polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE NECKS Mindset

THE NECKS
Mindset

Na piętnastu poprzednich płytach australijskie trio The Necks znajdowało się już w wielu punktach spektrum elektroakustycznej improwizacji. Zasadniczo, gdyby dali sobie spokój, nikt by się nie zdziwił, ale zamiast tego nagrali album, na którym znów zaskakują i znów są szokująco dobrzy. Mało jest zespołów, które brzmią do tego stopnia jak jeden, sprawnie pracujący mechanizm. Ale The Necks to już swoista instytucja, czy może nawet sposób myślenia – tytuł nowej płyty wręcz nasuwa tę interpretację. Mindset to dwa ponad 20-minutowe utwory, czy raczej segmenty dźwięku. Abstrakcyjne, skonstruowane z repetycji fortepianowych fraz, dudniącego, pozornie trzecioplanowego kontrabasu i frenetycznej, choć nieagresywnej perkusji z wysuniętymi na pierwszy plan talerzami.

Muzyka jest bardzo ruchliwa, jeśli spojrzeć na krótkie interwały, ale zaskakująca statyczna, gdy spojrzeć na długie. Wydaje się niemal jak zaprogramowana, (prawie) akustyczna wersja noise’owo-ambientowego krajobrazu. Jednak gdy docieramy do końca poszczególnych utworów, odczuwamy wyraźnie, że ich przebieg nie był z góry zdeterminowany, że wydarzyły się tak, jakby były improwizacją, albo przynajmniej grupowym poszukiwaniem treści i barwy wypełniającej ustaloną na starcie formę. W efekcie, oba potężne utwory są od siebie różne. Po kanciastym, opresyjnym "Rum Jungle" przychodzi niby spokojniejsze, ale jakoś niepokojąco zawieszone, narastające "Daylights". Zarazem uzupełniają się nawzajem w sposób oczywisty – gdy wybrzmią do końca. Mindset pokazuje, jak z pozornie znanych metod (repetycje niczym u Charlemagne Palestine, elektroakustyczna aura z maźnięciami kontrabasu jak w starym, przedpiosenkowym, przedgitarowym Kammerflimmer Kollektief) muzycy oddychający jednym rytmem mogą stworzyć nową jakość. I ciężko uwierzyć, że gra tu tylko jeden perkusista, ale z Tony’m Buckiem tak to już bywa.

[Piotr Lewandowski]