polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Jozef van Wissem
Królikarnia | Warszawa | 16.09.11

Nie widziałem wcześniej koncertu Jozefa van Wissem, ale coś mi mówi, że występ w Królikarni był dla niego raczej nietypowym przeżyciem - choć van Wissem jest lutnistą i sięga po interpretacje XVIII-wiecznych kompozycji, to chyba częściej grywa w klubach niż pałacach i na pewno funkcjonuje z dala od akademizmu (nie twierdzę, że ten był obecny w Królikarni). Kameralny koncert w Królikarni był elementem programu muzycznego towarzyszącego wystawie Damy z Pieskiem i Małpką i jeśli pojawiły się w nim utwory XVIII-wieczne, to splotły się niepostrzeżenie z własnymi kompozycjami van Wissema, przywołującymi na myśl surową amerykańską tradycję wywodzącą się od Johna Fahey. I splotły się bynajmniej nie dlatego, że utwory dawne są przez lutnistę grane od tyłu, lecz dzięki hipnotyzującym figurom, dyskretnym rezonansom i sinusoidalnej repetycji obecnej w jego muzyce. Co ciekawe, choć lutnia wydaje się dość suchym instrumentem i na ostatniej płycie artysty przestrzeni dodają plamy elektrycznej gitary niejakiego Jima Jarmusha, to w owalnej sali Królikarni tego rezonansu i pogłosu było całkiem sporo. W panującej ciszy wyraźna stała się dynamika tych utworów, a koncert miał magnetyzującą siłę skupionej muzyki tworzonej przez człowieka, który idzie własną, nietypową drogą bez gestów na pokaz.

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Jozef van Wissem [fot. Piotr Lewandowski]
Jozef van Wissem [fot. Piotr Lewandowski]
Jozef van Wissem [fot. Piotr Lewandowski]
Jozef van Wissem [fot. Piotr Lewandowski]
Jozef van Wissem [fot. Piotr Lewandowski]
Jozef van Wissem [fot. Piotr Lewandowski]