polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Dave Huismans 2562 - wywiad

Dave Huismans
2562 - wywiad

Dave Huismans to jeden z pierwszych artystów, który bez skrupułów postanowił przerzucić most pomiędzy takimi gatunkami jak dubstep, techno i house. Stał się prekursorem łączenia oldschoolowych i wydawałoby się wyczerpanych motywów z brzmieniami o zdecydowanym rysie współczesności. Choć jego najnowszy album oparty jest w całości na samplach to mówi się, że jego styl jest nie do skopiowania. Materiał zgromadzony na „Fever” to pokłosie fascynacji 2562 muzyką disco. Choć przy dłuższym obcowaniu z krążkiem wydaje się to definicją bardzo płytką. Z autorem krążków „Aerial” oraz „Unbalance” rozmawiał Marcin Gładysiewicz

Punktem wyjścia dla Twojego nowego krążka “Fever” były stare, oldschoolowe płyty disco. Twój sposób pracy nad tym albumem idealnie wpasowuje się w modny obecnie trend grzebania w muzycznej przeszłości. Czy uważasz, że to obecnie jedyny sposób by znaleźć nowe i ciekawe rozwiązania?

Ująłbym to inaczej. Zrobienie czegoś nowego ze starych wzorców to jedyny słuszny i legalny dla mnie sposób aby zagłębić się w przeszłość. Inaczej byłoby to tylko nielogiczne xerowanie brzmienia i kultury, która odniosła już swój zasłużony sukces - wtedy kiedy pierwszy raz się ukazała. To sztuczka, która całkowicie mnie nie interesuje. Bo po co wtedy w ogóle brać się za tworzenie?

Ale ludzie wciąż myślą w kategoriach linearnych. Np. nowy album Kyle’a Halla to muzyka oparta na brzmieniu Ricka Wade’a 20 lat temu. Czy takie uproszczenia to bolączka współczesnych mediów? czy raczej szerszy problem, którego początki znajdują się w naszym wadliwym postrzeganiu?

Powiedziałbym, że to i to. (śmiech) Muzyka współczesna stanowi pewną ciągłość w stosunku do tego co było kilka czy kilkanaście lat temu. Uważam to za całkiem naturalne. Ale należy pamiętać o różnych aspektach muzyki. Osobiście – w swoim postrzeganiu jestem jak najbardziej nowoczesny i w związku z tym daleki od wszelkich fatalistycznych twierdzeń „że wszystko już zostało wymyślone”. Wcale nie! Ludzie, którzy tak myślą nie szukają tam gdzie trzeba. Zamykają się w prostych inspiracjach zamiast obrać kierunek na azymut i odważnie wkraczać w nieznane. Choć z drugiej strony wydaję mi się, że ludzie są po prostu strasznie leniwi...

Oczywiście nie zrozum mnie źle. Wciąż bardzo dobrze bawię się przy muzyce inspirowanej stylistyką retro – jeżeli posiada korzystny groove i ciepło. I, mimo że zwykle bardziej ekscytuje mnie oryginał to coraz częściej zdarza mi się obcować z naprawdę świetnie skrojonymi wpływami starych mistrzów, ale niemal całkowicie zakonspirowanymi i nie podążającymi na czele kompozycji. I odnosząc się do Twojego przykładu – mimo jasnych korelacji – Kyle Hall i Rick Wade wciąż mają dla mnie swoje indywidualne brzmienie.

A nie wydaję Ci się, że podążamy w kierunku postanowienia, że tak naprawdę nie potrzebujemy już żadnych gatunków? Czy ktokolwiek jeszcze nadąża nad tym co tak naprawdę dzieje się w tym strumieniu muzyki współczesnej? Teraz wszystko miesza się ze wszystkim i coraz trudniej jest znaleźć coś naprawdę wartościowego.

To tendencja, która trwa już od jakiegoś czasu. Ale mam na nią prostą receptę. Nie zwracaj uwagi na nudne gatunki, włóż więcej wysiłku i ciesz się grzebaniem w ofercie sklepów z muzyką. Te najlepsze zmieniają swoją ofertę co tydzień, promując wiele rozmaitych rzeczy. Zwracaj uwagę nie na to co najlepiej się sprzedaje, czy na to co znowu wraca do oferty. W dzisiejszych czasach warto zaufać wytwórniom – które stają się okowami stylu, gdyż zwykle wydają rzeczy zbliżone do siebie brzmieniowo.

Prawdziwą wartość sklepu można poznać po wiedzy i wyczuciu selektorów, których praca jest piekielnie niedoceniana. A to tak naprawdę od nich zależy co wrzucić do tabeli płyta tygodnia etc. Oczywiście nie można bezgranicznie im ufać i uważać ich opinię za jedyną. Ale jest to już ciekawa droga do spotkania z danym materiałem i wyciągnięcia własnych wniosków. Jak to ujął mądry George Michael – Listen Without Prejudice.

Powiedział też “you smiled at me like Jesus to a child”.


(śmiech)

Wracając do tematu wytwórni. Sam prowadzisz w tym momencie dwie – A Made Up Sound i When in Doubt. Masz coś do przekazania ludziom, którzy chcą założyć własną?

Pewnie. Róbcie to tylko wtedy, kiedy Wasza muzyka zaoferuje coś nowego, czyli a) jest inna niż reszta i b) z całego serca wierzysz, że tak właśnie jest. Bo jeżeli będziecie wydawali takie same fajne rzeczy jak inni to po co się za to brać? To tylko strata czasu, a chwały za dużo też się nie doczekacie. Inni byli przecież przed Wami.

A jak to w ogóle jest – pracować pod dwoma różnymi pseudonimami? Z jednej strony 2562 z drugiej A Made Up Sound. Skąd taka potrzeba?

Po prostu tak wyszło. Ciężko mi wskazać jeden powód, który ostatecznie zdeterminował mnie w kierunku dwóch różnych stylistyk. A Made Up Sound to mój najdłużej trwający projekt, głęboko osadzony w brzmieniu techno z lat 90’, house i elektronice. Pomysł na 2562 pojawił się gdy dubstep wszedł na salony, ale z czasem przeistoczył się w totalny freestyle, pozbawiony jakichkolwiek zobowiązań. Oczywiście nie przeczę, że obydwa projekty, gdzieś się nie spotykają i nie krzyżują, ale tak naprawdę mnie to nie interesuje. Gdy nagram jakiś materiał – po prostu siadam i zastanawiam się do którego aliasu bardziej pasuje. Tak naprawdę nie przywiązuję do tego zbytniej uwagi. To muzyka, która wychodzi ode mnie, czyli jest tak samo osobista. Naprawdę fajne jest natomiast to, że jeden projekt stanowi często ucieczkę od drugiego. Nie wiem dlaczego, ale tak właśnie jest.

Jak wyjaśniłbyś progres pomiędzy "Unbalance" a "Fever"?

Myślę, że "Fever" to materiał, które powstał dzięki jasnej idei, podstawom o których myślałem – tworząc go. I nie chodzi mi tylko o to co chciałem osiągnąć muzycznie, ale również jako artysta. Z perspektywy czasu album "Unbalance" pamiętam jako ciągłą trudność w układaniu, nieustannie niepasujących do siebie puzzli. Ile ja nocy nie przespałem myśląc nad tracklistą…

Natomiast pomysł na "Fever" pojawił się totalnie spontanicznie – idealnie trafiając swój czas. Ten materiał odzwierciedla mój stan umysłu w tamtym czasie. Jednak nie potrafię powiedzieć, który z tych albumów jest lepszy czy gorszy. Jedno wiem natomiast na pewno - dużo więcej frajdy miałem pracując nad swoim najnowszym krążkiem.

Twoje występy live też dają Ci jej dużo? Czy grając materiał na żywo już na wstępie starasz się osiągnąć coś ponad to co mamy okazję posłuchać na krążku?

Zwykle tak właśnie jest, ale szczerze mówiąc to ciągle się zmienia. Na początku grałem cały materiał zgromadzony na "Fever", ale doszedłem do wniosku, że po co to robić skoro to już jest na płycie? Zwykle gram swoje ulubione kawałki, które stanowią początek do dalszych eksploracji podczas występu. Choć najbardziej ciekawe jest dla mnie granie nowego materiału, nawet kawałków, których jeszcze nie ukończyłem i które funkcjonują na moim komputerze jako kilkudziesięciu sekundowe teasery. Czasami rozwija się to w coś większego, a czasami ślad po tym pozostaje tylko w zapiskach moich koncertowych setów.
Jeszcze całkiem niedawno byłem bardzo sceptyczny co do moich laptopowych występów, bo tak naprawdę całkowicie nic mi ode nie dawały. Z czasem jednak nauczyłem się robić na żywo coś naprawdę dynamicznego co uważam za interesujące nie tylko dla publiczności, ale również dla mnie.

Album „Unbalance” spotkał się z różnymi opiniami. Masz czasem takie myśli „mogłem to zrobić lepiej, inaczej”?

Wiesz, chyba mogę powiedzieć tak o wszystkich swoich poprzednich wydawnictwach. Choć o Fever tak jeszcze nie pomyślałem, także pewnie pojawia się to dopiero po pewnym czasie (śmiech). Takie myślenie mnie napędza, daje twórczą energię do działania. Fakt, że jestem ciągle z czegoś niezadowolony stymuluje mnie do pracy w celu poprawy.


Artyści tego nie lubią, ale może dobrze by było wrócić do sprawdzonych wzorców i poddać jej teraźniejszym wpływom? Stylistyka z czasów albumu "Aerial" sprawdziłaby się tutaj idealnie.

Próba mierzenia się z tymi samymi pomysłami w celu naprawy swoich błędów nie jest dobrym pomysłem. Skoro już coś wydałem i sprzedałem to uważam to za koniec tematu. Dałem z siebie wszystko – lepiej już nie będzie. Czas ruszyć dalej i szukać 100% satysfakcji gdzieindziej. W wielkim skrócie; nie chcę być psem goniącym własny ogon, wolę być takim, który goni kiełbaskę uwieszoną na kiju przed swoim nosem.

[Marcin Gładysiewicz]