w niepamięć i na pierwszy plan wysuwają się wspomnienia muzyczne.

Dour przed festiwalem zapowiadało, że tak mocnego programu rockowego wcześniej nie było, z Ministry, Flaming Lips, Dinosaur Jr., Franz Ferdinand czy Bon Iver na głównej scenie. Co prawda line-up, który dziesięć lat temu ściągnął nas tam po raz pierwszy koncertami Tomahawk, Melvins, King Crimson, Soulfly czy Rollins Band nie wydaje mi się słabszy, ale bez wątpienia headlinerzy byli w tym roku nieźli. Najlepszy chyba koncert festiwalu dał jednak zespół, który i wtedy i teraz grał na mniejszej scenie – choć w mocno zmienionym składzie i z zupełnie innym materiałem, czyli The Ex, występujący teraz z Getatchew Mekurią i sekcją dętą Xavier Charles (klarnet), Ken Vandermark (saksofon barytonowy, klarnet basowy), Brodie West (saksofon altowy), Joost Buis (puzon). Krótko wcześniej ukazała się ich druga płyta z muzyką opartą o etiopskie melodie i rytmy, ale zagraną z wyjątkową fantazją The Ex (i zarazem będącą wyzwaniem dla sekcji dętej). Ich koncerty są fascynujące, jest w nich olbrzymia zabawa i wrażliwość, taneczny potencjał i brzmieniowe bogactwo, oraz niezwykłe zrozumienie muzyków o bardzo odmiennych doświadczeniach. To był niemal ostatni koncert festiwalu, na który trzeba było czekać w zimny, mokry dzień, ale nawet gdyby na scenie nie było zjawiskowego tancerza, nikt w publiczności by nie stał.

Wracając do headlinerów – Dinosaur Jr. w swoim niepodrabialnym brzmieniu i kontrolowanym niedbalstwie to niezawodna marka koncertowa, choć tym razem przylecieli do Europy tylko na trzy koncerty (nowa płyta w drodze) i trochę zabrakło płynnego przelotu przez cały występ. Franz Ferdinand, headliner pierwszego dnia, potwierdzili (kilka dni wcześniej na gdyńskim Open'erze), że koncertowo są w doskonałej formie. Ich piosenki nie tracą na przebojowości, a co lepsze, zespół wykonuje je z taką samą energią jak kilka lat temu. Franz Ferdinand można lubić lub nie, ale wśród rockowych brytyjskich kapel początku pierwszej dekady XXI wieku na scenie prezentują się chyba najlepiej i nawet grając w większości stare kawałki robią to świetnie. Ambiwalentne wrażenie pozostawił natomiast Bon Iver, którego rozrośnięty skład wydawał się raczej motywowany rozmiarami scen, na których teraz występuje Justin Vernon, a nie muzycznymi względami. Dwa instrumenty smyczkowe, w porywach aż trzy dęte, a przede wszystkim dwie perkusje (z podwójnymi centralami dla ewidentnie wizualnego efektu) były mocno na wyrost, tworząc nie do końca przemyślaną i kontrolowaną masę dźwięku. Raziła „stadionowość” orkiestracji i wykonania, próby, powiedzmy, psychodelicznych jammów, których sam lider grać nie umie, zwłaszcza gdy po chwili sięgał po pamiętającego Wielki Kryzys Reso-Phonica, by zagrać „Skinny Love” czy „For Emma”. Powrót do korzeni wyszedłby Bon Iver na dobre.

Występ na Last Arena w Dour był na pewno największym wydarzeniem dla Selah Sue, która kilka lat temu jako młody talent grała popołudniami w namiotach, teraz stała się chyba najmłodszym belgijskim artystą w roli headlinera. I słusznie, bo jej sceniczna charyzma, głos i talent robią wrażenie zwłaszcza na żywo. Materiał z debiutu został dobrze zagrany przez trio instrumentalistów (dęciaki grane z klawiszy), groove był potężny, zabawa przednia. Uwagę zwróciły też dwa inne zespoły belgijskie, mało znane, ale z dużym potencjałem. Grupa BRNS już debiutanckim singlem zwróciła naszą uwagę i zespół spełnił pokładane w nich nadzieje. Rozbudowana sekcja perkusyjna – bębny, dzwonki, cymbałki – stanowiła trzon ich muzyki, brzmiący na żywo wyraziście i dynamicznie, uzupełniany przez klawisze i post-rockową gitarę. Niby to zwykłe popowe i przebojowe piosenki, ale grane z wyobraźnią przywołującą na myśl Menomena. Trio V.O., wykorzystujące gitarę akustyczną, klarnet i trąbkę okazało się jednym z ciekawszych odkryć festiwalu. Ich folkowe, spokojne piosenki brzmiały świetnie, a w porównaniu do albumu, rozbudowanego o brzmienia perkusyjne, nabrały intymnego i ciepłego nastroju.

W gitarowym programie wyróżniały się koncerty St. Vincent i Kurta Vile. St. Vincent to na żywo szoł jednej aktorki, Annie Clark, z zespołem grającym czujnie, ale jednak w tle. Z większym naciskiem na gitarową pirotechnikę, bardziej punkowo i dziko, Annie wypadła fantastycznie, o wiele lepiej niż na poprzedniej wizycie w Dour. Kower Pop Group i zaśpiewany na ramionach publiczności utwór z ostatniego singla na koniec dobitnie potwierdziły drapieżność jej muzyki. Rewelacja. Doskonale wypadli też Kurt Vile & the Violators, grający soczyście i z nutką hałasu w liryzmie niczym u Thurstona Moore. Epicki numer z Adamem Granducielem na saksofonie i spięcie koncertu klamrą utworu „Baby’s Arms” pokazały dojrzałość tego zespołu. Sam Granduciel kilka godzin wcześniej zagrał również świetny koncert z The War on Drugs, swoistą muzykę drogi sprawdzającą się świetnie w zachmurzonej atmosferze Dour. Nieprzekonująco wypadły natomiast zespoły kanadyjskie – Destroyer ze swoim połączeniem egzaltacji i miękkości, oraz Plants and Animals – ci na tle ww. zespołów to jednak niższa grupa rozgrywkowa.

Dour nie mogłoby się obyć bez naprawdę ciężkich brzmień – o ile różne festiwale sięgają ostatnio po metal i hard-core w ramach wzbogacenia oferty, to w Dour od zawsze był to trzon programu, od ubiegłego roku podkreślony obecnością Cannibal Stage, na której lekko się nie gra. Właśnie tam genialny koncert dali Meshuggah, którzy na żywo pokazali naocznie, że nowy materiał bynajmniej nie jest lżejszym od starego, gdy na warsztat bierze go precyzyjna koncertowa machina Szwedów. Po kryzysie i słabszych koncertach po „Obzen”, Meshuggah znów są w wielkiej formie. Na tej samej scenie zagrali też (części goście w Dour) Francuzi z Punish Yourself, którzy muzycznie blisko są EBM skrzyżowanemu z metalem i punkiem czy też Ministry, ale na żywo zawsze brzmią świetnie i robią doskonałe wrażenie. Ostatniego dnia festiwalu w namiocie La Petite Maison dans la Praire mieliśmy takie małe wrocławskie Asymmetry. Najpierw bardzo dobry Ufomammut, którzy udowodnili, że ich sludge z odrobiną psychodelii i długie formy to przemyślany, komunikatywny przekaz; potem niezłe Amenra, którzy z post-neurosisowego grania starali się wycisnąć jeszcze jakieś krople rozpaczy i desperacji, ale to nie jest w 2012 roku proste, a na koniec najbardziej przystępni i popularni Baroness. Instrumentalnie i wokalnie Baroness byli super profesjonalni, a ich sceniczna prezencja dynamiczna i angażująca, ale z drugiej strony kompozycyjnie ich muzyka zrobiła się bardzo lekkostrawna – czasem taki thrash-pop, a czasami po prostu melodyjny hard-rock. Pozostało dziwne wrażenie. Warto też wspomnieć Norwegów z Kvelertak i ich metalowego rock’n’rolla, oraz Steak Number Eight, od których zaczęliśmy festiwal jeszcze z pola namiotowego, kiedy pierwszego dnia ich ciężkie riffy i sludgeowe kompozycje świetnie roznosiły się z Club Cirquit Marque po terenie całego festiwalu. Ciężkie atrakcje uzupełniali niezawodni Napalm Death i Godflesh, ale tych widzieliśmy niedawno, więc przez kolizje w programie tym razem odpuściliśmy.

Zanim przejdziemy do elektroniki, parę zdań o zespołach na przekroju elektronicznego i analogowego formatu. Pierwszego dnia w tragicznym, zbyt cichym nagłośnieniu zmarnował się niestety koncert Caribou, który dopiero w finałowym dublecie „Odessa” / „Sun” nabrał mocy. Dzień później po raz kolejny przekonaliśmy się, że Battles w odsłonie bez Ty’a Braxtona pozostawia na żywo niedosyt. Romanse ze starymi utworami nie wychodzą im na dobre, podobnie jak zsamplowane wokale artystów, którzy zaśpiewali na Gloss Drop. Trio Williams-Stanier-Konopka powinno postawić na granie na żywo, niepotrzebnie wiąże się tymi ograniczeniami i przez to nie pokazuje, na co je naprawdę stać. W stosunku do grupy Poliça mieliśmy wysokie oczekiwania – ich debiutancki album kapitalnie odwraca avant-popowe proporcje między naturalnym a syntetycznym. Na koncercie okazało się, że Channy Leanagh na żywo śpiewa bez autotune’a, co chyba jest błędem, bo ten przecież na płycie nie był korektą niedociągnięć, lecz środkiem artystycznym. Duet perkusistów mógłby jeszcze więcej wycisnąć na żywo, a partie harmoniczne zamiast z laptopa mogłoby być grane z syntezatora, co również uwolniłoby tę muzykę. Koncert dobry, ale pokazujący, że Poliça jest nadal zespołem z potencjałem, lecz nie w pełni dojrzałym. Dużą swobodę i wyczucie pokazał DâM-FunK, wyciskający z klawiszy perliste brzmienia, co przy żywej sekcji rytmicznej (na perkusji Jon Theodore, kiedyś bębniarz Mars Volta) wręcz zmuszało do tańca. Nadmiar żywych instrumentów nie wyszedł natomiast na dobre Speech Debelle, która zabrzmiała po prostu jak jeden z wielu hip-hopowych składów z funk-rockową live-bandem i jego kliszami. Nadmiar „zachodniego” rytmu zbanalizował zaś afrykański pierwiastek Owiny Sigoma Band i spłaszczył jego przekaz.

Muzyka elektroniczna od lat stanowi około połowę programu Dour, od ubiegłego roku na scenie Balzaal przez cały dzień grają didżeje. W tej ciekawie zaaranżowanej i dobrze nagłośnionej przestrzeni już po południu pojawiały się niezłe rzeczy, np. o 19 w piątek bardzo fajny set zagrał Pinch. Paradoksalnie, odbiór muzyki elektronicznej w Dour jest dość trudny – tam się nie słucha muzyki, tam się imprezuje i to ostro. W efekcie, elektronika o większej liczbie dyskretnych akcentów czasami trochę przepada. Z takim problemem musiał sobie poradzić Pantha du Prince, który z jeszcze większym arsenałem sprzętu niż rok temu w Warszawie i pomocnikiem u boku zaprezentował bardziej duszną, zaszumioną wariację na temat Black Noise i odchodząc dalej od płyty wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką. Do najciekawszych występów całego festiwalu należał też set Mount Kimbie, którzy zaprezentowali zarówno stare jak i nowe kompozycje. Dwa lata temu na Unsound zagrali koncert spokojniejszy, w większej mierze oparty na interakcji elektronika-gitara, teraz gitary było znacznie mniej, a spokojne kompozycje ustąpiły miejsca bardziej energicznym i tanecznym brzmieniom, które zapowiadają kolejne wydawnictwo Anglików jako ciekawą rzecz. Z warunkami doskonale poradził sobie też Actress, który od pierwszej sekundy uderzył sążnistymi bitami i mroczną, pulsująca elektroniką. Warto było do późna czekać na jego występ, by przekonać się, że Actress zawsze gra trochę inaczej. Dobrze wypadł też Dimlite, wplatający elementy głosu i analogowe w przewrotny laptopowy występ. Bardzo imprezowo zagrał Scuba, podobnie AraabMUZIK, którego jednak można zobaczyć tylko raz – przy powtórnym kontakcie jego napieprzanie w sampler wydaje się sportowym wyczynem. Natomiast dość trudny, zawiły koncert Squarepushera został właśnie zakrzyczany i zatupany, a jego najmniej intelektualny, a najbardziej fizyczny moment – finał hałaśliwie zagrany na gitarze basowej - w ogóle odbił się od tłumu żądnego przytupu.

Na poziomie czysto muzycznym, tegoroczne Dour było jednym z najciekawszych w ogóle, ale szkoda, że jego atmosfera w coraz większym stopniu polega na masowej, ostrej imprezie, dla której muzyka jest czasem nawet nie powodem, ale jedynie elementem towarzyszącym.

[tekst: Piotr Lewandowski, Jakub Knera]

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex + Getatchew Mekuria [fot. Piotr Lewandowski]
Dinosaur Jr. [fot. Piotr Lewandowski]
Dinosaur Jr. [fot. Piotr Lewandowski]
Dinosaur Jr. [fot. Piotr Lewandowski]
Dinosaur Jr. [fot. Piotr Lewandowski]
Bon Iver [fot. Piotr Lewandowski]
Bon Iver [fot. Piotr Lewandowski]
Bon Iver [fot. Piotr Lewandowski]
Bon Iver [fot. Piotr Lewandowski]
Bon Iver [fot. Piotr Lewandowski]
St. Vincent [fot. Piotr Lewandowski]
St. Vincent [fot. Piotr Lewandowski]
St. Vincent [fot. Piotr Lewandowski]
St. Vincent [fot. Piotr Lewandowski]
St. Vincent [fot. Piotr Lewandowski]
Kurt Vile & the Violators [fot. Piotr Lewandowski]
Kurt Vile & the Violators [fot. Piotr Lewandowski]
Kurt Vile & the Violators [fot. Piotr Lewandowski]
Kurt Vile & the Violators [fot. Piotr Lewandowski]
The War on Drugs [fot. Piotr Lewandowski]
The War on Drugs [fot. Piotr Lewandowski]
The War on Drugs [fot. Piotr Lewandowski]
Dour Festival 2012 [fot. Piotr Lewandowski]
Selah Sue [fot. Piotr Lewandowski]
Selah Sue [fot. Piotr Lewandowski]
Selah Sue [fot. Piotr Lewandowski]
Selah Sue [fot. Piotr Lewandowski]
BRNS [fot. Piotr Lewandowski]
BRNS [fot. Piotr Lewandowski]
BRNS [fot. Piotr Lewandowski]
BRNS [fot. Piotr Lewandowski]
BRNS [fot. Piotr Lewandowski]
Dour Festival 2012 [fot. Piotr Lewandowski]
Meshuggah [fot. Piotr Lewandowski]
Meshuggah [fot. Piotr Lewandowski]
Meshuggah [fot. Piotr Lewandowski]
Meshuggah [fot. Piotr Lewandowski]
Meshuggah [fot. Piotr Lewandowski]
Ufomammut [fot. Piotr Lewandowski]
Ufomammut [fot. Piotr Lewandowski]
Ufomammut [fot. Piotr Lewandowski]
Ufomammut [fot. Piotr Lewandowski]
Amenra [fot. Piotr Lewandowski]
Amenra [fot. Piotr Lewandowski]
Amenra [fot. Piotr Lewandowski]
Amenra [fot. Piotr Lewandowski]
Baroness [fot. Piotr Lewandowski]
Baroness [fot. Piotr Lewandowski]
Baroness [fot. Piotr Lewandowski]
Baroness [fot. Piotr Lewandowski]
Kvelertak [fot. Piotr Lewandowski]
Kvelertak [fot. Piotr Lewandowski]
Kvelertak [fot. Piotr Lewandowski]
Kvelertak [fot. Piotr Lewandowski]
Punish Yourself [fot. Piotr Lewandowski]
Punish Yourself [fot. Piotr Lewandowski]
Punish Yourself [fot. Piotr Lewandowski]
Dour Festival 2012 [fot. Piotr Lewandowski]
Caribou [fot. Piotr Lewandowski]
Caribou [fot. Piotr Lewandowski]
Caribou [fot. Piotr Lewandowski]
Caribou [fot. Piotr Lewandowski]
Poliça [fot. Piotr Lewandowski]
Poliça [fot. Piotr Lewandowski]
Poliça [fot. Piotr Lewandowski]
Poliça [fot. Piotr Lewandowski]
DâM-FunK [fot. Piotr Lewandowski]
DâM-FunK [fot. Piotr Lewandowski]
DâM-FunK [fot. Piotr Lewandowski]
Speech Debelle [fot. Piotr Lewandowski]
Speech Debelle [fot. Piotr Lewandowski]
Pinch [fot. Piotr Lewandowski]
Pinch [fot. Piotr Lewandowski]
Owiny Sigoma Band [fot. Piotr Lewandowski]
Owiny Sigoma Band [fot. Piotr Lewandowski]
Pantha du Prince [fot. Piotr Lewandowski]
Pantha du Prince [fot. Piotr Lewandowski]
Pantha du Prince [fot. Piotr Lewandowski]
Pantha du Prince [fot. Piotr Lewandowski]
Dimlite [fot. Piotr Lewandowski]
Dimlite [fot. Piotr Lewandowski]
Destroyer [fot. Piotr Lewandowski]
Destroyer [fot. Piotr Lewandowski]
Destroyer [fot. Piotr Lewandowski]
Destroyer [fot. Piotr Lewandowski]
Destroyer [fot. Piotr Lewandowski]
Plants and Animals [fot. Piotr Lewandowski]
Plants and Animals [fot. Piotr Lewandowski]
Dour Festival 2012 [fot. Piotr Lewandowski]
Actress [fot. Piotr Lewandowski]
Actress [fot. Piotr Lewandowski]
AraabMUZIK [fot. Piotr Lewandowski]
Scuba [fot. Piotr Lewandowski]
Scuba [fot. Piotr Lewandowski]
Squarepusher [fot. Piotr Lewandowski]
Squarepusher [fot. Piotr Lewandowski]
Squarepusher [fot. Piotr Lewandowski]