polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Pohoda Festival 2012
trenczyn | 05-08.07.12

Pohoda Festival to niewątpliwie warte uwagi zjawisko na festiwalowej mapie Europy. Gromadzący głównie publiczność słowacką i ościenną przyciąga dobrą atmosferą, sprawną organizacją i przede wszystkim ciekawym, zróżnicowanym, rozrywkowym lineup’em oraz poważnie potraktowanymi innymi atrakcjami (kino, teatry, warsztaty, dyskusje). Bilety, choć w tym roku droższe, nadal nie mają wygórowanej ceny, warunki sanitarne są dobre, parking obszerny, kemping równie wielki a do tego namiotowy strzeżony "hotel" – Tent Inn. 

Tegoroczną edycję utrudniła kapryśna aura, przez co ominął nas koncert The Plastic People of the Universe. Otwierający dla nas koncert dał więc headliner Lou Reed - muzycznie wielka uczta, pełna ciekawych akcentów, nieco jednak nużąca wokalnie. W przypadku Reeda nie można spodziewać się szczególnych niespodzianek stylistycznych, był to bardzo dobry koncert, po którym przenieśliśmy się do namiotu Dome, sceny przeznaczonej elektronice, na koncert Caribou – nie moja estetyka, lecz występ kwartetu był bardzo ciekawy i mocno rozkręcił publiczność.

Obudzeni porannym słońcem i upałem rozpoczęliśmy drugi dzień festiwalu. Zaczeliśmy od Mangroove Steelband – dyżurnej orkiestry w grającej na różnych scenach w ciągu 3 dni. Sympatyczny Steel Drum Coverband – w sam raz by z uśmiechem rozpocząć koncertowe boje w pełnym słońcu, nieco skropieni wodą ze strażackiej sikawki.  Chwilę później na scenie Orange Stage –wystąpił Femi Kuti & Positive Force – energetyczny i kolorowy koncert porwał publiczność, charyzmatyczny Femi, syn Fela Kuti, pioniera afrobeatu, nie pozwolił przejść obojętnie udającym się do pobliskiego namiotu Dome - wiele osób przyszło na ten koncert z ciekawości i zostało do końca. Świetny występ, pełen rytmu, sekcji dętych i zabawy muzyką. Nieopodal na scenie SLSP Arena, skupiającej głównie artystów wykonujących bardziej refleksyjną  najczęściej folk rockową muzykę i world, wystąpili (prosto z Open’era)  Dry The River. Żałowałem, że przegapiłem ich koncert na ubiegłorocznym Offie, w Trenczynie w 36-stopniowym upale ciężko było w pełni się nim cieszyć. Po schłodzeniu przepysznym Radlerem i przywitaniu z Aloe Blacc  przenieśliśmy się na jego koncert, który okazał się zdecydowanie jednym z najlepszych całego festiwalu. Niesamowita charyzma, świetny kontakt  z publicznością, nie pomijając oczywiście rzeczy najważniejszej, czyli wokalnego talentu i świetnego zespołu. Koncert po 45 minutach niespodziewanie przerwała gwałtowna burza, w czasie znanego „I Need a Dollar”, ale Dawkins tylko pozornie przerwał koncert - towarzyszył przemieszczającej się publiczności, zatrzymując ludzi przy balkonie na backstage'u, gdzie a’capella razem z publiką dokończył utwór – niewątpliwie będzie to długo pamiętany moment, mimo zaciekłej ulewy i burzy, a może również dlatego.

Pogoda trochę namieszała w organizacji, amfiteatralna SLSP Arena została zalana, koncerty zostały opóźnione o godzinę, trochę zabrakło informacji, więc zamiast Jamaican Legends na SLSP mieliśmy szansę na koncert Submotion Orchestra w Dome nieopodal. Doskonale zaaranżowany, wysublimowany brzmieniowo, dopełniony charakterystycznym wokalem Ruby Wood miks jazzu, dubu i chilloutu był zdecydowanie mocnym akcentem tego dnia. Prawie równolegle z ich ostatnim utworem w pobliskim namiocie Nay rozpoczęli Islandczycy z Hjalmar. Zaczęli bardzo nieśmiało, chyba nie spodziewając się tak dobrego przyjęcia publiczności. Przyjemna dawka specyficznego roots reggae z tekstami wyłącznie w ich ojczystym języku, kilka melodii zaczerpniętych z Islandzkiego folku, doskonała praca sekcji dętej i niebanalne aranże wokalne wyróżniają ten zespół spośród wykonawców tego gatunku. Niestety koncert Bat For Lashes mający rozpocząć się z godzinnym opóźnieniem, rozpoczął się rownolegle z Hjalmar, zdążyliśmy więc tylko na kilka ostatnich utworów, a pod sceną nie bez powodu zgromadziły się tłumy słuchaczy.

Około północy po długich bojach z uruchomieniem sprzętu na zalanej SLSP Arena zagrali Ernest Ranglin, Sly Dunbar i Robbie Sheakspere, jako Jamaican Legends. Początek koncertu był bardzo dobry, znane wszystkim ”Below the Bassline” „Surfin” i „Nana’s Chalk Pipe” przyjemnie rozbujały zebranych pod sceną, mam jednak wrażenie, że zmęczenie i opóźnienie występu dało się muzykom we znaki. Trochę za długie improwizacje i nie do końca skoordynowany Jam znudził i uśpił publiczność, muzycy bawili się znacznie lepiej niż odbiorcy. Wolałem więc udać się do namiotu Dome na koncert Orbital, który pomimo oszczędności i problemów sprzętowych (poprzedniego dnia z powodu burzy ucierpiała część elektroniki zespołu) okazał się dobrym widowiskiem. Trans z mocnym (na mój gust za mocnym) powiewem lat 90, dobrym oświetleniem nie pozwolił stać obojętnie i ten koncert był ostatnim, który widzieliśmy dnia drugiego.

Prognoza pogody dnia trzeciego napawała optymizmem – stabilna, bez burz. Pierwszym występem był koncert rodzimego Napszykłat. Mam wrażenie że podobnie jak Hjalmar, NP nie spodziewali się tak licznej publiki, choćby z powodu dosyć wczesnej pory, ale Słowacy przyjęli ich bardzo dobre - duet ma niepowtarzalny styl, dużą elastyczność i kreatywność i to bardzo spodobało się słuchaczom.

Chwilę później na scenie SLSP zagrali Iva Bittova & Cikori. Rozpoczęli od sola na kalimbie, potem przy akompaniamencie gitary kultowego Vladimira Vaclawka ze skrzypcami w dłoni na scenę wkroczyła Iva. Muzycznie i nie tylko czułem podobieństwo do Anny Nacher, Antoniny Krzysztoń i Urszuli Dudziak. Duża swoboda artystyczna, otwartość i świadomość przekazu – arcyciekawy koncert, z którego biegliśmy pod scenę Bażant, czyli główną scenę festiwalu na niecodzienne zjawisko (niestety dotarliśmy za późno na zdjęcia). Hypnotic Brass Ensemble – ośmiu dętych instrumentalistów i perkusista, grających jazz/hip hop w bardzo efektownej, wręcz spektakularnej formie. Kontakt z publicznością równie doskonały jak Aloe Blacc dzień wcześniej, bardzo żywiołowy występ.

Przed występem Anny Calvi pod sceną zrobiło się naprawdę tłoczno, mam wrażenie że z przewagą męskiej publiczności. Ja też bardzo zapamiętałem ten występ, słuchając ciągle na myśl przychodził mi Bowie, Lynch, Jarmush i gitary Neila Younga. Anna w czasie występu przeobraża się w kobietę-demona. Muzyka bardzo zmysłowa, ciekawa aranżacyjnie, po prostu koncertowa uczta. Kolejny już na Pohodzie występ Emiliany Torrini był bardzo subtelny, refleksyjny, mimo tego na swój sposób widowiskowy.

Z powodu zagubienia sprzętu, koncert Portico Quartet przesunął się na godziny poranne, niestety nie było nam dane ich zobaczyć, na chwilę odwiedziliśmy więc postrockowe The Ills. Public Enemy rozpoczęli od prawie 30 minutowego soundcheck’u, zdezorientowana ochrona już zamierzała wyprosić wszystkich spod sceny, gdy na scenie pojawili się Chuck D, Professor Grif, DJ Lord  i Flava Flav. Wybuchowa mieszanka hip-hopu o hard-core porwała wszystkich zgromadzonych w namiocie (w tym zespół prasowy i Hypnotic Brass Ensemble) skakaliśmy pod sceną). Mimo upływu +-25 lat, Public Enemy to wciąż niesamowita energia, miło było to zobaczyć i słyszeć.

Pomimo chwilowych zawirowań związanych z aurą, festiwal był bardzo sprzyjającym miejscem do cieszenia się różną muzyką, teatrem, dyskusjami. Pohoda tradycyjnie już wyróżnia się przyjazną atmosferę, świetnym zapleczem sanitarnym, gastronomicznym, itp., dzięki czemu muzyką można cieszyć się w pełni. Wielkie brawa, zdecydowanie warto wrócić za rok.

[zdjęcia: Michał Kamienik]

Lou Reed [fot. Michał Kamienik]
Lou Reed [fot. Michał Kamienik]
Lou Reed [fot. Michał Kamienik]
Lou Reed [fot. Michał Kamienik]
Caribou [fot. Michał Kamienik]
Caribou [fot. Michał Kamienik]
Pohoda [fot. Michał Kamienik]
Pohoda [fot. Michał Kamienik]
Femi Kuti & Positive Force [fot. Michał Kamienik]
Femi Kuti & Positive Force [fot. Michał Kamienik]
Dry The River [fot. Michał Kamienik]
Dry The River [fot. Michał Kamienik]
Aloe Blacc [fot. Michał Kamienik]
Aloe Blacc [fot. Michał Kamienik]
Aloe Blacc [fot. Michał Kamienik]
Submotion Orchestra [fot. Michał Kamienik]
Hjalmar [fot. Michał Kamienik]
Hjalmar [fot. Michał Kamienik]
Hjalmar [fot. Michał Kamienik]
Bat For Lashes [fot. Michał Kamienik]
Jamaican Legends [fot. Michał Kamienik]
Jamaican Legends [fot. Michał Kamienik]
Orbital [fot. Michał Kamienik]
Orbital [fot. Michał Kamienik]
Orbital [fot. Michał Kamienik]
Orbital [fot. Michał Kamienik]
Pohoda [fot. Michał Kamienik]
Napszykłat [fot. Michał Kamienik]
Napszykłat [fot. Michał Kamienik]
Napszykłat [fot. Michał Kamienik]
Pohoda [fot. Michał Kamienik]
Iva Bitova & Cikori [fot. Michał Kamienik]
Iva Bitova & Cikori [fot. Michał Kamienik]
Iva Bitova & Cikori [fot. Michał Kamienik]
Iva Bitova & Cikori [fot. Michał Kamienik]
Anna Calvi [fot. Michał Kamienik]
Anna Calvi [fot. Michał Kamienik]
Anna Calvi [fot. Michał Kamienik]
Anna Calvi [fot. Michał Kamienik]
Emiliana Torrini [fot. Michał Kamienik]
Emiliana Torrini [fot. Michał Kamienik]
Emiliana Torrini [fot. Michał Kamienik]
 [fot. Michał Kamienik]
The Ills [fot. Michał Kamienik]
The Ills [fot. Michał Kamienik]
The Ills [fot. Michał Kamienik]
Public Enemy [fot. Michał Kamienik]
Public Enemy [fot. Michał Kamienik]
Public Enemy [fot. Michał Kamienik]
Public Enemy [fot. Michał Kamienik]
Public Enemy [fot. Michał Kamienik]
Public Enemy [fot. Michał Kamienik]
Public Enemy [fot. Michał Kamienik]
Pohoda 2012 [fot. Michał Kamienik]