polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Incubate Festival 2011
Tilburg | 12-18.09.11

Środa

Miał dzwonić DJ Shadow - odnośnie jego nowej, takiej sobie płyty - ale się nie zgodziłem. Sorry Ziom, ale w takie dni jak te polscy dziennikarze są bardzo bardzo zajęci. Odrzucam propozycje – przezornie, uczciwie, profesjonalnie. 

Dobrze zrobiłem.

To był obuch? Nie, tylko kolejny dzień Incubate... Aua... Brzmi jak obuch... Jak gong. I to solidny. Co my tu mamy? Przepełniona popielniczka, niedopita puszka, karteluszka – jedna, druga... Żółte. Ale żółte karteczki to jeszcze nie żółte papiery, nie...? Na czymś trzeba robić notatki. 

Notatki to chyba za dużo powiedziane. Strzępy. Raczej strzępy. „Arabia Rainbow – ...we love Belgium”. „Health – Get Coloured”. Niewiele. 

Mocna czarna (paradoksalnie) rozjaśnia nieco obraz. 

Wystawa Dimitara Solokova, zatytułowana wymownie „Youth”. Kilka planszy, na nich selekcja. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z kolejnym fotografem – obok Terry Richardsona, Richarda Kerna, czy Nan Goldin – który podąża śladem Larry'ego Clarka. Ot, młodzież. Podróże, melanże, ekstremalne sporty. Wydawać by się mogło nic specjalnego. A jednak... Każda plansza to osobna historia. Wszystkie jednak coś łączy... Pochwała beztroski? Może. Ja widzę tu coś innego: przemijanie. „To były czasy...” - zdają się mówić te zdjęcia. Były. 

Jedną ze specjalności Belgów (poza chaotyczną polityką) jest browarnictwo. Ponoć każde miasteczko ma swój lokalny trunek. Ale te tradycyjnie warzone browary cieszą się również popularnością za granicą – właściwie w każdej holenderskiej knajpie jest kilka belgijskich specjałów do wyboru. Holendrzy lubują się w dublach, triplach i quadruplach – warzonych po kilkakrotnie pilsnerach.

- Muszę wyznać – mówi w końcówce występu swojego zespołu Arabia Rainbow urocza Tiffany Preston – kochamy Belgię. Publika wybucha śmiechem. Mąż – keyboardzista składu – pokazuje z wyrozumieniem na szklankę. Za dużo Moja Droga. Za dużo. Jesteśmy w Holandii. Śmiech. - Ok. Last track – śmieje się wokalistka i gitarzystka, a prywatnie żona. Grają. Jak wcześniej. Edgy i catchy. Ambitny electro pop z orientalnym flavourem; ludzie są, ale nie tańczą. 

 Ciekawe o czym rozmawiają. Wymieniają uwagi na temat sprzętu? Albo narzekają na ban na flesze? Obwieszeni; jeden koleś ma aż trzy spluwy – cyfrowego kompakta, który wygląda na Lumixa i dwie lustrzanki, jedną z szarą, stalową „elką”. Jest ich pięciu albo sześciu. Stoją centralnie pod sceną. Poza tym garstka publiczności. Wygląda na to, że Rape Blossoms będą grać przede wszystkim dla fotografów. Chyba nie chce mi się brać w tym udziału. Po co robić zdjęcia, jeśli inni robią je za ciebie? Z większym zaangażowaniem, większą spluwą. A ty? Co tam masz chłopaku? Tylko pięćdziesiątkę...? Tak, ale jasna jest. Fotografia jest jak samochody – męska sprawa.

Także tak to wygląda. A jak brzmi? Dobrze. Rape Blossoms to zespół rookie. Ma potencjał, ale ograniczony – nie zrobi spektakularnej kariery. Chłopaki są za ostrzy, za surowi. Ale dobrze, tego nam trzeba – mięsa.

Nie chce mi się kursować z klubu do klubu – olać Lighting Dust. Montuje się Health. „Jak oni się łapią w tych wszystkich efektach?” - zastanawiam się zawsze kiedy widzę zespół, który dosłownie chodzi po klockach i pedałach. Ostatecznie to nie ma znaczenia, kiedy obserwuje się Health w akcji. To nie jest jeden z tych bandów, które jadą na hajpie. To jedna z tych formacji, które zostawiają swój ślad na historii muzyki rockowej – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało; jeśli takie zespoły mają jeszcze w ogóle rację bytu.... Grają kilka kawałków z „Get Colour” - m.in. „We Are Water”, trochę materiału, którego nie znam, kończą skróconą wersją „USA Boys”. Jest mały młynek, przez chwilę ktoś nawet płynie w górze... 

Piątek

Niezależnie od kontekstu, niezależnie od tego czy wiemy kogo to zdjęcie przedstawia, wiemy na pewno, że to ojciec i syn. To po prostu dobre zdjęcie; apoteoza ojcostwa – te duże niebieskie oczy, które dzielą mężczyzna i dziecko na jego ręku. 

To Ian McKay z synem w obiektywie holenderskiego fotografa – Nicka Heldermana. Jak piszą organizatorzy „wschodzący” to nie do końca właściwe słowo w jego przypadku – odnosi się wrażenie jakby on zawsze tam był: we właściwym miejscu, we właściwym czasie. I takie też są jego prace. I to nie jest tylko pi-ar. Nick to faktycznie coś więcej niż tylko obiecujący młody fotograf. To po prostu dobre zdjęcia. Niezależnie od tego, że ich „ hip factor” jest zdecydowanie wysoki. Toro Y Moi, Deerhoof, St. Vincent, Sonic Youth, Warpaint, Health... wymieniać można jeszcze długo. Hip, nie hip, dobra fotografia pozostaje dobrą fotografią. Prezentacja w postaci trzech albumów w formacie a5 przypiętych do stołu w festiwalowym biurze to naprawdę zajmująca „lektura”. Warto mieć oko na tego człowieka. 

Poniedziałek

W mieście rozstawili pianina. Żeby ludzie mogli grać, żeby mogli sobie pofolgować w swoich artystycznych popędach. Sztuka jest dla ludzi, a nie tylko dla krytyków, kuratorów i samych artystów – to założenie, temat przewodni, który przyświeca tegorocznej edycji Incubate, która pod hasłem „We Are Incubate” po raz siódmy odbywa się w holenderskim Tilburgu. Każdy może. Do It Yourself. Just Do It! I to działa. W drodze do centrum mijam jeden z takich instrumentów. Okupuje go trójka czarnych – jeden z nich zaczyna grać: z chaotycznych akordów powoli wykluwa się dobrze znany groove - „Hit The Road Jack”; drugi zaczyna śpiewać. „Yeah baby! Hit the road...”

Potem biuro prasowe, akredytacja, katalog, program... Jak zwykle jest tego dużo: obok koncertów, wystawy, projekcje, panele dyskusyjne. Chcąc nie chcąc kolejny raz zmuszeni jesteśmy praktykować trudną sztukę wyboru. 

- Doskonałe otwarcie - chwali przechodzącego organizatora znajoma, z która rozmawiam. Ten przytakuje, zgadza się – pędzi dalej. I trudno się nie zgodzić – trudno nie być pod wrażeniem. 

Matthew Ship to pierwsza liga współczesnego jazzu. Jednak - jak czytamy w informacji prasowej - nawet dla tej rangi pianisty solo free to wyzwanie. Coś w tym jest: potencjalnie można publiczność zanudzić albo zamęczyć. Ship jest jednak bezpretensjonalny – w rozciągniętej koszulce, z lekkim brzuszkiem, w zdeptanych sneakersach New Balance – swobodnie miesza fragmenty ze swoich płyt z wolną improwizacją. Operuje raczej niżej niż wyżej, choć czasem ręka mu odskoczy i zadźwięczy wysoki ton... Z wyczuciem. Tak, to było dobre otwarcie, nie można się nie zgodzić. 

A na scenie montują się Amerykanie z War On Drugs. Jak dla mnie, tego rodzaju nazwa zobowiązuje do czegoś więcej niż indie-folk-rockowego smęcenia; kiedy się tego słucha, można pomyśleć, że faktycznie wojna z narkotykami jest z góry skazana na porażkę.

Księżyc jest wysoko - w pełni – rozświetla czyste, bezchmurne niebo. Ktoś gra „Imagine” na jednym z instrumentów ustawionych na rynku.

„Haram” znaczy nieczyste. Nieczysty jest pies. Nieczyste jest piwo. Nieczyste są hamburgery. „Haram” to też jeden z utworów Omara Souleymana. Co tak naprawdę kryje się za tymi ciemnymi okularami? - można się zapytać, obserwując Syryjczyka, jego statyczną choreografię, jakby w kontrze do frenetycznych, jazgotliwych arabesek, które podaje koleś za Korgiem. Czy to naprawdę tylko weselne przyśpiewki z dalekiego Bliskiego Wschodu? Ale... Tłum się kłębi, tłum faluje – nikogo to nie obchodzi, klub pęka w szwach, jest gorąco, jest duszno. - Yalla, yalla... 

Czwartek

Pianina cieszą się coraz większą popularnością. Na rynku – jakiś chłopiec gra sobie tylko znaną melodię. Gdzie indziej starszy pan gra jazzowe standardy. A pod Saturnem chłopak i dziewczyna grają duet.

Jakiś czas przed festiwalem delegacja złożona z holenderskich pisarzy i artystów pojechała z wizytą do Chin. Wizyta miała charakter tyleż kurtuazyjny, co symboliczny - w założeniu miała stanowić kolejny, quasi-dyplomatyczny głos sprzeciwu świata Zachodu w sprawie laureata pokojowej Nagrody Nobla, pisarza Liu Xiaobo. 

- A tak grałem przed chińskim ministrem kultury – wspomina Han Bennink, siadając na taborecie sam na sam z werblem. Po czym przekonuje publiczność, że właściwie zbędny jest mu cały ten zestaw, na którym zagrał pierwszą część swojego seta, że liczy się przede wszystkim rytm, że to on jest rytmem. 

- Dit is mijn eerst keer in Tilburg – komunikuje w połowie swojego występu Felix Kubin. - Niet slecht, niet slecht. Fakt, szału nie ma, ale coś się dzieje: tłuste, syntezatorowe baty, które spuszcza zazwyczaj drętwej holenderskiej publiczności odnoszą skutek. Żaden tam laptop, tylko gałki i suwaki. Skowytanie, a nie popierdywanie; solidna jakość „Made in Germany”. Dziewczyny zaczynają się wić, a Kubin do wtóru spastykujących bitów śpiewa po polsku: „Moja dziewczyna jest muzyką idiotów”. 

Straszny. Straszny wąsik – myślę. A la włoski alfons, jak John Waters. Ale nie, to nie John Waters. Skądś jednak znam tę twarz; „nuda” - zdaje się mówić.

To było wczoraj. A dziś? Metal: Obliteration, Aura Noir, Ketzer. Folk: Puzzle Muteson i Sam Amidon. I coś, co ma brzmieć jak punk: Screaming Females. Nic ciekawego... 

Sobota

- Zapowiadałem już wiele występów na Incubate – mówi Steve Ignorant ciężką, wyspiarską angielszczyzną – ale ten jest wyjątkowy. I tłumaczy, że kiedy poproszono go by objął pieczą część tegorocznego Incubate, prezentującą kulturę D.I.Y, zadzwonił do wielu swoich znajomych, ale przede wszystkim do Niej – Eve Libertine, z którą współtworzył kultowy Crass. Potem trochę smaruje, popada w egzaltacje... - Chodzi o to, żeby łamać granice – kończy swój krótki wywód o etosie D.I.Y. A na scenę wkracza madame Libertine. Towarzyszy jej dużo młodszy Mark Webber za konsoletą.

Drony. Są drony. A poza tym kolejna tyrada na temat kondycji człowieka współczesnego. Raz w tonie schizofrenicznej melorecytacji, gdzie indziej wibrująca piskliwym operowym tembrem. Crass to nie jest, ale duch Crassu zdecydowanie, zwłaszcza ze swojego schyłkowego okresu, gdy powstało „Acts Of Love”. 

W klubie naprzeciw człowiek z wąsikiem a la Waters - Daedelus. Na scenie do tego obowiązkowo firmowy fraczek. I firmowy drewniany kontroler. Piotruś Pan muzyki elektronicznej. Poci się jakby grał solo na bębnach, wygina, wczuwa – publika rusza niemrawo. Ale doły ma niezłe, trzeba przyznać. Basy wagi ciężkiej. 

Battles – gwiazda soboty. Podobnie jak Black Mountain w zeszłym roku mają grać w amfiteatrze na świeżym powietrzu, na obrzeżach Tilburga. Padało w zeszłym roku, zaczyna padać i teraz. Falami, deszcz chłoszcze wściekle w krótkich interwałach. Zniechęca żeby się ruszyć gdziekolwiek, nie mówiąc już pod Oisterwijk. 

Niedziela

Ciągle pada, ciągle pada... Właściwie leje; nie tyle się nie chce, co po prostu trudno wyjść na zewnątrz. Ale poczekajmy, tu i ówdzie pojawiają się prześwity.

„Sheer Hellish Miasma” to jedno z tych wydawnictw, których tytuł wydaje się adekwatny do zawartości. Tą bezkompromisową płytą Kevin Drumm uplasował się w ścisłej czołówce brzmień noise. Na tegorocznym Incubate występuje w duecie razem z Thomasem Ankersmitem

Noise to poważna sprawa – zdaje się mówić skupiona twarz Drumma. Generowane przez niego dźwięki są równie skupione. Nie ma tu wyrachowanej, matematycznej agresji z „Sheer Hellish Miasma” - raczej rezonujący dryf, tak żeby Ankersmit mógł dorzucić swoje analogowe trzy grosze. Dynamika jest powolna, statyczna; nabiera rozpędu w drugiej części występu – Ankersmit bierze saks, wyciska z niego wysokie, piskliwe tony, które zlewają się z buzującym hałasem, tak że właściwie trudno powiedzieć czy to wydęte czy wygenerowane; czasem wydaje się jakby nie tyle grał, co symulował, jednak kiedy cyfrowe kłęby kurzu na chwilę opadają, spomiędzy przebijają przyduszone, desperackie dęcia. Aż w końcu zostają tylko one – głuchawe, płaskie... Cisza. Brawa. 

Ochrzcić zespół tytułem piosenki Big Black – to zobowiązuje. Australijskie My Disco spłaca zaciągnięty dług, co do grosza. Począwszy od tego, że basista i wokalista formacji do pewnego stopnia może przypominać Steve'a Albiniego: szczupły, w okularach w delikatnych oprawkach – typ żydowskiego intelektualisty. Ale My Disco zbytnio nie kombinuje, stawia na prostotę. To muzyka z konceptem, ale z pewnością nie konceptualna. Jej siła tkwi raczej na opozycyjnym biegunie – w sile wzmacniaczy i transowej, monotonnej pracy sekcji. Hipsterzy jak zahipnotyzowani zgodnie kiwają głowami, w uszach mają jaskrawe, żółte zatyczki. Po raz pierwszy żałuje, że nie mam pary. Ryzykuję jednak uszkodzenie słuchu, słucham do końca.

W internecie można posłuchać jak brzmi kosmiczny pył, pierścienie Saturna. Ciekawe co słychać we wnętrzu czarnej dziury? Set Lustmorda wydaje się potencjalną odpowiedzią. Prawie – niestety – przegapiłem. Dane jest mi ostatnich kilka minut. Szkoda słów, tego trzeba doświadczyć samemu. 

Debbie Harry czy Courtney Love. Erika Anderson chyba nie może się do końca zdecydować którą wybrać sobie za „role model”. Zarówno Debbie Harry, jak i Courtney mogłaby być jej matką, ale – wiadomo – rock'n'roll cały czas potrzebuje świeżej krwi. Pytanie tylko czy takiej? Ile razy można oglądać czarne pończochy, w których puściło się kilka oczek, dwuznaczne wigibasy...?  

Mark E. Smith za to nie potrzebuje żadnych „role model”. Sam jest figurą modelową; razem z obecną inkarnacją The Fall gra głównie materiał z ostatniego albumu - „Your Future Our Clutter”. Sala jest pełna, choć zdecydowanie czuć nastrój zamknięcia festiwalu – to ostatni „must see” imprezy. Odfajkowany.

[zdjęcia: Michał Nierobisz]

Matthew Shipp [fot. Michał Nierobisz]
War on drugs [fot. Michał Nierobisz]
War on drugs [fot. Michał Nierobisz]
Omar Souleyman [fot. Michał Nierobisz]
Rainbow Arabia [fot. Michał Nierobisz]
Han Bennink [fot. Michał Nierobisz]
Felix Kubin [fot. Michał Nierobisz]
Rape Blossoms [fot. Michał Nierobisz]
Eva Libertine [fot. Michał Nierobisz]
Daedelus [fot. Michał Nierobisz]
Daedelus [fot. Michał Nierobisz]
Daedelus [fot. Michał Nierobisz]
We are incubate [fot. Michał Nierobisz]
Thomas Ankersmit [fot. Michał Nierobisz]
Kevin Drumm [fot. Michał Nierobisz]
I did incubate [fot. Michał Nierobisz]