polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Dour Festival 2011
Dour | Belgia | 14-17.07.11

Żeby poczuć w pełni atmosferę panującą w tym roku przez 4 lipcowe dni w belgijskiej wiosce Dour, trzeba tam porządnie zmoknąć. Trzeba zamówić frytki z majonezem, a potem zjeść je siedząc na murku pod brzózkami popijając Jupilerem, flagowym festiwalowym piwem, manewrując rękami tak, by całość nie wylądowała w błocie. Wszystko to przeżyć mogli goście dwudziestego trzeciego już European Alternative Music Event, podczas którego na siedmiu scenach wystąpiło ponad 200 wykonawców. W dniach 14-17 lipca, pogoda była w Dour niemal kolejnym artystą, który na nastrój festiwalowiczów wpływał tak samo mocno, jak muzyka płynąca z jednej otwartej i sześciu zadaszonych scen. Deszcz bezwzględnie zmienił charakter festiwalu, dość taniego, na który jeżdżą teraz amatorzy nie tyle muzyki, co dobrej zabawy. Easy-going festival, jak jeszcze do niedawna reklamował się Dour, podkreślając łatwość dotarcia na koncertach pod same sceny, z powodu pogody przeistoczył się w walkę o każdy metr kwadratowy zadaszonej powierzchni, która nierzadko kończyła się porażką i kąpielą w błotnym jeziorze. Ale po kolei.

Koncerty rozpoczęliśmy na scenie Dance Hall, gdzie wystąpiły dwa zespoły z wytwórni Daptone. Najpierw hipnotyczne i podszyte funkiem kompozycje prezentował The Budos Band, który mimo wczesnej pory z łatwością zmotywował publiczność do tańca. Później zagrał Charles Bradley, tegoroczny 62-letni debiutant w Dour. Wielokrotnie wykrzykując wyrazy uwielbienia dla swojej publiczności, Bradley zaraził widownię niespożytą energią, która nie wyczerpywała się wraz z kolejnymi utworami. Kolejne piosenki wokalista ozdabiał coraz bardziej karkołomną choreografią zakończoną pod sceną uściskami z publicznością. Ponieważ gatunki muzyczne można na Dour zmieniać jak rękawiczki, udaliśmy się do kolejnego namiotu uroczo nazwanego Małym domkiem na prerii (La Petite Maison dans la Praire), aby posłuchać instrumentalnego hip-hopu autorstwa Gold Pandy. Pomimo podejmowanych przez muzyka prób stworzenia nastroju zarówno poprzez dźwięki, jak i wizualizacje, zapewne zbyt wczesna godzina przeszkadzała w pełnym skupieniu się na bitach płynących ze sceny.

Ponieważ koncert Szwedów z zespołu I'm from Barcelona został przełożony na późniejszą godzinę, korzystając z wolnego czasu zajrzeliśmy na koncert Martyna. Holenderski producent okazał się jedną z przyjemniejszych niespodzianek festiwalu, a jego set obfitował w zaskakujące zmiany stylów i na szczęście nie opierał się jedynie na ciężkich falach basu. Ze względu na nagromadzenie interesujących nas koncertów, występ Martyna zamieniliśmy na rytmiczne show w wykonaniu Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou, którzy w typowy dla afrykańskich muzyków sposób, umiejętnie zmiksowali wszystko, co najlepsze z jazzu i funku z transowością i rytualnym charakterem afrykańskiej muzyki etnicznej.

Punktualnie o 21 zajęliśmy miejsce pod The Last Stage – sceną główną festiwalu - gdzie zaczynał się koncert Kyuss Lives! Od pierwszych dźwięków zagranej na początek Gardenii rozwiały się wszelkie wątpliwości co do formy zreaktywowanej legendy stoner rocka. Weterani z Palm Desert są w świetnej kondycji koncertowej. Dzięki złożonej z najpopularniejszych utworów zespołu (Thumb, El Rodeo czy Green Machine) setliście wszyscy fani Kalifornijczyków czuli się w pełni usatysfakcjonowani. Świetny koncert, a dla połowy naszej ekipy punkt kulminacyjny pierwszego dnia Dour. Zaraz po Kyussie w namiocie obok (Club Circuit Marquee) odbył się koncert Foals, na który udaliśmy się z ciekawości, żeby sprawdzić, czy kreowany przez media hajp jest prawdziwy. Ku naszemu zdumieniu koncert okazał się bombą energetyczną, która rzesze fanek doprowadziła niemalże do ekstazy.

Cypress Hill, któremu udało się zgromadzić pod sceną morze fanów, okazał się natomiast jednym z największych rozczarowań imprezy. Nie pomogły hity z różnych okresów twórczości kolektywu - wszystko brzmiało równie płasko i bez mocy, której oczekiwaliśmy. Czym prędzej postanowiliśmy zmienić lokalizację i udaliśmy się do namiotu Magic Soundsystem na koncert Francuzów z Tahiti 80, którzy zaskoczyli nas kompletnie grając bardzo żywy, pełen radości set, nie pozwalając nam ustać spokojnie nawet przez minutę. Godna, choć zupełnie niespodziewana konkurencja dla legendy hip-hopu. Trzeci raz tego dnia udaliśmy się pod scenę główną na opóźniony koncert zespołu I'm from Barcelona. Po raz kolejny szwedzka ekipa przywiozła ze sobą piłki, którymi za wszelką cenę starała się rozbawić nieliczną, lekko zniecierpliwioną publiczność. Niestety dla zespołu, widownia początkowo nie chciała znowu nabrać się na ten sam motyw i zmusiła grupę do naprawdę dużego wysiłku (w tym wokalistę - Emanuela Lundgrena do crowdsurfingu). Szwedzi zdecydowanie stanęli na szczycie swoich możliwości, a na sam koniec zaskoczyli wszystkim wesołym i beztroskim wykonaniem We are your friends Justice vs. Simian, odwracając o 180 stopni klimat oryginału. Po takiej dawce wrażeń zdecydowaliśmy się zakończyć pierwszy dzień festiwalu.

Piątek przywitał nas słońcem i upałem, którego po przejmującym chłodzie panującym w dniu poprzednim nikt się nie spodziewał. Nie mniejszą niespodzianką były pierwsze koncerty tego dnia. Leif Vollebekk, po którym oczekiwaliśmy skandynawskiej melancholii, okazał się Kanadyjczykiem wykonującym dość energetyczne (głównie ze względu na świetne solówki na harmonijce) piosenki nawiązujące do bluesa. Szkoda, że ze względu na wczesną porę nie udało mu się zebrać zbyt licznego audytorium. Chwilę później poszliśmy na występ zespołu o najlepszej nazwie podczas tegorocznej edycji Dour – Dananananaykroyd. Na scenie pojawiło się pięciu bardzo młodych chłopaków, grających żywiołowego post-hardcore'a. Dwaj wokaliści dawali z siebie wszystko, nie ograniczając swojej aktywności do sceny – w pewnym momencie zeskoczyli w sam środek publiczności i zagrzewali słuchaczy do jeszcze bardziej energicznego poruszania się.

Następnie po raz kolejny udaliśmy się do Małego domku na prerii, gdzie dźwiękami basu swój koncert już otwierała Anika. Ascetyczny występ wokalistki, która nie zaszczyciła publiczności żadnym ciepłym słowem i tylko wodziła po zebranych pustym wzrokiem zrobił na nas spore wrażenie. Najbardziej wyrazistym elementem tworzonej przez Anikę muzyki, która na żywo zabrzmiała o wiele lepiej niż na płycie, był właśnie pulsujący, dubowy bas. Zdecydowanie polecamy wybranie się na koncert tej niezwykle uroczej artystki do Wrocławia, gdzie wystąpi podczas tegorocznego Kongresu Kultury. Po krótkim spacerze po festiwalowym miasteczku skierowaliśmy się w stronę Magic Soundsystem, z którego biła już koncertowa energia zespołu Yew. Mimo, że muzyka Belgów nie jest do końca zgodna z naszymi upodobaniami, nie można im odmówić tego, że podczas ich występu nogi same rwały się do radosnego przytupu, a na twarzy mimowolnie pojawiał się uśmiech. Zmęczeni podskokami do rytmicznego folku Yew, przez kolejną godzinę odpoczywaliśmy słuchając jednocześnie koncertu The Qemists, który odbywał się na scenie Dance Hall. Anglicy grali głośno i do tańca, dzięki czemu zebrali imponujące audytorium. Chwilami mieliśmy jednak wrażenie, że na żywo muzyka trio jest zbyt agresywna i toporna, co zniechęcało nas do poddania się szaleństwu, jakie panowało w namiocie. Dopiero dźwięki Stompbox, najsłynniejszego chyba utworu The Qemists, poderwały nas z miejsca i utwierdziły w przekonaniu, że warto było siedzieć przez 50 minut, żeby potańczyć przez kolejne 4.

To, czego nie udało się zdziałać Cypress Hill, z powodzeniem osiągnął Ice Cube. Przestrzeń przed The Last Arena drżała pod ciężarem bitów rodem z zachodniego wybrzeża. Raper wrócił do Dour po trzech latach, sam zdradzając co najbardziej lubi w Belgii - "women and weed". Przy świetnej pogodzie, publiczności nie trzeba było zbyt mocno zmuszać do baunsowania, a wyśpiewane przez tysiące gardeł It Was a Good Day zabrzmiało jak najbardziej autentycznie.

O 20:10 pod dachem Małego domku na prerii rozległy się pierwsze uderzenia podwójnej perkusji - właśnie zaczynał się koncert Kylesa. Poza miażdżącymi popisami bębniarzy, uwagę przyciągała Laura Pleasants, która śpiewała w bardzo „męski” sposób, zbliżając się nawet do growlingu. Kwintet z Savannah zaserwował publiczności bardzo energetyczny set, przyjęty w entuzjastyczny (jak na belgijską publiczność) sposób. Koncert Mogwai był natomiast jednym z najsmutniejszych momentów festiwalu. O coraz słabszych płytach wydawanych przez Szkotów nie ma co dyskutować, jednak koncertowe wcielenie grupy miało do niedawna zdecydowanie lepszą opinię. Występ na Dour boleśnie zweryfikował ten pogląd – kolejne utwory były grane bez przekonania, bez mocy i było zwyczajnie nudno. Swoją grą nudzili się chyba nawet sami muzycy, którzy korzystali z każdego momentu, by również podczas grania podyskutować z obsługą podającą gitary. Nie chcąc tracić czasu, po pewnym czasie udaliśmy się na Klaxons. Po raz pierwszy na żywo widzieliśmy Brytyjczyków w 2008 roku i trzeba przyznać, że od tego czasu zespół zdecydowanie dojrzał i przestał zachowywać się jak nastoletnie gwiazdki. Nie zabrakło hitów z debiutu, które rozbujały cały ClubCircut (np. Atlantis to Interzone wyśpiewanego wraz z publicznością). Dobrze słuchało się też utworów z "Surfing the Void", które na żywo podobały nam się o wiele bardziej niż na cd. Był to jeden z niewielu koncertów, z którego wyszliśmy ze zdartym gardłem. Po występie zaskoczeniem festiwalu okazał się dla nas autokar zespołu (chyba największych gabarytów autobus, jaki widzieliśmy w życiu) oraz fakt, że udało mu się dojechać przez polne drogi aż pod samą scenę.

W trakcie koncertu Klaxons zostaliśmy zmuszeni do dokonania cudu bilokacji, bo nie można było przecież nie iść na Neurosis. Przez 26 lat swojej działalności, weterani ciężkiego grania zdążyli przyzwyczaić fanów do niezwykle wysokiego poziomu granych przez siebie koncertów. Tym razem nie było inaczej – występ Amerykanów był niesamowitym, wciągającym i niemalże rytualnym wydarzeniem. Ciężka, pełna mocy i bezlitosna dla ucha muzyka podkreślana była sugestywnymi wizualizacjami, które są jedną z wizytówek koncertowego oblicza zespołu. Godzinny set, zakończony transowym, wręcz pomnikowym Through Silver In Blood był jednym z najbardziej zapadających w pamięć momentów festiwalu.

Zmiażdżeni i ogłuszeni przez Neurosis rzuciliśmy tylko uchem na występ Pulp, który według relacji osób bawiących się pod sceną, był fantastycznym show z charyzmatyczną konferansjerką w wykonaniu Jarvisa Cockera obrzuconego przez fanki kwiatami. Ochłonąwszy z nadmiaru wrażeń udaliśmy się do naszego ulubionego namiotu, czyli Małego domku na prerii na koncert Deerhoof. Zgodnie z przewidywaniami, zespół skupił się na materiale z tegorocznego albumu "Deerhoof vs. Evil". Trzeba przyznać, że był to krok w dobrym kierunku, bo nowe piosenki na żywo brzmią całkiem nieźle. Satomi prezentowała się jak zwykle uroczo, natomiast Greg Saunier siedzący za minimalistycznym zestawem perkusyjnym chwilami zdawał się mieć dodatkowy zestaw rąk. Po występie Amerykanów nie starczyło nam już sił na przedzieranie się wśród tłumu (w znakomitej większości pod wpływem nie tylko alkoholu) na koncert Vitalica, o czekaniu na Duchess Says, które mieliśmy w planie nawet nie wspominając.

Boleśnie skonfrontowaliśmy się z sobotnią pogodą i co drugi koncert biegliśmy przez błoto sprawdzić, czy nasz namiot nie spłynął i czy nie musimy go już szukać kilka kilometrów dalej. Wizja spędzenia nocy w przemoczonym ubraniu, przy wietrze, zacinającym deszczu i temperaturze tak niskiej, że z ust wydobywała się para, była na tyle paraliżująca, że potrzeba sprawdzania stanu namiotu była silniejsza m.in. od chęci pójścia na Fool's Gold (czego teraz, już wysuszeni, bardzo żałujemy zwłaszcza po opowieściach o dziesięciominutowej wersji Surprise Hotel, przy której tańczył cały namiot).

Pierwszym sobotnim koncertem, na który się udaliśmy był występ chłopaków z Yussuf Jerusalem, który jednak nie zaciekawił nas na tyle, żeby poświęcić mu całą godzinę. Alternatywą dla trio był set Ghostpoet, który dla odmiany z miejsca kupił nas nie tylko melodyjnością swoich utworów, ale przede wszystkim swoim ujmującym, ciepłym uśmiechem. Koncert Obaro Ejimiwe był tak przekonujący, że ciężko nam było skupić się na robieniu zdjęć, a po każdym naciśnięciu migawki całe ciało mimowolnie poddawało się kołysaniu przez radosne elektroniczne, hip-hopowe, podszyte jazzem rytmy.
W strugach deszczu przeprawiliśmy się do ClubCircut na koncert kolorowych Architecture In Helsinki, którym udało się ogrzać zziębniętą publiczność m.in. coverem utworu I've been thinking about you zespołu Londonbeat. Mimo, że Australijczycy bardzo się starali i początek ich koncertu był naprawdę energetyczny, z biegiem czasu klimat koncertu się rozmył, a na samym końcu byliśmy już znużeni nadmiarem sztucznego, trochę trywialnego optymizmu.
Po szybkim sprawdzeniu namiotu wróciliśmy do ClubCircut na występ Saula Williamsa. Wokalista dał najlepszy koncert z wykonawców, których postanowiliśmy sprawdzić „w ciemno”. Artysta stworzył bardzo żywiołowy performance, będący połączeniem rocka, hip hopu i melorecytacji. Na pierwszym planie znalazły się instrumenty perkusyjne, a sam Saul Williams w niektórych utworach grał na własnoręcznie skonstruowanym przez siebie bębenku zrobionym ze skóry rozciągniętej na drewnianej ramie – przypominał w tym wszystkim szamana, który hipnotyzował widownię. Udało mu się to w pełni. Poza zespołem, wokaliście na scenie towarzyszył też synek, który stojąc na boku przez cały koncert tańczył i mocno kibicował tacie.

W późniejszych planach mieliśmy zobaczenie koncertu The Herbaliser, jednak z powodu ulewy do namiotu Magic Sounsystem weszło tyle ludzi, że nawet nie próbowaliśmy się do niego wpychać. Wpadliśmy za to na chwilę na IAMX, którzy wbrew naszym przewidywaniom, zaskoczyli mocnym i robiącym wrażenie wejściem. Jednak napastliwe fanki Chrisa Cornera zniechęciły nas do pozostania na jego koncercie.

W trakcie powrotu z kolejnej wycieczki do namiotu zerknęliśmy jedynie na garstkę wytrwałych, którzy brodząc w grząskiej mazi gromadzili się pod sceną w oczekiwaniu na koncert Suede. Sami wybraliśmy opcję bardziej nas interesującą i zarazem zgodną z instynktem samozachowawczym – udaliśmy się na trzy elektroniczne koncerty, które odbywały się w jednym namiocie i nie wymagały przemieszczania się w deszczu. Rozpoczął Nosaj Thing, reklamujący swój występ jako "visual show", które niestety nie zachwyciło. Jak zwykle zaczarowały za to tworzone przez Kalifornijczyja dźwięki. Usłyszeliśmy zarówno melodie z debiutanckiego albumu "Drift", jak i epki "Views/Octopus". Minimalistycznie i uroczo, doskonałe preludium do opery, jaką chwilę później urządził na scenie Flying Lotus.
Chwilę przed północą na scenie Magic Soundsystem pojawiły się trzy stanowiska - stół djski, zestaw perkusyjny i instrumenty klawiszowe. Zajęli je kolejno: Flying Lotus, Richard Spaven i Oliver Thomas Johnson, znany szerzej jako Dorian Concept. Zagrane w tak rozszerzonym składzie utwory z „Cosmogrammy”, które wypełniły główną część setu, zyskały dodatkowego blasku. Flying Lotus grał na Dour po raz trzeci, więc najwyraźniej lubi tamtejszą publiczność, która rewanżowała mu się nieustannym aplauzem. Największe szaleństwo miało miejsce podczas Kill your co-workers (na szczęście nikt nie zginął) i w czasie Yonkers Tylera The Creatora. Swój występ Flying Lotus zakończył zagraniem Paint It Black Rolling Stones, podczas którego robił publiczności zdjęcia swoją komórką, natomiast czający się już za jego plecami The Gaslamp Killer zaprezentował klasyczny "air guitar".

Kwadrans po Flying Lotusie na scenę wskoczył jego szalony protegowany – The Gaslamp Killer. Legendy o jego pełnych ekspresji występach potwierdziły się w stu procentach. Z sumiastymi wąsami i burzą rozwianych włosów, "The Mother Fucking Gaslamp Killer" zaprezentował za deckami ponad godzinny pokaz scenicznego ADHD. Dzikiemu tańcowi i rytmicznemu machaniu głową towarzyszyły równie obłąkane zmiany utworów i klimatów muzycznych: na przykład House of the Rising Sun sąsiadował z dubstepem. W gruncie rzeczy nie wiedzieliśmy, czy większą rozrywkę dawało nam słuchanie kolejnych zdekonstruowanych utworów czy obserwowanie radośnie miotającego się artysty. Wyczerpani taką dawką emocji zakończyliśmy ten deszczowy dzień i ubłoceni po szyje udaliśmy się do, o dziwo, suchego namiotu.

Koncertowa niedziela zaczęła się dla nas późno, bo dopiero około 19. Oczywiście tego dnia również nie uniknęliśmy rzęsistego deszczu, ale do warunków pogodowych zdążyliśmy się już prawie przyzwyczaić. Wydawało nam się też, że ostatniego dnia na Dour znalazło się nieco mniej interesujących wykonawców, stąd pierwszym obejrzanym przez nas zespołem było dopiero Metronomy. Brytyjczycy oczywiście nie zawiedli i mimo nieustępującego wrażenia, że koncert grają trochę zachowawczo, z ClubCircuit wyszliśmy zadowoleni. Melodię z The Bay nuciliśmy przez pół następnego dnia, w pamięci na pewno na długo pozostanie również wspomnienie Radio Ladio wykrzyczanego przez publiczność, która momentami prawie zagłuszała sam zespół.

Drugim koncertem, który przypadło nam zobaczyć, był występ Karma To Burn, grających instrumentalny, oparty głównie na potężnych riffach, stoner rock. Trio przypominające swoim wyglądem kierowców ciężarówek nie ma zbyt zróżnicowanych utworów, jednak nie o to chodziło – niespożyta energia płynąca ze sceny zmusiła publiczność do rytmicznego machania głowami. Zabawnym akcentem były bańki mydlane, wypuszczane przez kogoś z publiczności, które cudownie kontrastowały one z hardrockowym graniem dobywającym się ze sceny.

W międzyczasie połowa ekipy opuściła Mały domek na prerii, aby zająć miejsce pod sceną główną, gdzie o 20 zaczynał się koncert legend hip-hopu – Public Enemy. Nazwani dwie dekady temu "czarnym CNN", dziś zajmują się jedynie wspominaniem tamtych czasów. Było Don't Believe The Hype, było Bring The Noise, był oczywiście Flava Flav z nieodłącznym wielkim zegarem zawieszonym na szyi. Nie było za to energii, która by nas porwała, trudno też było oprzeć się wrażeniu, że zespół nie ma w obecnych czasach do powiedzenia nic poza przytaczaniem starych sloganów.

Trochę rozczarowani i jednocześnie pełni obaw udaliśmy się ponownie do La Petite Maison dans la Praire, w którym miał się odbyć koncert CocoRosie. Ubrane w długie płaszcze siostry, których twarze pokryte były ciemny, scenicznym makijażem początkowo nas przeraziły. Jak się okazało, taka właśnie była stylistyka całego koncertu – mroczna, trochę przytłaczająca. Operowy głos Sierry płynnie łączył się z hip-hopowymi recytacjami wykonywanymi przez Biankę, a kilka utworów siostry i towarzyszący im duet: pianista i beatboxerka przearanżowali wręcz nie do poznania. Publiczność doceniła jednak starania CocoRosie, które zdecydowały się nawet na zagranie bisu, co na festiwalach nie zdarza się zbyt często.

Pendulum, czyli ostatniego headlinera Dour Festival 2011 obejrzeliśmy bardziej z ciekawości niż zamiłowania do tworzonych przez zespół dźwięków. Na żywo do djów dołączają żywe instrumenty: bas, perkusja i gitara oraz MC. Zespół zagrał swoje największe hity, ochoczo wykrzykiwane przez publiczność, oszołomił intensywnym oświetleniem oraz wizualizacjami. Punktem kulminacyjnym był oczywiście remix Voodoo People The Prodigy, który uczynił z Pendulum gwiazdy. Powaleni dawką decybeli oraz zmęczeni tańcem zdecydowaliśmy się zakończyć festiwal na ich koncercie niespecjalnie żałując koncertów Hercules And Love Affair i Bomba Estereo.

Decydując się na wyjazd na festiwal rozmiarów Dour, jedzie się tak naprawdę na kilka festiwali dziejących się w jednym miejscu. Jesteśmy pewni, że w konkurencyjnych relacjach pojawią się wzmianki o zupełnie innych koncertach niż te wybrane przez nas. Być może fani muzycznej awangardy i eksperymentatorstwa mogliby się poczuć nieco zlekceważeni przez organizatorów, jednak nie zmienia to faktu, że cała paleta gatunków muzycznych znalazła w tej belgijskiej wiosce godną reprezentację. Oczywiście żałujemy kilku koncertów, ale sądząc po zapowiedziach wielu artystów, będą oni do Dour wracać, możemy więc uznać, że wszystko to nadrobimy w bliższej lub dalszej przyszłości. Szkoda jednak trochę tego, że z każdym kolejnym rokiem Dour coraz bardziej staje się taką imprezownią, gromadzącą coraz więcej osób niezwracających uwagę na line-up, tylko na używki, co już trochę przeszkadza.

[tekst: Aleksandra Prejs, Tomasz Staszewski]

[zdjęcia: Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]

Kyuss Lives! [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Kyuss Lives! [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Kyuss Lives! [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Klaxons [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Klaxons [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Klaxons [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Charles Bradley [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Charles Bradley [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Charles Bradley [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Architecture in Helsinki [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Architecture in Helsinki [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Architecture in Helsinki [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Architecture in Helsinki [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Architecture in Helsinki [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Foals [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Foals [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Foals [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Foals [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Deerhoof [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Deerhoof [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Deerhoof [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Kylesa [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Anika [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Anika [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Anika [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
I'm from Barcelona [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
I'm from Barcelona [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
I'm from Barcelona [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
I'm from Barcelona [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
I'm from Barcelona [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Dour Festival 2011 [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Saul Williams [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Saul Williams [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Saul Williams [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Saul Williams [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Ghostpoet [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Ghostpoet [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Ghostpoet [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Nosaj Thing [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Nosaj Thing [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Cypress Hill [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Cypress Hill [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Cypress Hill [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
IAMX [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
IAMX [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
IAMX [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Yussuf Jerusalem [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Yussuf Jerusalem [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Yew [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Yew [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Yew [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Yew [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Mogwai [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Mogwai [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Mogwai [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Mogwai [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]
Dour Festival 2011 [fot. Aleksandra Prejs, Łukasz Macheta]