polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
 Brittain calling, czyli epitafium dla popkultury


Brittain calling, czyli epitafium dla popkultury

Straty w wyniku sierpniowych zamieszek, które niczym tornado przetoczyły się przez Wielką Brytanie sięgnęły 100 milionów funtów. Obok dziesiątek splądrowanych sklepów, setek zdemolowanych samochodów bilans obejmuje należący do firmy Sony magazyn, który podnajmował PIAS – największy bodajże niezależny wydawca, który świadczy również usługi dystrybucyjne pomniejszym oficynom i wydawnictwom. Ninja Tune, Domino, Matador, Big Dada, 4AD, NovaMute, Fatcat, Rough Trade, Jagjaguwar, Lex, Sub Pop, Thrill Jockey, Touch&Go, Warp – to tylko kilka nazw z długiej listy labeli, które korzystały z magazynu w podlondyńskim Enfield. Beggar Groups, w skład którego wchodzą m.in. Matador, Domino, XL i 4AD stracił wszystkie swoje nakłady przeznaczone dla Wielkiej Brytanii – razem 750 tysięcy płyt (zarówno winylowych, jak kompaktowych). Thrill Jockey oszacował swoje straty na 189 tysięcy funtów. Z dymem poszedł cały nakład ostatniego singla Arctic Monkeys. Wymieniać by można jeszcze długo. A patrząc na zrobione z powietrza zdjęcie płonących hal, można zadać sobie pytanie: - Czy tak właśnie Jello Biafra wizualizował sobie ostateczny krach systemu korporacji? Równie dobrze w tym magazynie mogły płonąć krążki z materiałem Jello Biafra & The Guantanamo School Of Medicine. W tym świetle trudno patrzeć na pożar w Enfield jako zamach na korporacyjny nowy wspaniały świat. To byłoby zbyt proste.

Kwestia smaku

Brytyjska młodzież na przestrzeni ostatnich kilku dziesięcioleci nie należała do najspokojniejszych. Dobrobyt konsumpcyjnego stylu życia, który rozwijał się od końca drugiej wojny światowej nie wszystkim był pisany. Młodzież z robotniczych przedmieść wiedziała, że ani Oxford, ani Cambridge, a potem świetlana przyszłość, tylko po prostu „szychta”, a na pocieszenie browar w pubie po robocie – to ich czeka; to samo – w nieco innych warunkach – tyczy się Stanów Zjednoczonych. Nieprzypadkowo lata 50. były okresem, w którym narodziły się pierwsze subkultury – w Stanach bitnicy, a w Zjednoczonym Królestwie najpierw modsi, a potem Teddy Boys. Jednym z czynników napędzających rozwój subkultur była muzyka – będąc (wraz z używkami) nie tylko katalizatorem szalonych imprez, ale również stanowiąc istotny punkt odniesienia dla tożsamości sfrustrowanej młodzieży. To smak decydował, że było się hip, a nie „kwadratem” – Beat Generation miała bebop, a Teddy Boys northern soul; rock'n'roll był wyrazem generalnego sprzeciwu – choć masowy stał się filarem jednego z najbardziej rebelianckich gatunków muzyki pop: punk rocka.

Nie tylko rock'n'roll

Przysłowiową tajemnicą Poliszynela jest fakt, że rock'n'roll to biały enfant terrible czarnego bluesa. Albo innymi słowy: to kolejny rozdział w długiej historii niewolnictwa. To Chuck Barry, nie Elvis Presley był królem – biali znowu przewieźli się na czarnych (jakkolwiek by to nie brzmiało). Po raz kolejny przekuwali uczucia i emocje na mamonę. Rock'n'roll się sprzedawał – to był raczej wentyl bezpieczeństwa społeczeństwa konsumpcyjnego niż – jak to się mawia – beczka prochu; wszystko działało na rynkowych zasadach konsumpcyjnego status quo. „The Great Rock'n'roll” Swindel”. „Wielki rock'n'rollowy szwidel” miał później zatytułować swój film o Sex Pistols Julian Temple.

W drugiej połowie lat 70. nie było to jednak takie oczywiste. Johny Rotten skowyczący „Anarchy In The UK” - niezależnie od tego czy wraz z resztą Sex Pistols był tylko biznesową marionetką – trafił we właściwe miejsce i czas. Więcej – jego tekst, jakiekolwiek intencje by za nim nie stały – okazał się proroczy. Tak samo „London Calling”, czy „The Guns Of Brixton” The Clash. Ten ostatni utwór w kontekście zamieszek, które w pierwszej połowie lato 80. wybuchły w tytułowej dzielnicy Londynu to proroctwo samo się spełniające. Rządy Margaret Thatcher – nie bez kozery nazwanej Żelazną Damą – odbijały się falami niezadowolenia społecznego. Nieprzypadkowo w tym okresie Brytanię zalała druga fala punk rocka. I to nie był tylko rock'n'roll. Crass przekuł prowokacyjne żarty pijanego Rottena i rock'n'rollowy „sprzeciw” Strummera w polityczny konkret wyrażany w bezkompromisowym brzmieniu, które zainspirowało dziesiątki innych młodych zespołów nakręcanych frustracją i strachem przed jutrem, które trawiły wówczas brytyjską młodzież. Anarcho-punkowy etos to było coś więcej niż tylko sceniczne gesty ku uciesze pijanej gawiedzi, która szuka przede wszystkim zapomnienia. Muzyka – jakkolwiek Crass w początkowym okresie działalności zarobił niezłe pieniądze – była czymś więcej niż tylko biznesem.

Dialektyka buntu

Po intensywnym, acz krótkim okresie koniunktury anarcho punk zszedł to podziemia. Forma jak i przekaz tej muzyki z gruntu skazywały ją na egzystencję na marginesie. Ci którzy byli bliżej mainstreamu – jak Lydon – poszli w nową falę, a potem synth pop. W latach 80. buntownicze, czy dekadenckie gesty ustąpiły miejsca glamourowi rodem z disco. Pop był już niczym innym jak tylko rozrywką – wydawać by się mogło. W niedługim czasie okazało się jednak, że również muzyka parkietowa może być wyrazem buntu; ostatecznie to klasa pracująca zasilała parkiety brytyjskich klubów.
W tym kontekście powstała w końcu lat 80. kultura rave – choć z gruntu hedonistyczna – jawi się – jak punk – wentylem, przez który uchodził z brytyjskiego społeczeństwa młodzieńczy bunt i frustracja. Nie bez kozery brytyjski parlament w roku 1994 uchwalił Criminal Justice and Public Order Act – ustawę, która pozwalała policji na przerywanie organizowanych na dziko imprez tanecznych.

Zarówno punk, jak i rave odcisnęły swoje wyraźne piętno na kulturze Wielkiej Brytanii. Nawet jeśli władza widziała te zjawiska jako niepożądane, antagonizm pomiędzy ustalonym porządkiem społecznym a subkulturowymi rewoltami jawi się pozornym. Niezgoda młodych na świat zastany wydaje się raczej częścią odwiecznej dialektyki rozwoju społecznego. Muzyka jest tu nośnikiem „nowych” wartości, choć z drugiej – można powtórzyć - egzystuje na rynkowych zasadach podaży i popytu, którymi od zawsze rządziła się popkultura. Ostatecznie można ją uznać za marksowskie opium dla mas zsekularyzowanego społeczeństwa. W tym świetle sprzeciw, który wyraża jest tyleż pozorny, co prezentuje się jako część goffmanoskiego teatru życia, w którym każdy ma swoją rolę do odegrania – rolą młodych jest się buntować. Bunt jest tu więc immanentnym mechanizmem społeczeństwa konsumpcyjnego.

Tylko mieć

Socjologowie są zgodni: neoliberalny paradygmat katalizujący na przełomie ostatnich dwóch dekad procesy globalizacji wytwarza również globalne skutki uboczne w postaci drastycznych nierówności społecznych. „Rządy” finansowej oligarchii wytworzyły sfrustrowaną masę spauperyzowanych, którym nie dane dostąpić jest łaski konsumpcji. I to stamtąd – jak się wydaje – popłynęły impulsy, które sprowokowały angielskie zamieszki. Nie było haseł i postulatów nawołujących do zmian; nie było nawet chęci zapomnienia. Była za to kradzież i rabunek. Magazyn Sony spłonął właśnie w rezultacie rabunku, dokonanego przez kilku nastolatków. Ci młodzi ludzie – można odnieść wrażenie – nie chcą już być, czy też na nowo określać zasady swojego bycia w świecie, nie chcą już nawet – jak raverzy – uciec, ale zwyczajnie tylko mieć. Muzyka jest dziś właściwie za darmo, sprzęt elektroniczny jeszcze nie. Biorąc to pod uwagę, pożar w Enfield nabiera tu posępnego znaczenia epitafium. Epitafium dla popkultury. 

[Michał Nierobisz ]