polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
KATE BUSH 50 WORDS FOR SNOW

KATE BUSH
50 WORDS FOR SNOW

Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem Kate Bush. Najbardziej, w dawnych czasach, przyciągnęła moją uwagę „Babooshka“, bo wydawała się zupełnie dziwna, niepodobna do czegokolwiek, co znałem wcześniej, no i można było zrozumieć tytuł. Ale zawsze przeszkadzał mi u Kate ewidentnie prog-rockowy powiew i ten rodzaj angielskiego folku, który nie był w stanie mnie ekscytować. Lubiłem niektóre przeboje, ale nigdy całe płyty. Dopiero „Hounds of Love“ spodobało mi się w całości, nawet wytrzymywałem spokojnie fakt, że to był concept-album, wtedy format jak najbardziej przestarzały, należący do świata rządzonego przez nieznośne Pink Floyd i jemu podobnych. Jednak „Hounds of Love“ przez sposób w jaki było wyprodukowane łączyło ze sobą różne planety, było dokładnie na przecięciu ówczesnej elektroniki, popu, nowoczesności i czegoś co pochodziło z przeszłości, a czego nie potrafiłem dokładnie nazwać. Bardzo mnie to wtedy zaintrygowało.

W późniejszych latach Bush znowu w moich oczach należała do świata „muzyki dla dorosłych i biznesmenów“, ja szedłem w różnego rodzaju awangardę, a ona zapraszała coraz droższych muzyków sesyjnych. Przy okazji przedostatniej płyty „Director’s Cut“ stwierdziłem, że to już koniec, jeśli bierze się za przerabianie i remiksowanie własnych utworów ze swoich słabych płyt. I finalnie wrzuciłem ją do pudła z napisem „wyczerpane“.

Po paru miesiącach, nagle widzę, że jest jej nowa płyta, o zgrozo coś tam o śniegu w tytule, a ja jestem piewcą tropików. Ale chyba przyciągnęła mnie cyfra 50 w tytule, wyczułem tutaj jakąś listę, katalog, a ten temat w muzyce mnie facynuje od dawna, więc po płytę sięgnąłem, choć ręka mi zadrżała wyczuwając nadmierną dawkę mrozu.

Już pierwsze przesłuchanie zaskoczyło mnie kompletnie - to klasyczna Kate Bush, ale coś się z nią stało, tak jakby oderwała się od same siebie, chociaż słyszymy wszystkie elementy, które definiują od lat jej styl. Została sama duchowość, estetyka jest tutaj na którymś miejscu a śnieg z tytułu, chociaż wpada tutaj przez każdą szczelinę ma zupełnie inną temperaturę, niż ta której się spodziewałem. Posłuchałem wiele kolejnych razy za każdym odkrywając, wygrzebując spod szronu, ewidentne piękno tej muzyki, całej aury, powietrza które ją otacza. Tą płytą można oddychać.

Głównym instrumentem jest tutaj oczywiście fortepian, kompozycje są długie, dostojne, spokojne, czasem nie wiadomo dokąd zmierzają, ale to raczej jest jak wędrówka przez zasypany śniegiem krajobraz - nie wiemy co za horyzontem jest, bo zlewa się on z niebem, ale wiemy, że coś na pewno tam na nas czeka. I każdy utwór szczęśliwie się kończy, choć niekoniecznie dla jego zasypanych białym pyłem bohaterów. Droga jest długa - najkrótszy utwór tutaj trwa 7 minut, najdłuższy prawie 14! W końcu to zima.

Autorce towarzyszy garstka muzyków, z których najlepszą robotę wykonuje Steve Gadd na bębnach, gra delikatnie, czasem prawie jakby go nie było, wtapia się idealnie w pojedyncze uderzenia klawiszy fortepianu, rozmywa się we mgle. Gadd to jeden z najdroższych muzyków sesyjnych, te kręgi mnie zawsze krótko mówiąc odpychały, ale jeśli są wśród nich muzycy o takiej wrażliwości, to chyba choć trochę przestanę się ich obawiać.

Są też goście specjalni - trzynastoletni syn Kate - Bertie, śpiewający wysokim głosem, prawie tak jak robiła to jego nastoletnia mama, wzruszająco odgrywający w pierwszym utworze rolę płatka śniegu. W kolejnym „Lake Tahoe“ kontratenor Stefan Roberts pomaga śpiewać o duchach znad zamarzniętego jeziora. 

Potem brniemy jeszcze głębiej w zimową krainę. Spotykamy tak nietuzinkowe postaci jak płonący i roztapiający się z miłości bałwan, zjawy, wędrowców przez Antarktydę, Yeti. Tak, to koncept album, ale niż do archaicznego The Wall na przykład jest mu bliżej w swojej swobodnej, nielinearnej konstrukcji do pomysłów chociażby Dirty Projectors, myślę, że ich płyta „Mount Wittenberg Orca“ nagrana z Bjork jest tutaj najtrafniejszym porównaniem, przywodzi też na myśl Antony & The Johnsons w ich najodważniejszych momentach.

Ale sytuacja się zagęszcza maksymalnie dopiero w dwóch kulminacjach płyty - duecie z… Eltonem Johnem w "Snowed in at Wheeler Street“, gdzie w przekonujący, przejmujący sposób Elton i Kate śpiewają o niespełnionej miłości, a moment kiedy Elton śpiewa „kiedy dotarliśmy na szczyt wzgórza, zobaczyliśmy jak Rzym płonie“ na długo może zostać w pamięci. Czy wizja ośnieżonego Rzymu w ogniu nie jest niezwykła?! Cały utwór zbudowany jest na krótkim, rozpływającym się w przestrzeni fagotowym riffie, co sprawia wrażenie, że wszystko dookoła szybuje. Mocne. I totalnie oniryczne.

Moim ulubionym fragmentem jest tytułowy, tak jak sądziłem od razu katalogowy, „50 Words for Snow“, w którym Kate wymienia kolejne cyfry, numery, a Stephen Fry swoim miękkim, głębokim głosem wymienia różne mniej lub bardziej poetyckie nazwy, określenia, mikro-definicje śniegu w różnych językach - hironocrashka, whippoccino, melt-o-blast, sorbetdeluge, terrablizza - proszę bardzo. To jeden z najspokojniejszych ale i najbardziej transowych utworów 2011. Sam wybór Stephena Fry mnie zachwyca - tez człowiek zajmuje się omalże każdym osiągalnym dla ludzkości rodzajem kreatywności, to ueber-bon vivant, najlepszy przyjaciel Hugha Dr House Lauriego i dla mnie ponad wszystko Lord Malchett od Czarnej Żmiji Atkinsona! To wszystko być może w kontekście płyty nie ma większego znaczenia, ale szukanie nieoczekiwanych powiązań jest przecież tak ciekawe!

Tą płytą Kate Bush rozpoczyna zupełnie nowy etap swojej wieloletniej kariery. Ma szansę zdobyć zupełnie nowych zwolenników, to już nie jest autdejtowany post-prog-rock, tylko najlepsza współczesna przyciągająca magnetycznie alternatywa, przy której mogą wzruszyć się i nauczyć czegoś nowego wszyscy ci, którzy nie boją się nowych, nie tylko muzycznych wyzwań. Na płycie są duchy! A ja się śniegu już teraz aż tak bardzo nie boję.

[Wojciech Kucharczyk]