polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
This Mortal Coil This Mortal Coil

This Mortal Coil
This Mortal Coil

Na tę akcję zbierało się od dłuższego czasu. Może jestem nienormalny, może jestem muzycznym prorokiem – średnio w co trzeciej nowej płycie, mogłem w tle usłyszeć poblask This Mortal Coil, a jeżeli nie konkretnie echo tego zespołu, to na pewno starego 4AD. Coraz bardziej dawało mi to do myślenia. Najczęściej były to jakieś drobiazgi, fragmenty nastroju, odbicie, reverb, jakiś szum w tle, sposób śpiewania, kolorowy mrok. Państwo z 4AD widać również taki „trend“ zauważyli. Wznowili parę starych płyt, które stworzyły kanon ejtisowych dziwów, na koniec dając chyba to, co mieli do zaoferowania najlepszego, a na pewno najoryginalniejszego. A może to dopiero początek nawałnicy? W każdym bądź razie, wielki, piękny box z dorobkiem This Mortal Coil już tu jest.

Wytwórnia 4AD bardzo zmieniła się przez lata. To co wydaje teraz, mam na myśli aktualnie działających wykonawców, w zasadzie ma się nijak do tego, co dało jej kultowość, w prawdziwym znaczeniu tego słowa, w latach 80tych. Nie jest jej katalog też tak jednorodny jak kiedyś, a jeśli jakiś wspólny mianownik dla jej artystów istnieje, to nie leży on w estetycznych czy ideowych podobieństwach tylko w nieschodzeniu z wysokiego poziomu – jakość się utrzymuje, chociaż polega na czymś innym. Tune-Yards, St Vincent, Efterklang, Atlas Sound, Gang Gang Dance, The National, Bon Iver, Zomby - to wszystko wielkie nazwy współczesnej alternatywy. Ale poza wspomnianą wysoką jakością artystyczną, nie łączy ich w zasadzie nic. Pełen eklektyzm, uderzanie w różny „target“, każda płyta dla kogoś innego. Omalże nic nie łączy ich również z przeszłością wydawcy, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że tylko charakterystyczne logo zaprojektowane przez geniusza okładek płytowych Vaughana Oliviera jest jedynym elementem wiążącym aktualne 4AD z przeszłością. Co dziwne, na nowych płytach tej wytwórni nawiązań do własnej historii jest niewiele, jeśli już, to do późniejszych lat, kiedy w stajni zaczęły się pojawiać zespoły z USA. Być może dlatego, że teraz przeważająca większość to artyści amerykańscy, więc wychowywali się na czymś innym. Ale np. na „Eye Contact“ GGD wysłyszałem ewidentny powrót do schedy po Cocteau Twins, może nawet Dead Can Dance, Bon Iver o TMC na pewno słyszał, a St. Vincent może nawet The Wolfgang Press, choć to późniejsze, raczej nie będzie obce. Myślę, że płyty Pixies, Breeders i Throwing Muses każdy z nich ma na półce, chociaż odmienne tytuły.

Generalny wpływ jest ogromny, dużo większy niż się na ogół wydaje. Po sprawy, które label stworzony przez Ivo Watts-Russela przedstawiał kiedyś, sięgają różni artyści z niewielkich wytwórni, żeby wspomnieć tylko Salem, Tropic of Cancer, czasem bardziej znani, np. Beach House, The Knife, ale także artyści pokroju Davida Lyncha, którego rewelacyjne „Crazy Clown Time“ jest po prostu przesiąknięte „starym forejdi“, do czego sam Lynch się jak najbardziej przyznaje. The XX można wręcz postrzegać jako zbyt dosłowną nadinterpretację tamtych metod. Również wydawałoby się bardzo odlegli stylistycznie post- i dub-stepowcy gdzieś tam zakręcili koło - Pinch & Shackleton na przykład to bardzo intrygujące nawiązanie do rytmów kreowanych przez Dead Can Dance i This Mortal właśnie! Oczywiście! To, że minimalistyczne, zwolnione i z dogłębniejszym basem - cóż, wyciągnęli kwintesencję. Cała masa różnych „nowych mrocznych“ się w tym pławi - daleki, szumiący dron, na tym transowy rytm i mocno zreverbowany głos, zamazane gitary, matowa, ale wyraźna produkcja z jednej strony oraz minimalistyczny akustyczny aranż, smyki, nieskrywane emocje i przestrzenna produkcja z drugiej - to przecież jedne z głównych sposobów, w różnych proporcjach i stylach obecne jako podstawowe medium aranżacyjne omalże wszędzie, nawet w hip-hopie (Kanye West? Tak!). I ja bym to w tej postaci wywodził właśnie od starego 4AD, a szczególnie od This Mortal Coil.

Wytłumaczenie różnicy między wtedy a teraz jest proste - czasy się zmieniły, Ivo od dawna wytwórnią nie dowodzi, nowy plan marketingowy jest o wiele bardziej komercyjny niż na początku. Znane są też przykłady narzekania byłych artystów z rostera na obecną politykę firmy, gdzie niejednokrotnie aspekt finansowy jest szczególnie bolesny. Ale nie będę się tutaj rozpisywał o negatywnych stronach zmian, prawda zapewne leży gdzieś pomiędzy narzekaniem a status quo. Słuchacze na szczęście mogą sięgać do starych i nowych płyt, wszystkie są dostępne i łatwo osiągalne. To jeden z głównych pozytywów, bo ponad trzydziestoletni dorobek jest naprawdę zachwycający. Box This Mortal Coil, czy raczej muzyka tutaj zawarta, jest prawdziwym skarbem. Jedną z najszlachetniejszych pozostałości po dumnych latach 80tych, wspaniałym, ciągle oddziałującym na nowe sposoby dokumentem tamtej szalonej i kreatywnej epoki. Przepraszam, trochę poleciałem epitetami, komplementami i pompą, ale o niektórych, nielicznych płytach można tak powiedzieć, nawet próbując być obiektywnym. Tym bardziej, że odnoszę wrażenie, iż ta muzyka teraz wypada nawet lepiej i jeszcze nowocześniej niż mogliśmy to odbierać wtedy. A to jest prawdziwa rzadkość. Nie jestem dziennikarzem, jestem muzykiem, artystą i fanem, więc raczej mi wolno.

Remaster, co też nieczęste, nie zepsuł prawdziwej aury, tylko otworzył na jeszcze większą przestrzeń doznań i emocji. To ciągle matowa produkcja, ale okazało się, że pomiędzy warstwami szumu i w, czasami na pierwszy rzut ucha zbyt gęstej, lawinie pogłosów, kryją się jeszcze drobiazgi o różnej temperaturze, tak jakbyśmy dostali do rąk mikroskop nowej generacji i mogli nareszcie zobaczyć mikroby, których istnienie mogliśmy tylko podejrzewać.

TMC to nie był tak naprawdę zespół, tylko projekt wymyślony przez Watts-Russela, który zaprosił do udziału w nim prawie wszystkich artystów nagrywających dla wytwórni i wielu gości spoza. Podstawowym repertuarem były kowery, zapomniane, ale piękne utwory z lat 60tych i 70tych, trochę nowych kompozycji, będących często „tylko“ spoiwem dla poszczególnych reinterpretacji. Wielką rolę odegrał John Fryer, który był głównym inżynierem w studio. Płyty były zawsze rodzajem koncept-albumu, ale było to wprowadzenie tej formuły na nowy poziom, nie mające wiele wspólnego z bajkami fantasy z lat 70tych. Było to raczej humanistyczne zwrócenie się w stronę człowieka i jego emocji, można powiedzieć - świat wyobraźni w służbie refleksji, a nie sztuka dla sztuki i wirtuozerska żonglerka. To chyba także pierwszy, przynajmniej na taką skalę „kuratorski“ album, gdzie liderem całej akcji jest ten, kto daje odgórny estetyczny koncept i do jego realizacji dobiera najbardziej pasujące elementy, czerpiąc nie z możliwości jednego zespołu, ale całej sceny, środowiska.
Wszystkie aranżacje są niezwykle, nawet jak na tamte czasy, minimalistyczne - najkrócej opisując - czasem jest w zasadzie tylko wokal i przestrzeń, czasem fortepian i smyki, wokale często pojawiają się wielogłosowo, ale nie chóralnie, perkusja spokojnie mierzy takty, choć zdarza się, że przejmuje prowadzenie. Gitary jeśli tną, to bardzo krótko i precyzyjnie, albo gładzą przestrzeń i płyną. Bas jest zawsze lekko zamglony, często jego rolę przejmują morsko-sejsmiczne, ale zawsze oddalone niskie drony. Horyzontalne klawisze. Ważne są też strzępy field-recordings, które potęgują nastrój niedopowiedzenia, wrzucają percepcję na inne, czasem mniej komfortowe tory. Wokale żeńskie, męskie, w każdym utworze zupełnie inne ujęcie, pojawiający się wokaliści dobrani precyzyjnie do tematu i aury utworu. Wszystkie te elementy połączone charakterystycznym sposobem produkcji - wszystkie klejenia, przestrzenie, pogłosy i echa żyją własnym tempem, oddychają, szumią, przemierzają ocean o zmierzchu, tworzą delikatną pajęczynę powiązań między instrumentami i głosami.

Nie będę tutaj wymieniał artystów, zespołów, kompozytorów, proszę zerknijcie chociażby do wikipedii, lista jest długa i imponująca.

Chcę wspomnieć emblematyczny „Song to the Siren“ Tima Buckleya, śpiewany przez Elisabeth Fraser z Cocteau Twins i „Fond Affections“ tajemniczego zespołu Rema-Rema wykonany przez Gordona Sharpa z Cindy Talk, obydwa z pierwszej płyty, czyli „It’ll End in Tears“, obydwa wstrząsająco piękne, nie zestarzały się nic a nic, podobnie jak większość pozostałych, ale właśnie te dwa zawsze lubiłem najbardziej.

Box zawiera 4 płyty. Parę słów o każdej:

1. „It’ll End in Tears“ (1984) - szokująco szybka krystalizacja projektu działającego na zupełnie nowych, wcześniej chyba nieznanych zasadach, wstrząs dla środowiska, wytyczenie nowych ścieżek. Wtedy ta płyta nie wydawała się wizjonerska, raczej była dokładnym określeniem teraźniejszości. Po latach jest czystym futuryzmem. Gdyby powstała teraz, byłaby tak samo wielka. Bez precedensu. Sumuje wszystko, co najlepsze w klasycznym 4AD, ale pokazuje również kondycję całej ówczesnej niezależnej sceny. Wtedy słowo „niezależny“ znaczyło to, co ma znaczyć.

2. „Filigree and Shadow“ (1986) - zespół/projekt unosi syndrom drugiej płyty w sposób wybitny. Oryginalnie na winylu było to wydawnictwo dwupłytowe, czyli jak na tamte czasy i niezależnych zupełne szaleństwo. Jednak każdy początkowy wątek został pociągnięty dalej, co wymagało trochę miejsca i czasu. Aranże są jeszcze skromniejsze i precyzyjne. Dokonują odwrotnej inżynierii, oryginalne kompozycje sprowadzone są do pierwiastków. Produkcja jest jeszcze ciekawsza i odważniejsza, nie ma żadnego przegadania. To co się dzieje tutaj z różnymi mikroprzestrzeniami porównałbym tylko od obserwowania letniego rozgwieżdżonego nieba przez oldskulową lunetę. Fortepian jest na tej płycie głównym instrumentem, chociaż nie pojawia się w każdym utworze, to jego wejście zawsze nakreśla nowy wątek, w pewnym sensie rozpoczyna kolejne rozdziały.

3. „Blood“ (1991) - próba wniesienia konceptu w nową epokę. Pojawia się więcej amerykańskich wpływów, dość radykalnie zmienia się produkcja - wszystko brzmi bliżej, jest mniej dronów, gitary nabierają tutaj innego znaczenia, głosy brzmią bardziej folkowo. Pojawiają się nawet gitarowe sola (które widzę tutaj jako zabieg humorystyczny w kontekście kowerów, hm, Pink Floyd). To wszystko nie zmienia faktu, że od razu wiadomo, co to za zespół. Skład jest mniejszy, ale nie znaczy to, że muzyki też jest mniej. To muzyka innych czasów niż ta z dwóch pierwszych odsłon, jak mawiają Anglicy bardziej „down-to-earth“. Ja wolę dwie wcześniejsze, do „Blood“ dość długo nie mogłem się przekonać, ale być może to właśnie ta płyta w swoim większym zbalansowaniu wątków najbardziej wpływa obecnie na młodych muzyków?

4. „Dust and Guitars“ - dodatkowa płyta zawierająca wersje singlowe (choć prawdę mówiąc niewiele różnią się od podstawowych), nagrania ze składanek i dwa niepublikowane utwory. I ten zestaw również brzmi niezwykle intrygująco, chociaż nie posiada takiej organiczności i logiki jak właściwe albumy.

Wydanie to ma jeden wielki, ogromny minus – jest okropnie drogie! Rozumiem, że to HDCD, ŚWIETNY remastering, japoński druk, odświeżona rewelacyjnie szata graficzna, niepublikowane zdjęcia i wysoki połysk, dokładnie i w przenośni. W Polsce raczej mało kto kupi. Całe szczęście płyty będą też osiągalne jako osobne CD, ufff, dla zagorzałych zwolenników będą także winyle, a dla maniaków nawet blue-ray. „Dust and Guitars“ ma być niedostępne poza boxem, ale wydawca już coś wspomina o jakimś specjalnym pomyśle, jak to szerzej pokazać.

Jeśli ktoś bogaty, niech box kupuje, nawet w ciemno, jego wartość i tak będzie rosła, bo to raczej konkretnie limitowane wydanie. Mniej zamożni muszą chwilę poczekać. Z netu raczej nie ściągajcie, chyba że poznawczo, bo jeśli ktoś dogłębnie interesuje się niezależną muzyką starą i nową, powinien oryginały tych płyt mieć. Inaczej naprawdę nie wypada, choć Ivo na pewno się nie obrazi. Pewnie nie będzie dane mi go kiedykolwiek spotkać, ale to na pewno bardzo miły gość.

[Wojciech Kucharczyk]