polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MARC ALMOND & MICHAEL CASHMORE Feasting with Panthers

MARC ALMOND & MICHAEL CASHMORE
Feasting with Panthers

Och, Marc Almond! To jest specyficzny gość! To co powiem, można odczytać oczywiście na różne sposoby, ale to jeden z moich głównych bohaterów, od kiedy muzyki słucham świadomie. W pewnym sensie miłość. 

W jego wypadku dość ciężko jest oddzielić kwestie tożsamości seksualnej od muzyki, ponieważ Marc od początku swojej kariery, a pewnie i wcześniej woła o wolność, szeroko pojętą, prywatnych zachowań seksualnych, sam ostentacyjny homoseksualista i subtelnie walczący gej. Najczęściej się z tym bardzo mocno nie afiszuje, ale przecież „i tak wszyscy wiedzą“, lecz zdarza się, że sięga po działa większego kalibru i takim jest jego najnowsza płyta.

Muzykę skomponował w całości Michael Cashmore, Marc wybrał wiersze, nie śpiewa swoich tekstów, sięga do twórczości innych artystów, poetów, bardzo znanych jak np. Artur Rimbaud, Jean Genet czy Jean Cocteau, mniej znanych (sorry, ale kompletnie nie wiem, kim jest Zeb Xander), część tekstów specjalnie dla Marca napisał Jeremy Reed, on też przetłumaczył wszystkie w oryginale nie napisane po angielsku. 

Nie znam się wystarczająco na poezji, nie wiem, czy wszyscy autorzy, których teksty wybrano są zaliczani w poczet wielkich poetów gejowskich (czy mogę użyć takiego określenia?), ale Marc ewidentnie takiego wątku poszukiwał i taki w tekstach dominuje. Kiedyś często śpiewał o tym, jak trudno być homo w naszym świecie, czasem jak zabawnie lub chociaż dziwnie, najczęściej opisywane przez niego sytuacje dzieją się w trudnych miejscach, opuszczonych, podejrzanych, niejednokrotnie dość retro i generalnie zupełnie outsider. Głęboka alienacja, samotność, depresja i co za tym idzie problem goniący problem. Jeżeli pojawia się na moment jakiś glamour, to tylko po to, żeby stworzyć kontrast. Niektórzy piosenkowi bohaterzy Almonda to na szczęście, mówiąc staromodnie, żartownisie, którzy potrafią społeczeństwo prowokować, psocić (kolejne starodawne słowo), przypominać o swoim istnieniu przez subtelnie wyuzdane, ale nigdy wulgarne popisy, żeby nie powiedzieć akrobacje, wieczny karnawał i notoryczną ekstazę. I na tej płycie to wszystko jest, tylko jakieś takie podniesione do potęgi, dużo mroczniejsze niż zazwyczaj, momentami na granicy wciągającego, niejednoznacznego horroru wręcz (chyba najlepiej jakby filmowo mógł to oprawić tandem Lynch/Herzog). Jest szaleństwo z miłości i sny na jawie, Cezar chłopiec i święty patron szminki, złodzieje, śpiochy, mordercy, skazańcy, nieruchome ciała i jabłka z Morza Martwego. Ale także światło gwiazd, Książę Akwitanii i aniołowie, ciemne, egzotyczne bary i dalekie nieznane krainy.

Ktoś kto zna Marca tak dobrze jak ja, od razu wyczuwa tutaj powiew nieznanej wcześniej nuty, inny aromat, tak jakby z tajemnych ksiąg wyłoniło się światło o nowym kolorze - widzimy Marca takiego jakiego znamy i lubimy, ale wygląda jakoś inaczej, coś szczególnego nas niepokoi i zachwyca. On niejednokrotnie serwował swoim wielbicielom totalne wolty, potrafił po zupełnie spokojnej akustycznej płycie nagrać gorące, elektroniczne disco, a zaraz potem nagle wyjmował z kieszeni orkiestrę i chłopięcy chór. W tekstach potrafi być boleśnie przyziemny, wręcz reporterski, żeby za moment śpiewać ezoteryczne hymny albo po prostu baśnie. I po raz kolejny wykonał taki drobny przewrót, ale według mnie w nieznaną wcześniej stronę. Może dlatego, że nad tą płytą pracowali z Michaelem kilka lat? Może było wystarczająco dużo czasu, żeby wszystko zrobić jak najprecyzyjniej? A może dlatego, że płyta powstawała online, mimo swojej tradycyjnej, akustycznej orkiestracji? Podobno artyści ani razu nie spotkali się w studio, może więcej mogli zainwestować w swoje własne, wręcz intymne skupienie i wycisnąć z każdego słowa w wierszu maksimum znaczenia? Tego nie wiem. Cieszę się, że ta płyta, nieoczekiwanie i nagle pojawiła się, że jest to klasyczny Almond, w szczególny sposób odświeżony. 

Tytuł mówi o uczcie z panterami. Nie sądzę, żeby impreza twarzą w twarz z dzikim zwierzem była ot tak łatwa i przyjemna. Może świadczyć o dość konkretnej walce, jaką artysta stoczył w trakcie tworzenia, na pewno nawiązuje też do odwiecznych almondowych problemów. Walka ze światem? Samym sobą? Wszystkim, co i tak nas kiedyś pochłonie? A może jednak symbioza i ryzykowne, ale fascynujące życie obok tego wszystkiego, co niebezpieczne, ale czyni życie kuszącym? Tak, to są old-schoolowe koncepcje i staromodne słowa, ale almondowy, migdałowy kontekst takie właśnie rozwiązania właśnie lubi.

Muzyka jest nagrana w matowy sposób, tak jakby miała brzmieć jak z jakiegoś retro-nośnika, ale nie ma tutaj dokładania udawanych woskowych szumów, raczej chodzi o przygaszenie, mniej światła i błysku, mimo to wszystkie kolory są wystarczająco nasycone. 

Wokalna kondycja zadziwia coraz bardziej, Marc od powrotu po długiej przerwie spowodowanej wypadkiem motocyklowym jest coraz lepszy, zawsze jego głos był czystą emocją, ale teraz potrafi bez większego wysiłku pokazać jeszcze więcej uczuć, w interpretację włożyć więcej dynamiki. Manieryczność od dawna zmienia w zaletę, od pewnego czasu zdarzają mu się prawdziwe majstersztyki. Na „Feasting with Panthers“ jest parę naprawdę diamentowych momentów.

Utwory napisane są bardzo klasycznie, w dokładnym rozumieniu często im bliżej do XIX-wiecznych pieśni niż do rockowych piosenek, mają taki specjalny rodzaj retro-szlachetności, ale Cashmore (przy okazji - niezłe nazwisko!) od czasu do czasu wplata motywy przynależne XX-wiecznej awangardzie, a to jakiś dron lub atonalne echo. W ten sposób atmosfera niejednoznaczności potęguje się z każdą chwilą. 

Napisałem powyżej, że fajnie jakby Lynch lub Herzog zrobili do tego film, ale chyba najciekawiej wypadłoby to na teatralnej scenie, bo film jest za bardzo jak oglądanie akcji z dystansu przez okienną szybę, a na takim przedstawieniu moglibyśmy dotknąć razem z Almondem czegoś nieuchwytnego.

Warto być specyficznym.

[Wojciech Kucharczyk]