polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Enablers wywiad

Enablers
wywiad

Enablers to zespół oparty o duet gitarzystów i wokalistę operującego melorecytacjami (czy też spoken word), który podkreśla, że przede wszystkim jest pisarzem i poetą. Ale śledząc twórczość Enablers można dostrzec, że z czasem to gitarzyści stają się coraz bardziej poetami, a poeta muzykiem. Ich najnowsza płyta „Blown Realms & Stalled Explosions” wnosi twórczość grupy na nowy poziom. Wraz z dołączeniem do składu perkusisty Douga Scharina idea się nie zmieniała, ale nabrała zwartości i intensywności. We wrześniu zobaczyliśmy zespół na dwóch doskonałych koncertach w Polsce, na których dramaturgiczny, angażujący słuchacza wymiar twórczości Enablers rozbłysnął pełnią światła. Po koncercie w warszawskim Powiększeniu wywiadu udzielili nam wokalista Pete Simonelli oraz gitarzyści Joe Goldring i Kevin Thomson.

O ile mi wiadomo, Enablers powstało w związku z Twoją książką. Chciałeś stworzyć nie tyle zespół, co projekt muzyczny, który akompaniowałby książce.

[Pete Simonelli] Tak. Pracowaliśmy razem z Kevinem Thomsonem. Kevin i Joe Goldring grali w zespole Touched by a Janitor, który uwielbiałem i nadal uwielbiam. Powiedziałem Kevinowi o moim pomyśle, chciałem wydać książkę z dołączonym do niej CD. Ale od samego początku wiedzieliśmy, że nie będzie to typowe spoken word, czyli recytacje z nieingerującą muzyką w tle. Interesowało nas coś przeciwnego. Dołączył do nas Joe. W międzyczasie ich zespół stracił perkusistę. Szukali więc nowego, a my też potrzebowaliśmy perkusisty i tak dołączył do nas Joe Byrnes. Tak to wyszło. W tym czasie Joe grał koncerty z solowym projektem Steve'a von Tilla z Neurosis.

[Joe Goldring] Któregoś dnia gdy grałem ze Steve’m, on usłyszał nasz materiał i stwierdził, że to wyda.

[Pete] Tak to wyszło. Nie zrobiliśmy książki, a płytę dla Neurot.

Książka okazała się kamieniem węgielnym dla zespołu, ale występy na żywo to chyba kolejny duży krok. Pete, czy przeistoczenie się z pisarza w wokalistę było trudne?

[Pete] Miałem pewne doświadczenie koncertowe. Byłem wcześniej perkusistą punkowego zespołu, ale gdy powstawało Enablers, nie grałem już od kilku lat. Ale oczywiście to był problem. Na szczęście Joe nas ponaglał, żebyśmy jak najszybciej zaczęli grać live.

[Joe] Joe Byrnes, który był wtedy naszym perkusistą powiedział, że „nie będzie się uczył tych pieprzonych piosenek, dopóki nie zagra ich na żywo”. Więc zorganizowaliśmy występ, bardzo niskobudżetowy, w tym miejscu, gdzie Kevin i Pete pracowali . Zagraliśmy bardzo dobrze. 

Czy możecie wskazać jakiś moment, w którym projekt stał się zespołem? Przełomowa chwila, w której zdecydowaliście, że zamiast postanowiliście złączyć to w organiczną całość?

[Joe] Pamiętam konkretne wydarzenie, gdy ja Pete i Kevin graliśmy w piwnicy Pete'a. Pracowaliśmy nad muzyką do tej książki i stwierdziliśmy, że jest to niezłe. Ale nie nazwaliśmy się wtedy jeszcze Enablers. To nastąpiło, gdy Byrnes się pojawił i weszliśmy do mojego studia i zagraliśmy wszyscy razem. Stwierdziliśmy, że ten facet jest absolutnie niesamowitym, melodyjnym, perkusyjnym elementem. Idealny do tego, co robimy. Słucha gitar, wokalu. I wtedy wszystko zagrało razem i powstał zespół. Później zagraliśmy koncert, spieprzyliśmy go, ale byliśmy już zespołem mimo wszystko. Od tego koncertu.

[Pete] To ciekawe. Ja bym powiedział, że tak naprawdę byliśmy zespołem od momentu wydania pierwszej płyty. W tym czasie mieliśmy już za sobą jedną trasę, ale tak naprawdę niewiele zrobiliśmy przez ten czas. Weszliśmy do studia i nagraliśmy demo.

[Joe] Coś w tym jest, ale dla mnie ten moment był właśnie wcześniej, kiedy dałeś wtedy niesamowity występ wokalny, moim zdaniem jeden z Twoich najlepszych, kompletnie zintegrowany z muzyką. Nagrywaliśmy kawałek End Note, tytułowy numer na pierwszej płycie, wszystkie elementy idealnie się dopasowały. To piękny kawałek muzyki, niestety nie gramy już go na żywo od jakiegoś czasu, nie wiem czemu, pewnie dlatego, że jest cholernie długi. Ale to była wspaniała harmonia elementów. To był zresztą nasz pierwszy prawdziwy jam. Pamiętam to, dla mnie to ten moment.

Jeśli dobrze rozumiem, na początku wykorzystywaliście wiersze, które Pete napisał jeszcze przed założeniem zespołu, czyli musieliście stworzyć muzykę pod ich kątem?

[Pete] Tak, ale już nie tak bardzo w przypadku pierwszej płyty. Chłopaki grali muzykę, a ja zmieniałem swoje teksty w tym czasie. Teraz, po kilku latach myślimy bardziej w sposób muzyczny. Jest więc kilka starych piosenek, których już nie gramy. Ale ich teksty nadal funkcjonują jako wiersze.

[Joe] Zawsze lubiłem w tym projekcie, szczególnie grając na żywo, to, że ponieważ pracowaliśmy wokół poezji, mogliśmy rozwiązywać pewne struktury kompozycyjne niestandardowo, łamać takty. Uwielbiam to, że zamiast grać na cztery lub sześć taktów, możemy użyć rozwiązania na pięć i pół lub siedem i pół. Granie takiej muzyki, która nie musi się rozwijać w standardowy sposób, cholernie mnie bawi.

Właśnie, słuchając Waszych płyt mam wrażenie, że gdyby usunąć głos Pete’a, to wolałbym słuchać tej muzyki w wersji instrumentalnej niż gdyby miała być nagrana z typowym wokalistą, śpiewającym melodie.

[Joe] Ten zespół pod wieloma względami powstał jako zespół instrumentalny. Ani ja, Kevin, Joe ani prawdopodobnie Dan, który był perkusistą Touched by a Janitor, nigdy nie mieliśmy zamiaru grać z wokalem. Nasza muzyka była zbyt popieprzona by ktoś do niej śpiewał. Więc kiedy pojawił się Pete, stwierdziliśmy, że taki wokal idealnie pasuje. Grając nie musimy tworzyć struktur dla zwrotek i melodii, świetnie! To była instrumentalna muzyka z dodanym do niej głosem. Dla mnie miało to sens, piękna sprawa.

[Pete] Ale chciałbym zaznaczyć, ze śpiewam na nowej płycie. Śpiewam. (śmiech) Dość spoken word!

[Joe] I umie śpiewać, a to ważne. 

Ale melodie na nowej płycie wprowadza kobiecy głos.

[Joe] Nie tylko. To sprawka Kevina, on potrafi pisać takie melodie i też on śpiewa je na koncertach. Są trzy różne wokale na nowej płycie. Claire Brown, która posiada niesamowicie piękny, wykształcony głos, po prostu przyszła na jedną sesją i zaśpiewała z nami jam. Pojawiła się ze świetnymi pomysłami i znalazły się one na płycie. Dana Schechter, dziewczyna Pete’a, też ma świetny wokal i zaśpiewała jeden utwór. Oraz Christian Dautresme Brooklynu, nasz przyjaciel jeszcze z dawnych lat, który śpiewał też na płytach HiM, zespołu Douga.

[Pete] Ale to było celowe. Chcieliśmy mieć więcej wokalistów, więcej melodii, ale bez tekstu. Jako kolejny instrument.

Jak wygląda Wasza interakcja w zakresie wierszy i muzyki? Czy na zawartość, pomysł, nastrój wierszy mają wpływ wszyscy w zespole, czy raczej pozostaje to domeną Pete’a?

[Joe] Myślę, że teksty coraz bardziej stają się muzyczne, zintegrowane z muzyką. Coraz częściej Pete współpracuje z nami w warstwie muzycznej, a my z nim w zakresie wokalu i treści. Im dłużej ze sobą pracujemy, tym bardziej jest to płynne i spójne. Pete czasami protestuje w pewnych kwestiach muzycznych, ale jeśli jakiś wers nie pasuje do muzyki, to mu to mówimy i wyrzucamy go. Najważniejsze, by narracja muzyczna i wokalna były ze sobą ściśle połączone, by do siebie pasowały. Musi w nich być jedna historia.

[Pete] Muzyka może istnieć bez wiersza, a wiersz bez muzyki, ale najważniejsze jest, jak współistnieją one w piosence. To dość organiczne zjawisko. I czasami wymaga to żmudnej, ciężkiej pracy, a czasem... Jest taka piosenka na „Blown Realms and Stalled Explosions”, Morandi. Naprawdę się wkurzałem, gdy Joe powiedział mi, że wytną naprawdę duży fragment tego wiersza. Byłem z niego dumny, chciałem go opublikować. Ale Joe wyjaśnił mi to, pokazał mi zmiksowaną wersję i miał rację. Muzycznie to zadziałało dużo lepiej. Więc trzeba się czasami poddać, każda część musi się ustępować drugiej, to nie jest kompromis. Czasem coś po prostu musi się cofnąć i stać się służebne wobec utworu, nieważne jak duży sentyment masz dla swojego pomysłu.

[Joe] I oczywiście można odnieść wrażenie, że pod pewnymi względami jest za dużo gitar. I tu jest miejsce na obniżanie ich znaczenia. To moim zdaniem najważniejsza rzecz w inżynierii dźwięku. Odejmowanie elementów daje więcej niż dodawanie elementów, trzeba pamiętać, że taka negatywna przestrzeń jest potrzebna.

[Pete] Mniej znaczy więcej.

Wasze płyty są raczej ciężko dostępne w Polsce, nowa jest normalnie dystrybuowana. Wasze koncerty są więc prawdopodobnie rzadką okazją by kupić starsze wydawnictwa, albumy czy epki, ale chyba też momentem, kiedy można zrozumieć, o co chodzi w Enablers. Zgodzicie się?

[Joe] Myślę, że same koncerty są prawdopodobnie najważniejszym sposobem przeżycia tej muzyki, też dla nas. Większość osób i tak pewnie nie kupi naszych płyt po koncertach, ale w sumie koncerty zawsze będą lepsze od cholernych płyt. Koncerty są bardziej interaktywne, bardziej angażujące. A my cały czas zmieniamy naszą muzykę. To, że pracujemy nad czymś nowym nie znaczy, że nie robimy nowych wersji starych piosenek, bo one się ciągle zmieniają na koncertach.

[Pete] Po siedmiu koncertach tej trasy, słyszę, że Kevin i Joe zmieniają różne rzeczy, że Doug inaczej akcentuje. Nie da się zrobić tego dobrze na płycie. Dochodzę do wniosku, że całe modus operandi zespołu rockowego powinno być ułożone odwrotnie niż jest – najpierw należałoby pojechać w trasę, a potem wejść do studia. Te wszystkie hormony możesz schwytać wtedy, kiedy buzujesz. To na żywo każdy ma swoje małe pomysły, przestrzeń poszukiwań. Wtedy może wydarzyć się coś wyjątkowego. Płyty zawsze nagrywamy na setkę, nasze nagrania są tylko dokumentacją. Ale tak jak mówił Theolonius Monk, że wielu jazzowych muzyków wchodzi do studia kiedy ma wolny dzień, tak i my nagrywamy trochę na łapu capu. Tylko na to nas stać.

Ale na „Blown Realms…” jest informacja, że album był nagrywany między sierpniem a grudniem.

[Joe] Tak, ale to bardzo przybliżony okres. Tak naprawdę spędziliśmy nad tym tydzień, w trzy dni zebraliśmy wszystkie piosenki, a potem kolejne dwa poświęciliśmy wymyślaniu nowego materiału. A potem spędziłem dwa miesiące na miksowaniu tych sesji, by całość miało sens.

[Pete] Nowa płyta była zupełnie innym procesem niż poprzednie.

[Joe] Też dlatego, że mamy nowego perkusistę. Przez pierwsze dwa lata mieliśmy świetnego perkusistę, dobrego muzyka. Ale Doug jako nowa osoba, zmienił naszą perspektywę na nowej płycie. Ma inne brzmienie, styl, w efekcie również kompozycje się zmieniły.

Nie próbowaliście odwrócić tego modus operandi, tak jak wspomniałeś?

[Pete] Już to robiliśmy. Pisaliśmy piosenki, decydowaliśmy się je nagrać, nagrywaliśmy, jechaliśmy na trasę, wracaliśmy, słuchaliśmy nagrań i stwierdzaliśmy : „O cholera, te nagrania są kiepskie, teraz jesteśmy lepsi, więc nagrajmy to jeszcze raz”. I chociaż to kosztuje, robimy to. I zawsze wychodzi na to, że jest to najlepszy sposób.

[Joe] Kiedy nagrywaliśmy „Tundrę”, w zasadzie już po nagraniu całej płyty stwierdziliśmy, że piosenki są niby dobre, ale tak naprawdę są dupy i trzeba je przerobić.

[Pete] Teraz też nagraliśmy demo nowych rzeczy przed wyruszeniem w trasę, więc jak wrócimy, sprawdzimy jak nam się podobają i jak nam się je gra. Bo tak naprawdę chodzi o słuchacza. W ogóle nie chodzi o nas. Chodzi o ludzi, którzy będą tego słuchać i w jaki sposób zareagują. Więc musisz się wczuć w ich rolę i zdecydować, czy chciałbyś czegoś takiego słuchać? Jeśli nie, możesz coś zmienić. Przynajmniej masz chwilę, by zdecydować czy coś zmieniasz, czy zostawiasz.

[Joe] W przypadku pierwszej płyty wszystko było bardziej surowe, „End Note” był dokumentem z pewnego czasu.

[Pete] Postanowiliśmy wtedy zostawić ją taką, jaka była.

[Kevin Thomson] Jak Nina Simone. Po prostu był to zapis uczuć, nastroju tamtej chwili, miejsca. Muzycy czasami spoglądają wstecz i mówią „teraz zrobiłbym to lepiej”, ale odpowiedź brzmi „zapomnij, pogódź się z tym”. To jest właśnie duch piosenki.

[Joe] Dla nas nagranie jest dokumentem konkretnego czasu. Potem jedziemy w trasę i wszystko zmieniamy. Nie ma sensu ścigać królika.

Kevin, Joe, gracie razem już długo. Zaczynaliście w latach 1990. i doświadczenia tamtych lat moim zdaniem pobrzmiewają w Waszej grze. Teraz, kiedy gra z Wami Doug Scharin, który od rozpadu June of 44 chyba nie grał w tak jednoznacznie gitarowym składzie, odniesienia do post-rocka czy math-rocka tamtych lat nasuwają się same. Czy to jest coś, co zaprząta Waszą uwagę?

[Kevin] Jesteśmy na tyle samoświadomi, że wiemy, skąd przyszliśmy, znamy swoje korzenie. Pamiętamy, w jakim czasie dorastaliśmy i kiedy zaczęliśmy grać muzykę. Sporo o tym myślę. Niekiedy czuję się dobrze z różnymi nawiązaniami, innym razem stają się one niewygodne, więc je zmieniam. Celowo, bo nie chcę mieć już z tym nic wspólnego. To już przeszłość, trzeba iść dalej. I wyruszam w dalszą podróż z ludźmi, z którymi czuję się dobrze. I chyba jest coraz lepiej. Czuję, że mam więcej wolności niż kiedykolwiek.

[Joe] Trzeba wziąć się w garść. Trzeba iść do przodu. Nie potrzebuję odnosić się stale do tego, skąd przyszliśmy. Chcę się rozwijać, robić coś nowego.

[Pete] Myślę, że idziemy bardzo charakterystycznym tropem. Z płyty na płytę rozwijamy się muzycznie. Myślę, że nasza muzyka stała się o gęstsza bez straty dla treści, czy mojego przywiązania do pewnych wierszy, jakie wykorzystujemy. Myślę, że stajemy się coraz bardziej muzyczni. Tak wyszło. To już nasza trzecia płyta, wydaliśmy również epki i split. Tak, ja również czuję, że się rozwijamy. Szczególnie teraz, gdy mamy nowego perkusistę. Gra Douga jest o wiele bardziej przemyślana niż Joe. A to również zmienia muzykę. Rytmy wręcz wychodzą przed gitary, wszystko nabrało większej spójności. Myślę, że Doug jako muzyk rozpoznał coś nowego w naszej muzyce, gdy do nas dołączył. Widocznie potrzebowaliśmy bodźca, nasza muzyka potrzebowała być popchnięta na inny poziom, rytmicznie i muzycznie. A Doug wprowadził zupełnie nowy element do muzyki, podkreślając również to co piszemy. Zmienił naszą perspektywę.

Wiesz, ja zawsze będę przede wszystkim pisarzem, w tym co robię zawsze będę pragnął silnej narracyjnej struktury. Jeśli w przyszłości nadal będzie to melorecytacja, świetnie. Jeśli będę teraz śpiewał, to ok., nie jestem do tego uprzedzony, chociaż kiedyś budziło to mój sprzeciw. Udało nam się osiągnąć punkt, w którym dramatyczne rzeczy wchodzą w obszar muzyki, ale też muzyka staje się dramatyczna w ten sposób. I to pewnie powoduje jej tak mały odbiór. Ale są ludzie, którzy to rozpoznają, odnajdują się w tym i jest to bardzo miłe. A my wychodzimy na scenę i staramy się to przekazać najlepiej jak umiemy. Ciężko pracujemy, żeby te piosenki były komunikatywne i fajnie, że dla niektórych są.

[Piotr Lewandowski]