polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MAGAZINE NO THYSELF

MAGAZINE
NO THYSELF

Magazine nigdy nie miał szczęścia do fanów w Polsce. Tak się jakoś złożyło. Może był zbyt nowoczesny w swoim specyficznym post-punkowym post-modernizmie, a może był zbyt staromodny przez pojawiające się „prawdziwe“ gitarowe lub klawiszowe solówki, mówił o nieznanych nam problemach (tylko kto wtedy w ogóle rozumiał teksty po angielsku o czymkolwiek by nie opowiadały?). Ale w UK był to bardzo wpływowy zespół, drążący własną ścieżkę, często oskarżany o jaskrawy cynizm (czego trochę nie rozumiem), ale z drugiej strony chwalony za odjechane rozwiązania i śmiałe pomysły aranżacyjne. Ich największym przebojem było i jest „Shot by Both Sides“, do dzisiaj jeden z podstawowych post-punkowych hymnów, z fantastycznym, wznoszącym się w górę riffem, kowerowany przez różnych wielkich w branży, od Jarvisa Cockera po Radiohead. Nawet wybredny w kowerach Morrissey sięgnął kiedyś po kawałek Magazine…

Po trzydziestu latach otrzymujemy od zespołu nową płytę. Reaktywacje po tak długim czasie są zawsze bardzo ryzykowne i większość z takich akcji dzieje się z powodów finansowych. Lata 80te po raz kolejny są coraz modniejsze, może nawet bardziej niż kiedykolwiek, generalnie fala retromanii się wzmaga. Więc znalazło się także sensowne miejsce dla Magazine.

Jakie są prawdziwe powody tej nieoczekiwanej reaktywacji w omalże oryginalnym, kwintesencjonalnym składzie, pewnie nigdy się nie dowiemy. Ale jedno jest pewne, że po paru koncertowych prezentacjach klasycznego materiału nagrali jedną z najlepszych płyt całego retromaniakalnego tsunami. 

Tak jakby czas się zatrzymał i zespół zaczął dokładnie w momencie, w jakim skończył. W 1981 wydał swoją czwartą, świetną płytę "Magic, Murder And The Weather" (apogeum osiągnął na „The Correct Use of Soap“) i zniknął. Chyba wszyscy byli członkowie coś tam w międzyczasie robili, najbardziej widoczną i barwną karierę rozpoczął basista Barry Adamson, który ostatnio po wielu zrobionych przez siebie soundtrackach w efekcie wziął się za reżyserię. Howard Devoto zaliczył chyba najjaśniejszy moment solowej działalności śpiewając na pierwszej płycie This Mortal Coil bardzo piękny utwór „Holocaust“. Potem była Luxuria i próba reaktywacji Buzzcocks, który Howard przecież w 1976 zakładał (ale szybko z niego odszedł w ambitniejsze muzycznie rejony). Parę lat temu zostały wydane reedycje wszystkich płyt Magazine, świetnie zremasterowane w Abbey Road Studios, pokazały wtedy dokładniej rangę tego trochę zapomnianego zespołu. Mogła zaświtać myśl o reaktywacji.

I jest „No Thyself“, od pierwszego momentu płyta zaskakująca jakością. Chociaż zespół nie mógł zagrać w swoim najlepszym składzie, bo John McGeoch zmarł parę lat temu a Barry Adamson był zbyt zajęty świeżą reżyserską pasją, to pozostali, plus nowi brzmią tak, jakby ciągle był 81. Może to zasługa instrumentów, założę się, że wszystko jest tutaj z epoki, a może jest to jedno z tych spotkań po latach, które iskrzą, zdarzają się takie. Produkcja jest jak najbardziej współczesna, ale z drugiej strony ta płyta mogłaby zabrzmieć dokładnie tak samo na początku lat 80tych, zespół nie wprowadził żadnej „nowej elektroniki“ i bezsensownych dodatkowych efektów, raczej zebrał te elementy, które zadecydowały o dobrych wynikach już dawno temu i wycisnął z nich to co najlepsze mogąc je teraz dokładniej niż kiedyś nagrać. Mamy też te dziwne solówki, omalże wirtuozerskie, które potrafią wkurzać, ale też wprowadzają atmosferę i wieloznaczność, często konstrukcja utworów jest o włos od prog-rockowości, ale szczęśliwie nigdy nie wypada z ciągle aktualnego post-punkowego szyku. Magazine wychodzi tutaj ponownie jako zespół bardzo odważny, odrzucający schematy, a nawet jeśli bierze jakiś stereotyp na warsztat, to specyficznie go wykręca. Od razu wiemy kto gra.

Płyta jest bardzo różnorodna, każdy utwór jest czymś i o czymś innym, ale całość jest badzo spójna, zapewne dlatego, że zestaw instrumentów jest cały czas ten sam, wszystko wydaje się świetnie przepróbowane, zagrane w jednym miejscu i czasie.

Anglicy mają ładne określenie „musicianship“ - właśnie to coś jest tutaj na superwysokim piętrze.

Magazine w czasach eksplodującego wczesnego post-punka był chyba pierwszą grupą, która nie bała się ostentacyjnie funkować, używał hammondów (no może jeszcze The Stranglers je mieli), pięknie i lirycznie brzmiącego fortepianu, nawiązywał też do starego soulu i nawet bluesa, rhythm’n’bluesa. Nagrany przez nich w 1980 kower przeboju Sly and The Family Stone „Thank You For Letting Me Be Myself Again“ przechrzczony na „Thank You (FALLETTINME BE MICE ELF AGIN)“ to jeden z najfajniejszych kowerów tamtych czasów. Te kwestie na „No Thyself“ też się pojawiają i wtedy jest naprawdę wciągająco.

Ale pierwszoplanową sprawą jest tutaj wokal Devoto, reaguje na wszystko co się dookoła niego dzieje, już bez nadmiernej interpretacji bardzo charakterystyczny, osiąga tutaj wyżyny sprawności. Potrafi być zimny jak sopel lodu, sarkastyczny, drwiący a za moment liryczny i opiekuńczy. Osiąga ogromną amplitudę emocji bez popadania w jakąś pompę, to jest coś co lubię, potrafi krzyczeć cicho i szeptać głośno, jeśli rozumiecie co mam na myśli.

Teksty bez lepszej orientacji w obecnej angielskiej kondycji społecznej pewnie mogą wydawać się nieco hermetyczne, ale posiadają ładunek uniwersalnego przekazu. Ujmują też sprawę z zupełnie nowego punktu widzenia - co powiecie na przykład na „Other Thematic Material“? A jak się pojawia na przykład „The Worst Of Progress“ to potrafi być naprawdę smutno.

Najciekawszym tekstowo i trochę trudnym do pełnego rozgryzienia jest „Hello Mister Curtis (With Apologies)“ - nie wiem co dokładnie Devoto ma tutaj na myśli, może kiedyś powiedział coś nieopatrznie wrogiego na temat wielkich rockowych nieboszczyków (poza Ianem Curtisem mowa tutaj także o Cobainie a nawet Presleyu) a teraz jest mu czegoś żal, albo ciągle się nabija i przestrzega, a może zazdrości, a może to po prostu dziwny list pożegnalny?! Spróbuję kiedyś zapytać.

Innym przykuwającym uwagę utworem jest „Of Course Howard (1979)“, typowa wiwisekcja własnych traum, zrealizowana w przypominający słuchowisko lub gęsty soundtrack sposób, z głosami wycietym z różnych przestrzeni. Czasem wydaje się, że to mogą być fragmenty dokumentalnych, dyktafonowych rejestracji. Dodatkowo pani Rosalie Cunningham w chórkach wykonuje świetną robotę, czasem odpowiadając głównemu bohaterowi lub wchodząc z nim w wokalny dialog i cały czas przejmując się drżącym tekstem tak samo jak on, jest jego odbiciem w lustrze.

Nie ma tutaj żadnego fillera, żadnej słabej kompozycji. Zespół prawdopodobnie nie spieszył się pracując nad tą płytą, ale też wszystko wygląda jakby było nagrane szybko, za pierwszym podejściem. Nawet jeśli tak nie było, to sprawność muzyków pozwala dopuścić także taki scenariusz. Nie ma tutaj nadmiernej surowości, wszystko jest wyważone, proporcje są bardzo naturalne. Zazwyczaj wolę utwory szybkie, napędzające krążenie, ale tutaj te wolniejsze są bardziej wsysające, tak jakby przestrzeń między dźwiękami otwierała dodatkowy psychiczny przeciąg. 

To bez wątpienia muzyka dojrzałych ludzi. Bardzo jednak jestem ciekaw, ile usłyszę w niedalekiej przyszłości młodych zespołów, które będą próbowały grać tak jak Magazine. Nie obraziłbym się na taką modę. Tylko czy takiemu wyzwaniu można w ogóle sprostać? Sposób komponowania być może dałoby się podrobić, technikę gry też, ale taką osobowość i doświadczenie? Jak? No! No Thyself!

[Wojciech Kucharczyk]