polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE ORIGINAL SOUND OF CUMBIA The History of Colombian Cumbia & Porro As Told By The Phonograph 1948 - 79

THE ORIGINAL SOUND OF CUMBIA
The History of Colombian Cumbia & Porro As Told By The Phonograph 1948 - 79

Końcówka 2011 jakoś nie obfituje w mocne składanki latino. Wiosna była bardzo obfita, chociażby tylko coraz znakomitsza wytwórnia Soundway wydała dwie wspaniałe antologie: „ CARTAGENA! Curro Fuentes & The Big Band Cumbia and Descarga Sound of Colombia 1962 - 1972“ i „AQUI LOS BRAVOS! The Best of Michi Sarmiento y su Combo Bravo 1967 - 77“ oraz chyba z tuzin epek i singli z archiwalnym materiałem. Soundway specjalizuje się od pewnego czasu w muzyce z Kolumbii i osiąga naprawdę doskonałe rezultaty. Zeszłoroczna „PALENQUE PALENQUE! Champeta Criolla & Afro Roots in Colombia 1975-91“ jest jedną z moich ulubionych płyt 2010 i bez wątpienia jedną z najlepszych kompilacji latino wydanych w ogóle.

Więc z drżeniem rąk sięgnąłem za pomocą narzędzia zwanego pre-order po nowe wydawnictwo „THE ORIGINAL SOUND OF CUMBIA. The History of Colombian Cumbia & Porro As Told By The Phonograph 1948 - 79“. Niestety na winylu to 2x3 LP, kosztuje majątek, ale wersja CD jest również bardzo ponętna. Fantastycznie wydana, projekt zrobiony przez coraz lepszego Lewisa Heriza, zawiera na dwóch CD 55 utworów, a dla europejskiego ucha, to jest naprawdę konkretna dawka cumbii.

Utwory zebrał Will „Quantic“ Holland, który od kilku lat mieszka w Kolumbii. Przedarł się przez tony tropikalnego kurzu, spotkał z całą masą ludzi, odwiedził stare knajpy na pustkowiach i opuszczone magazyny w hiperaktywnych miastach, szukał prawdziwych skarbów. Projekt był wymyślony ambitnie - miał opowiedzieć nagraną historię cumbii, od początków fonografii w Kolumbii, aż po koniec lat 70tych, czyli tak naprawdę przed naszą erą. A jest to historia szczególna, wiodącą anegdotą jest tutaj niezwykły fakt, że szelakowe płyty na 78 obrotów były tam produkowane omalże do początku lat 80tych - z prostego powodu - na biednych, oddalonych od centrów terenach, ale także na biednych peryferiach miast aż tak długo niejednokrotnie jedynym urządzeniem grającym muzykę były starodawne szafy grające, dla których winylowa siódemka była zbyt nowoczesna. I dlatego też relatywnie łatwo znaleźć fascynujące okazy z całkiem jak na płyty na 78 obrotów świeżą muzyką. I pierwsza część opisywanego wydawnictwa zawiera zbiór tylko z takich nośników. Druga to wybór z singli i LPs na 33 obroty. Wszystko doskonale odrestaurowane.

A czym w ogóle jest cumbia? To jeden z podstawowych rytmów i stylów muzycznych Ameryki Łacińskiej, powstał na kolumbijskim, karaibskim wybrzeżu, potem rozprzestrzenił się do innych krajów, poza Kolumbią drugim ważnym centrum jest Panama.

Korzenie cumbi sięgają bardzo daleko, to miks afrykańskich wątków przywiezionych przez niewolników, głównie Yoruba z Gwinei, z muzyką hiszpańską i różnymi pozostałościami po oryginalnych mieszkańcach sprzed czasów kolonialnych. Czyli mniej więcej powstała w podobny sposób i w zbliżonych okolicznościach jak większość latynoskich stylistyk, ale są między nimi bardzo duże różnice, choć często subtelnie ukryte, wynikające z miejsc w których się narodziły. Niestety dla przeciętnego europejczyka wszystkie te style są podobne do siebie, latino to latino, ale koneserzy samą cumbię potrafią podzielić na wiele pododmian i osobnych trendów, inaczej brzmi ona gdy grana przez muzyków znad Morza Karaibskiego, zupełnie inaczej kiedy biorą się za nią mieszkańcy interioru, są jeszcze wersje miejskie i wiejskie, zmierzające w stronę pierwotnego folku, w stronę jazzu, w pewnym momencie zdarzały się również próby mariażu z rock’n’rollem. I to cały czas może być cumbia. Żeby to prosto wytłumaczyć zacytuję Hollanda z jego ciekawego tekstu z pokaźnej książeczki towarzyszącej wydawnictwu - „…podobnie jak z bluesem z Delty (Mississippi), narodziny cumbii są zatopione w mitach, legendach i folklorze, zanurzone są głęboko w lokalnej, autochtonicznej kulturze Ameryki Południowej. Ale jeśli blues jest uniwersalny, to cumbia jest intergalaktyczna…“. A bratem cumbii jest porro.

Charakterystyczne są tutaj niektóre instrumenty - prawie zawsze mamy bardzo mocno wyeksponowaną, synkopującą grzechotkę guache i drewniane klawesy, basową linię rytmiczną podtrzymują bębny - tambora, puls nadają średniotonowe bębny llamador, pochodzą z Andów, prowadzące są bębny alegre o zachodnioafrykańskim pochodzeniu. Tempo na ogół jest średnie, zwraca uwagę jego ciekawy ruch jakby non-stop do przodu i do tyłu jednocześnie, w pewnym „przysiadzie“. Na tej bazie może się dziać wszystko - w folkowych odmianach mamy jako główny instrument melodyczny flet gaita z drewna kaktusowego, póżniej zastąpiony przez dość podobnie brzmiący, ale łatwiejszy w obsłudze klarnet. Oczywiście różnego rodzaju gitary basowe, rytmiczne i tak dalej. Ale chyba najbardziej charakterystycznym tutaj instrumentem, który miał też największy wpływ na rozwój stylu jest akordeon. Najpierw mały diatoniczny, a potem w powojennych czasach akordeony Hohnera, które jak wieść niesie stały się tym dla muzyki kolumbijskiej i latynoamerykańskiej w latach 50tych, czym w USA była wtedy gitara elektryczna, zmieniły one dostępne harmonie, sposoby grania, ekspresję, wprowadziły nowoczesność. Obrazowy może być dla tej sytuacji fakt, że niemiecka firma Hohner w tamtych czasach sprzedawała 30% swojej produkcji właśnie do Kolumbii.

Tematyka utworów jest dowolna, od reportaży z codziennego życia po peany na temat aktualnych miss piękności, romanse i pieśni o ludowych bohaterach. Nam łatwo będzie rozpoznać styl po tym, że wokaliści bardzo często śpiewają dokładnie o tym, że śpiewają cumbię! To jeden z tych stylów, gdzie co jakiś czas trzeba zakrzyknąć „cumbia!“, stawiając kropkę nad i, nie zostawiając jakichkolwiek wątpliwości.

Jak o każdym latynoskim stylu można opowiadać i pisać długo, rozgryzając stosowane rytmy na czynniki pierwsze i żonglując wpływami, wymieniając najgorętsze muzycznie miasta, najpłodniejszych twórców i cała galaktykę wytwórni. To fascynująca historia. Ja polecam posłuchać przynajmniej we fragmentach, ale nie na zasadzie - „moja dziewczyna szuka jakiegoś nowego kawałka na zajęcia z salsy, może to się nada“, tylko poczuć sympatię dla często obcego nam sposobu rozumienia muzyki, do zupełnie innej historii, do milionów ludzi, którzy tam muzyką się zajmują, bo bez niej żyć nie mogą, znaleźć szacunek dla tego czegoś, co wydaje się z zupełnie innej planety. Nawet lekko wgłębiając się w temat znajdziemy nie tylko głębokie i ciepłe Morze Karaibskie muzyki, ale cały międzyplanetarny ocean, który cały czas buzuje, a pośród bajecznie kolorowych namorzynów co chwila rodzą się nowe gwiazdy. Wiele z nich może świecić dla nas.

[Wojciech Kucharczyk]