polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
GARY NUMAN DEAD SON RISING

GARY NUMAN
DEAD SON RISING

2011 to chyba szczególny rok dla Numana. Jest ciągle otoczony legendą i stałym kultem w różnych środowiskach wielbiących mroczne strony rocka, ale w ostatnich latach coraz niebezpieczniej brnął w słabe, neo-gotyckie czy też (o zgrozo) nu-metalowe rejony, tracąc tych mniej ideowych fanów.

Tegoroczna historia zaczyna się od utworu „My Machines“, który zaśpiewał na ostatniej płycie Battles i jest to moim skromnym zdaniem jedyny utwór z tego rozczarowującego albumu, którego da się wysłuchać w napięciu i przyjemności od początku do końca, a towarzyszące mu video z mrożącą krew w żyłach akcją na ruchomych schodach w centrum handlowym jest jednym z najlepszych w tym roku. Po takim sukcesie było pewne, że niebawem Gary pokaże światu coś nowego i zupełnie swojego. Ja liczyłem na wiele, bo Battles dali mu szansę na odświeżenie starej formuły, ale także na powrót do tych brzmień i zasad, i image, dzięki którym Numan stał się gwiazdą kiedyś. Chciałem żeby powiedział - „mam już dość gotyku, to były tylko żarty, teraz trzeba wrócić do poważnej roboty“.

Po paru miesiącach, w sumie bez wielkich zapowiedzi i całkiem nagle pojawił się nowy album. Pierwszy utwór, który z tej płyty usłyszałem "For The Rest Of My Life" rozłożył mnie na łopatki - to jedna z najpiękniejszych numanowskich melodii ever! Szybko więc poszukałem całej płyty. I jest dość dziwnie, ambiwalentnie, schizofrenicznie. To płyta, na której autor próbuje wyjść ze swojego własnego schematu. Jak info wydawcy mówi, to zbiór niewykorzystanych kompozycji z kilku ostatnich lat plus parę nowych pomysłów wyjętych już z przyszłości. Być może te utwory nie trafiły na albumy, bo były zbyt odstające, zbyt anty-fanowskie, eksperymentalne? Ja uważam jednak, że mogą one do artysty przyciągnąć ponownie starych wielbicieli, a do takich ja należę. I chociaż nie ma tutaj tych supercharakterystycznych analogowych brzmień, które określają arcydzieła „Replicas“ i „Pleasure Principle“, to pojawia się coś, co z tamtym czasem się wiąże. Może to są emocje? A może wynika to z tego, że całość jest zbudowana w soundtrackowy sposób, tematy powracają i zazębiają się, pojawiają się słowne gry, „Dead Son Rising“ versus „Dead Sun Rising“, mitologia się poszerza, mamy starą, szlachetną literaturę ale również kwaśne science-fiction. No i pojawiło się w końcu ponownie poczucie humoru! Tak!

Nastrój jest oczywiście najkrócej mówiąc mroczny (ile razy ostatnio pada to słowo!), pojawiają się metalowe riffy (na szczęście aranżacyjnie mają sens), najbardziej jednak zwraca uwagę warstwa rytmiczna, perkusyjna, dzieje się tutaj bardzo wiele i jest to miks różnych technik, sampli, programowania, żywego grania, wszystko jest bardzo inteligentnie połączone z pozostałymi elementami układu, jest barok, ale nie ma przegadania i przeładowania, panuje pełna selektywność. W „The Fall“ - jednym z najbardziej ruszających i poruszających utworów, są fregmenty wręcz czysto perkusyjne, gęste i rytualne. Taki rozwój wypadków cieszy.

Inną sprawą bardzo tutaj przyciągającą są kompozycje, gdzie głównym instrumentem jest fortepian. W dużej mierze akustyczne, elektronika pojawia się tutaj jako przyprawa i połączenie z pozostałymi utworami. Te fragmenty są najbardziej filmowe, są też bezpośrednimi nawiązaniami do dawnych czasów, pokazują również jak wiele Numan zawdzięcza klasyce, tradycyjnej kompozycji. Na początku kariery często nagrywał fortepianowe utwory jako b-sajdy i inne bonus tracki, niejednokrotnie były to także akustyczne wersje jego wielkich hitów, ale moim ulubionym jest interpretacja „Trois Gymnopedies“ Erica Satie. Na nowej płycie fortepian zaczyna się tam, gdzie wtedy się skończył, pamięć od razu wskakuje w odpowiedni winylowy rowek.

Jeszcze co do brzmienia - technicznie produkcja jest oczywiście na bardzo wysokim poziomie, zajął się tym Ade Fenton, ale wolałbym gdyby tutaj było więcej prawdziwego starego Numana, jego klasyczne nagrania są non-stop samplowane, kowerowane i cytowane przez wielu wykonawców, od hiphopu po black-metal, są jednym z najidealniejszych wzorców sedna ejtisowego soundu i on na pewno ciągle wie, jak to zrobić. A nowy album momentami zbyt niebezpiecznie zbliża się do rodzaju brzmienia, które od kilku lat proponuje Depeche Mode. I jest to brzmienie doskonałe, oczywiście, uwielbiam je, ale zbyt oryginalne, stworzone na drodze zupełnie innej ewolucji, brane na warsztat przez innych jest nie na miejscu, trąci plagiatem. Ja chcę, żeby DM byli sobą a Numan sobą, po prostu. Szczęśliwie się składa, że wokalnie Gary jest nie do podrobienia i pomylić się nie można, stosuje też właściwe dla siebie harmonie, więc wystarczająco dużo jest łatwo zauważalnych różnic, finalnie obywa się bez katastrofy, choć przepaść jest za zakrętem.

Kariera Gary’ego Numana jest świetnym przykładem długoletniej drogi, pełnej zmian, meandrów, wzlotów i upadków. To wg mnie jedna z najbardziej intrygujących postaci, które wyszły z post-punkowej rewolty pod koniec lat 70tych. Z polskiej odległości tego nigdy nie było widać, Numan zawsze był tutaj postacią niszową, ale na początku lat 80tych w UK bez większego trudu zapełniał Wembley. Większość tamtych bohaterów zniknęła, część reaktywowała się dopiero niedawno, a Numan działa non-stop, raz aktywniej, czasem w przyczajeniu. Z mrocznych metalowych riffów już pewnie nigdy nie zrezygnuje, szkoda, ale ja mam nadzieję, że będzie mógł jeszcze nagrać płytę, która połączy to co go kręci teraz i czego od niego chcą ubrani na czarno fani, z tym co definiowało go jako artystę-wizjonera, zupełnie odważnego i szalonego, na początku jego bardzo ekscentrycznej kariery. 

Gary? Are your friends still electric?

[Wojciech Kucharczyk]