polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Go-Go Beuys-Band Markowi Nędzińskiemu in memoriam

Go-Go Beuys-Band
Markowi Nędzińskiemu in memoriam

 

Archeologia to ciekawa dziedzina. Można znaleźć skarb, rydwan, dywan, rozbity dzban lub chociaż jakieś brakujące ogniwo. Zawsze byłem fanem rozgrzebywania archiwów po to, żeby znaleźć zapomniane cuda, specjalnie lub przypadkiem. Czasem warto także po prostu odkurzyć, albo przestawić kolejność skrzynek.

Płyta tutaj opisywana jest nietypowa z wielu powodów. Firmowana jako Go-Go Beuys-Band, niech będzie w skrócie GGBB, zawiera nagrania dwóch zespołów - GGBB właśnie i Pilot Automatyczny – i podzielona jest na dwie części. Wspólnym ich mianownikiem są postaci Marka Chołoniewskiego i Krzysztofa Knittla. Obaj panowie należą do najaktywniejszych działaczy muzycznej awangardy w Krakowie, początek ich aktywności datuje się na połowę lat 70tych. Knittel oscyluje bardziej w stronę pracy kompozytorskiej, orkiestrowej, kameralnej, elektroakustycznej, zajmuje się także muzyką filmową, improwizuje. Chołoniewski to znany od lat twórca sound-artu, instalacji interaktywnych, działań sieciowych, nauczyciel akademicki, szef bezprecedensowego w naszym kraju Studia Muzyki Elektroakustycznej Akademii Muzycznej w Krakowie, dowodzi również Festiwalem Audio Art. Obaj łączą, wydawałoby się, ciągle zbyt rzadko kontaktujące się sfery - znani są zarówno w środowiskach akademickich i innych tzw. poważnych, jak i wśród badaczy szeroko pojętej alternatywy, eksperymentów i rockowej nju- i oldskulowej awangardy. Tę ponadstylistyczną i ponadgraniczną działalność do tej pory dość trudno było kojarzyć z okołopiosenkowymi tworami i wykorzystaniem elementów wyjętych z popu. Poza wymienionymi pojawia się tutaj w obydwu częściach Marek Nędziński na saksofonie tenorowym, którego pamięci album jest poświęcony, oraz śpiewaczka Olga Szwajgier (w pierwszej) i Marcin Krzyżanowski (w drugiej). Ta płyta pokazuje nieznany dotąd szerzej fragment drogi Knittla i Chołoniewskiego, mało tego – można ją uznać za brakujące ogniwo w rozwoju polskiej muzyki, z różnych powodów.

Muzyka powstawała na bardzo swobodnych sesjach, w czasie których eklektyzm był głównym hasłem. To były lata 1985-86. Muzycy korzystali przede wszystkim z instrumentów elektronicznych, analogowych i cyfrowych, klawiszy, drummaszyny, saksofon dodawał przestrzeni, jest też chyba jedynym tutaj „tradycyjnym“ instrumentem. I głos, minimalistyczny, zrywany i mocno przetwarzany.

A dlaczego brakujące ogniwo? Bo takiej polskiej płyty z tamtych czasów, nawiązującej do wątków rzadko w kraju podejmowanych, jeszcze nie słyszeliśmy. Wtedy w polskiej alternatywie pełno było przeróżnych klonów The Cure, Killing Joke, rodzimej zimnej fali, ciągle nieśmiało pojawiała się elektronika, najczęściej zresztą zahaczająca o zupełnie nieszczęśliwe rejony, punk szedł swoja hermetyczną drogą, a awangarda była rzadka, anegdotyczna. Pilot Automatyczny i GGBB nawiązują do zupełnie innych źródeł, sporadycznie u nas wtedy dotykanych – do wczesnego post-punka z jednej strony, Rock In Opposition z drugiej, z trzeciej do okolic The Residents. Pop Group, A Certain Ratio, Tuxedomoon, nawet wczesne Yello – te nazwy od razu nasuwają się same. Jasne, PA i GGBB mogli tych zespołów nie znać w ogóle - pewnie tak właśnie było – chodzi raczej o zbieżność koncepcji, o wyłapywanie fluidów, sprawdzanie „dziwnych“ tropów, wspólne brzmienia.

Można powiedzieć, że w stosunku do tego co się działo na świecie, takie działania były lekko spóźnione, ale pamiętajmy jakim czasem były lata 80te w Polsce. Poza tym, nikt się wtedy nie spieszył, kultowe w różnych środowiskach płyty były kultowe przez wiele lat, a nie przez parę dni jak teraz, a popularność często zdobywały lata po wydaniu. Tak więc i analizowanie wątków mogło trwać dłużej, nie było też ciśnienia ze strony rynku i publiczności, odkryciami można było się cieszyć długo i jeszcze dłużej je zgłębiać. Istotny był także dostęp do instrumentów, czy raczej jego brak. Jeśli chciało się korzystać z elektronicznego instrumentarium, to momentami wydawało się to wręcz niemożliwe, pewne sytuacje mogły się wydarzyć tylko i wyłącznie po czasie, z przesunięciem, które jednak niczego wartościowego nie odbiera samej chwili kreacji.

Na tym albumie pierwsze na co zwracamy uwagę, to swoboda. Myślę, że podjęcie niektórych spraw było naprawdę rewolucyjne w środowisku, bądź co bądź, akademickim. Ale jest też koncepcja i dyscyplina. W rytmach dominują te podstawowe z automatów perkusyjnych, chyba często po prostu presetowe, na nich jest, ręcznie chyba grany, klawiszowy bas, potem przestrzenie i tak dalej. W pierwszym momencie kompozycje mogą się wydawać monotonne i podobne, ale wg mnie powstaniu każdej towarzyszył inny pomysł, inny punkt wyjścia. Dyscyplina dotyczy konsekwencji w zakreślaniu stylistyki - jest wspomniany eklektyzm, ale w jasno zaznaczonym obrębie, tak żeby wycisnąć maksimum z wykorzystywanych źródeł bez popadania w przegadanie. Podstawowe medium to coś, co można nazwać elektronicznym post-rock’n’rollem, z rzadkimi jazzowymi wtrętami. Jeśli utwory powstały na drodze kolektywnej improwizacji, to każdy z muzyków w równym stopniu miał wpływ na kierunek, w jakim podążyły. Najciekawsze są momenty zróżnicowanej dynamiki, gdy motoryczność przechodzi w arytmię. Są one krótkie, ale od razu zauważalne, bo są to momenty szybkiej krystalizacji pomysłu, związania osnowy, punkty zwrotne. Wtedy też najbardziej wychodzi specyficzne poczucie humoru - i to osobiste, grających, ale też zbiorowe, charakterystyczne dla tamtego czasu. Wtedy ciągle o pewnych sprawach trzeba było mówić poprzez przymrużenie oka, w zasadzie każda polska awangarda lat 80tych, nie tylko muzyczna, się nim posługiwała, od Pomarańczowej Alternatywy przez grupę Reportaż aż po Luxus. „Robimy sobie jaja, bo w poważny sposób już nie warto walczyć z systemem. No i tak jest ciekawiej.“ - na takiej zasadzie.

Co doprowadza nas do tekstów, gdzie najbardziej sztandarowym, sloganowym jest „Idzie ulicą ślepy z polędwicą“ - czy w tym krótkim jednowierszu, zarazem tytule utworu, nie mieszczą się wszystkie bolączki tamtej szarej epoki? Potem jeszcze pojawia się coś o walącej czy palącej się ścianie – to także pasuje. W innych utworach czasem wypowiadane jest jedno słowo, lub dwa, bywa, że są tak mocno przetworzone przez trochę nadużywany pitch-shifter, że trudno zrozumieć o czym mowa. Ale w tych wypadkach nastrój wystarcza, wiemy, że komunikat nie musi być czytelny, ważne, że ktoś coś do nas krzyczy, sam fakt już wiele mówi. Chcemy krzyk usłyszeć.

To nie jest łatwa płyta. Większość nieprzygotowanych słuchaczy nie przebrnie od razu przez całość. Jednak słuchana we fragmentach może sprawić przyjemność. A przygotowani na pewno będą zaskoczeni, że poważna biała plama w historii polskiej muzyki nagle nabrała koloru. Walor dokumentalny jest niezaprzeczalny, miejmy nadzieję, że w końcu nastał czas, w którym archiwa różnych zapomnianych zjawisk mogą zostać ujawnione i wykorzystane, że powoli będzie można dogmatyczną historię polskiej muzyki popularnej poukładać inaczej, gdzie wagę będzie mieć nie tylko to, co zdążyła na liście przebojów wylansować w odpowiednim momencie Trójka, albo te zespoły, którym udało się wtedy wydać „prawdziwą“ płytę i wszyscy ją kupili, bo nie było innych. Na świecie retromania przybiera, my mamy szansę wykorzystać ją w konstruktywny, niesentymentalny sposób.

 

[Wojciech Kucharczyk]