polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Pohoda Festival 2011
Trenczyn | 07-09.07.11

Słowo „pohoda” wyraża w słowackim (i czeskim też) stan pogodnego dobrostanu, zrelaksowania i radości, wręcz harmonii. Nie mamy w polskim jednoznacznego odpowiednika, tak jak i nie mamy takiego festiwalu jak Pohoda. Jego piętnasta edycja zwróciła naszą uwagę oczywiście muzyką, ale na słowackim festiwalu chodzi jednak o coś więcej – doświadczenie obejmujące cały dzień, kontakt z różnymi formami kultury i rodzajami rozrywki – od przeżyć artystycznych, po drobne przyjemności. Dlatego oprócz popołudniowo-wieczornego programu koncertowego, o którym za chwilę, projekcje filmów, spektakle, dyskusje literackie i inne oraz warsztaty wszelakie (głównie taneczne) były nie tyle dodatkiem, co ważną częścią imprezy, ściągającą zauważalną publiczność, siłą rzeczy głównie rodzimą. Olbrzymią popularnością cieszyły się też trzy spore karuzele, górujące nad festiwalem w nieustannym ruchu. Szczególne jest też położenie Pohody – na trawiastym lotnisku tuż obok Trenczyna (przestrzeń przed scenami była utwardzona), co pozwala na dość elastyczną organizację przestrzeni, uniknięcie ścisku i łatwą komunikację z miastem. Szeroka dolina Wagu, w której leży Trenczyn jest malowniczo otoczona dwoma pasmami gór – znad jednego słońce nad Pohodą wschodzi, za drugim zachodzi. Jedynym minusem położenia jest brak drzew i niedobór cienia, bolesny zwłaszcza w tak gorący weekend. Koncerty odbywały się na dwóch dużych scenach otwartych (jedna z nich otoczona była sporą łąką i stoiskami gastronomicznymi w perspektywie), jednej mniejszej (z miejscami siedzącymi za i z boku „płyty”) i trzech namiotach – jednym dużym i dwóch mniejszych. Tyle wstępu, przejdźmy do muzyki, dzień po dniu.

Pierwszego dnia festiwalu, w czwartek, odbyły się ledwie trzy koncerty i jeden spektakl teatru tańca. Piętnastą edycję organizatorzy postanowili bowiem uczcić wydłużeniem imprezy, wcześniej dwudniowej, o jeden dzień i zaproszeniem tzw. „gwiazdy”, którą był Moby. Jego koncert nie pasował zbytnio do całokształtu festiwalu i dla licznych (zapoznanych na miejscu) stałych bywalców Pohody był nieporozumieniem. Takie też wrażenie wywarł na mnie występ Moby’ego i towarzyszącego mu kwartetu – kawałki, dla których produkcja jest kluczowa (np. Porcelain), na żywo okazały się poprockową, sztampowo zagraną papką. Pierwszy naprawdę dobry moment nastąpił po trzech kwadransach za sprawą Honey, otwierającego taneczną część koncertu. Po tym mocnym uderzeniu było coraz bardziej tanecznie, przez co lepiej, ale jednak napięcie znów opadło, słuchaliśmy coraz więcej sampli. Na szczęście tego dnia odbyły się dwa ciekawe i nietypowe wydarzenia – najpierw na głównej scenie Bažant wystąpił Nederlands Dans Theater II ze spektaklem „Minus II”, widowiskowo łączącym taniec współczesny z popkulturową narracją, a późnie w namiocie o2 miało miejsce Balkan Brass Battle, czyli koncert, na którym naprzemiennie grały dwie bałkańskie formacje – Boban i Marko Markovic Orkestar z Serbii i Fanfare Ciocarlia z Rumunii. Obie formacje były podobne w melancholijnych melodiach i ultragęstych partiach dęciaków, lecz frapująco różne w szczegółach i kierunkach nadawanych muzyce, więc bitwa musiała pozostać nierozstrzygnięta, a zwycięzcą na pewno była publiczność, ekstatycznie odbierająca ten nietypowy koncert.

Drugiego dnia, czyli w piątek, wyprzedany festiwal wypełnił się ludźmi i ruszył pełną parą. Pierwszy muzyczny akcent tego dnia był jednak absolutnie niestandardowy – w południe na głównej scenie wystąpiła orkiestra filharmoniczna Janacka z Ostrawy, z programem przystępnym (Gerswhin, Bernstein) i fantastycznie roznoszącym się nad rozbudzającym się festiwalem i kempingiem. Coś pięknego. W sobotę rozbrzmiała tak „Gloria” Vivaldiego w wykonaniu lokalnej orkiestry i chóru z Trenczyna. Popołudnie Wasz korespondent poświęcił artystom młodym. W namiocie o2 zagrała młodziutka Dominique Young Unique, która ma warunki do tego, by coś namieszać w czarnej, bujającej muzyce. Dobry flow, miło podciągnięte basem bity, prezencja też niczego sobie. Niestety jej koncert popsuło nagłośnienie, basu było aż za dużo i przykrywał wokal, oraz pora – gdyby Dominique wystąpiła parę godzin później, wywołałaby amok. Bardzo dobry koncert zagrali w kameralnym namiocie EUropa Walijczycy z Islet, przywodzący na myśl post-punkowe granie z lat 1970-1980., z nutką miejskiego szamanizmu a la Liars i pokręconej piosenkowości a la 31Knots i Menomena. Jest ich muzyka ciągle nieopierzona, ale Islet grają bez pardonu i kompleksów. Dali sobie radę na Primaverze, dali na Pohodzie, jeszcze o nich usłyszymy. Po młodzieży na scenie SLSP zagrali Battles – był to trzeci ich koncert w trio, jaki widziałem w tym roku i tylko wzmógł on mój ambiwalentny stosunek do tego wcielenia formacji i jej nowego materiału. Zwłaszcza, że choć wcześniej zespół konsekwentnie grał tylko nowy materiał (znowu wizualizacje twarzy wokalistów rozjeżdżały się z muzyką), który mimo swych słabości zaczynał już przynajmniej dobrze i zwarto brzmieć na żywo, to teraz Battles zagrali Atlas. I to był niepotrzebny strzał w stopę – wokale Braxtona zostały zastąpione przez coś w stylu dziecięcego chóru, ale ten kultowy już utwór wypadł drętwo i blado. Nie idźcie tą drogą, panowie.

Na Pohodzie pojawiło się dużo muzyki świata, zresztą trafiającej bardzo dobrze w gusta publiczności, pozytywnie reagującej na przeróżny folkowy pierwiastek, zwłaszcza skłaniający do tańca. Stąd kilka zespołów z Ameryki Południowej, wątki bałkańskie i polskie Kroke. Największe wrażenie zrobili na mnie jednak jedyni przedstawiciele Afryki – Staff Benda Bilili. Grupa z Kongo zagrała kapitalny koncert na scenie Runway. Ich groove był jeszcze bardziej wciągający, melodie piękne, wielogłos fascynujący, a sola najmłodszego muzyka grupy na jednostrunowym satonge zelektryfikowane, niż na jedynej dotychczas płycie formacji. Niewiarygodne, jak imponujące szoł potrafi stworzyć grupa muzyków, którzy w większości są niepełnosprawni, nie tracąc przy tym muzyki z oczu. Staff Benda Bilili dali zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów festiwalu.

Kolejny wydarzył się już po chwili dzięki Pulp. Nie byłem nigdy fanem tego zespołu, ale może powinienem zobaczyć go na żywo te +- 10 lat temu i bym nim został. To kolejna reaktywacja, co do której wątpliwości rozwiewane są już w pierwszych minutach koncertu. Świetne brzmienie, dobrze dobrany do poszczególnych piosenek ładunek energetyczny, Jarvis Cocker w doskonałej formie, żywotny w wykonaniu i naturalny w kontakcie z publicznością. Do tego świetnie ułożony set i fajnie zaaranżowane szoł, wzmacniające muzykę, ale jej nie zastępujące. Brawa. Chyba na żadnym festiwalu nie widziałem takiego natężenie brytyjskich wykonawców jak na tegorocznej Pohodzie i kolejny headliner na scenie Bažant – Madness – również przyjechał z Anglii. Jednak w tym wypadku była to raczej podróż sentymentalna – zaczęli od nieśmiertelnego One Step Beyond z charakterystycznym intro i kilku staroci, potem napięcie siadło w bardziej popowym repertuarze, ale wszyscy i tak czekali na dwa utwory, które Madness bystrze zostawili na koniec – Our House i It Must Be Love. Również i te hity usłyszeliśmy w wersji 1:1, jak to bywa w przypadku zespołów żyjących festiwalami, który chce się zobaczyć tylko raz i to właśnie na festiwalu, tak jakby przy okazji.

Wieczór na scenie Runway zamykał również zespół angielski – Lamb. Dla nich i publiczności występ na tym festiwalu był szczególny, ponieważ Lamb mieli wystąpić dwa lata temu, jednak po wypadku w trakcie wichury festiwal wtedy przerwano i koncert się nie odbył. Teraz zagrali koncert bardzo szczery, ciepły i doskonale przyjęty, ale dla mnie osobiście raczej przyjemny niż przejmujący. Lou Rhodes słuchało się miło, ale jednak od ich innowacji minęło ponad dziesięć lat, tempo zmian w elektronice jest zabójcze i Lamb teraz wydają się zespołem z poprzedniej epoki, nawet jeśli skończyła się ona ledwie kilka lat temu. Po Walii i Anglii przyszedł czas na Szkocję, za sprawą Hidden Orchestra, występujących w namiocie EUropa. Ich miks jazzujących brzmień, filmowych akcentów i elektronicznego rysu nie jest może szczególnie nowatorski, ale słuchało się go całkiem dobrze, a zwłaszcza na tle gwiazd nurtu – Cinematic Orchestra, Portico Quartet, Bonobo – Hidden Orchestra okazali się naprawdę dobrym zespołem koncertowym. Chwilę później abstract hip-hopowymi motywami rozpoczął swój set DJ Krush, ale sił starczyło mi tylko na kwadrans.

Gorąc panujący na festiwalu zmuszał do dość wczesnych pobudek, co rekompensowały takie niespodzianki, jak mała orkiestra strażacka, która siedząc na leciwym samochodzie, w strojach galowych grała dechovkę w sobotę o 9 rano na pograniczu kempingu i festiwalu. Scena jak z Hrabala. 10 godzin później upał odczuł też John Lydon, który już po pierwszym utworze Public Image Ltd. pozbył się marynarki. Choć Lydon wspomagał się tekstami na stojaku, PiL dali koncert intensywny, konsekwentny brzmieniowo i o niezbędnej dozie „chaosu“. Motoryczne przemarsze sekcji rytmicznej, sporo brudu w gitarach i monodeklamacje Lydona, równocześnie kaznodziejskie i antykaznodziejskie, przełożyły się na pierwszorzędny koncert. Chwilę później drugą szansę postanowiłem dać Micachu and the Shapes, których koncert na Off kilka lat temu był nieudany. Na Pohodzie dramatu nie było, ale przesunięcie brzmienia grupy w stronę indie-rockowego bandu odbiera jej moim zdaniem atuty, czyli niecodzienne brzmienie, uzyskiwane częściowo dzięki instrumentom własnego pomysłu i chałupniczej produkcji. Tutaj tych brzmieniowych i aranżacyjnych przebłysków było ledwie kilka, za mało dla przyspieszenia tętna.

Za to od mocnego uderzenia w postaci Galang zaczęła na głównej scenie M.I.A., czy też jej damski kwartet. Ten koncert miał wiele atutów – Mayę jako prowokacyjną wokalistkę, perkusistkę wzmacniającą dwukrotnie uderzenie tej muzyki, niezłe próby uzdatnienia pretensjonalnych numerów z ostatniej płyty (Story to Be Told), przekrojową set listę – ale też kilka wad – przede wszystkim był w wielu miejscach przekombinowany, przez co ginął puls i muzyka osiadała na mieliznach. Sama idea dodania tanecznym numerom instrumentalnego drugiego dna jest ok., ale jej realizacja była w połowie udana. Ponieważ koncert odbywał się tuż po zachodzie słońca, spodziewanego wrażenia nie zrobił też epizod z fotografami robiącymi na scenie zdjęcia z fleszem.

Po godzinie przerwy (na chwilę tylko zajrzałem na Beirut) na scenie Bažant zobaczyliśmy Portishead – dla organizatorów było to swoiste ukoronowanie kilkunastu lat pracy, a dla tegorocznego festiwalu wspaniałe zwieńczenie. Po tym koncercie i tak na żadnej muzyce nie można się było skupić. Za to podczas koncertu Portishead panowało skupienie niezwykłe – nie pamiętam, żebym kiedyś na jakimkolwiek festiwalowym koncercie spotkał taką ciszę – które zostało wynagrodzone sowicie. Setlista nie zaskoczyła, już w 2008 roku koncerty składały się z 2/3 płyty „3” i kilku klasyków z lat 1990. Koncert na Pohodzie był na Słowacji, może dlatego staroci było ciut więcej niż koncertach, które widziałem trzy lata temu. Ale ważniejsze jest to, że stałym elementem występów tej grupy jest genialne, wyraziste i czytelne brzmienie, smak i precyzja w dozowaniu dźwięku i zdolność włożenia w kompozycje drobnego, ale jednak kluczowego, żywego pierwiastka. Czasem może być to rearanżacja, jak w posępnym Wandering Star z godspeedową gitarą Utleya i monochromatyczną gitarą rytmiczną Barrowa, czasem industrialny walec jak w We Carry On, zawsze utwory objawiają się jako jeszcze głębsze i bardziej przejmujące niż w wydaniach studyjnych. Beth Gibbons ponownie wypadłą spektakularnie. Chyba nie tylko ja miałem wrażenie, że uczestniczę w szczególnym wydarzeniu.

Po Portishead słuchanie muzyki, zwłaszcza od razu, miało umiarkowany sens, dlatego nie sprawdziłem, jak na żywo wypadają Magnetic Man. Po godzinie przerwy wybrałem się jednak na koncert Esben and the Witch, młodej angielskiej kapeli z już widocznym hype’m. Po ich koncercie, takiej mieszance ech Animal Collective, smęcenia The XX, przejść od gitarowych plam do elektronicznych regularności i śpiewu wokalistki, która chce jak Bjork, a wychodzi jej jak Florence, rozumiem, skąd się ten hype bierze, ale nie zamierzam go wzmacniać. Na sam koniec postanowiłem jeszcze sprawdzić, jaką imprezę rozkręca Rusko – dość ostrą, bez dwóch zdań.

Na każdym festiwalu warto też spojrzeć na ławkę rezerwowych – wykonawców, których nie udało się zobaczyć albo przez kolizje, albo przez przesyt. Tu Pohoda 2011 też wypada nieźle, przepadli: Santigold, Deus, Junip, Peter Bjorn and John, Imogen Heap, Braids, Israel Vibration, islandzkie Bloodgroup i FM Belfast, czeskie DVA, zaś Simian Mobile Disco odpuściłem z premedytacją.

Ergo, moim zdaniem wśród lipcowych festiwali Pohoda nie miała w tym roku w środkowej Europie konkurencji. Urzekła mnie też bardzo, ale to bardzo przyjaznym nastawieniem do festiwalowicza – nie widziałem wścibskiej i nadgorliwej ochrony, widziałem za to na wszystkich koncertach wolontariuszy rozdających wodę osobom stojącym przy samej scenie – oraz samych uczestników do siebie nawzajem. Publiczność okazała się bardzo roztańczona na koncertach do tego skłaniających, a na tych wymagających raczej skupienia – zdumiewająco cicha. Na tle choćby zblazowanej Primavery, gdzie gwar rozmów nigdy nie cichnie, a publika zaczyna się ruszać dopiero późno w nocy, było to bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Nagłośnienie, za wyjątkiem pierwszego, rozgrzewkowego dnia, było w porządku, choć dość ciche. Ogółem warunki do odbioru muzyki były naprawdę dobre. Zaplecze gastronomiczne było różnorodne, rozbudowane i dość tanie, Złotego Bażanta w cenie 1,20 euro za kufel można było się napić w dowolnym miejscu i porze dnia, a różnorodność atrakcji muzycznych i pozamuzycznych sprzyjała przeżyciu weekendu przyjemnego pod wieloma względami. I za umiejętność uczynienia festiwalu na 30 tysięcy osób przyjaznym i sympatycznym miejscem należą się Słowakom równie duże brawa, jak za line-up.

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Portishead [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead [fot. Piotr Lewandowski]
Portishead [fot. Piotr Lewandowski]
Pulp [fot. Piotr Lewandowski]
Pulp [fot. Piotr Lewandowski]
Pulp [fot. Piotr Lewandowski]
Pulp [fot. Piotr Lewandowski]
Pulp [fot. Piotr Lewandowski]
Pulp [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]
Staff Benda Bilili [fot. Piotr Lewandowski]
Staff Benda Bilili [fot. Piotr Lewandowski]
Staff Benda Bilili [fot. Piotr Lewandowski]
Staff Benda Bilili [fot. Piotr Lewandowski]
Staff Benda Bilili [fot. Piotr Lewandowski]
Staff Benda Bilili [fot. Piotr Lewandowski]
Staff Benda Bilili [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]
Public Image Ltd. [fot. Piotr Lewandowski]
Public Image Ltd. [fot. Piotr Lewandowski]
Public Image Ltd. [fot. Piotr Lewandowski]
Public Image Ltd. [fot. Piotr Lewandowski]
Balkan Brass Battle: Boban i Marko Markovic Orkestar & Fanfare Ciocarlia [fot. Piotr Lewandowski]
Balkan Brass Battle: Fanfare Ciocarlia [fot. Piotr Lewandowski]
Balkan Brass Battle: Fanfare Ciocarlia [fot. Piotr Lewandowski]
Balkan Brass Battle: Boban i Marko Markovic Orkestar [fot. Piotr Lewandowski]
Balkan Brass Battle: Boban i Marko Markovic Orkestar [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]
M.I.A. [fot. Piotr Lewandowski]
M.I.A. [fot. Piotr Lewandowski]
M.I.A. [fot. Piotr Lewandowski]
M.I.A. [fot. Piotr Lewandowski]
M.I.A. [fot. Piotr Lewandowski]
M.I.A. [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]
Madness [fot. Piotr Lewandowski]
Madness [fot. Piotr Lewandowski]
Madness [fot. Piotr Lewandowski]
Madness [fot. Piotr Lewandowski]
Lamb [fot. Piotr Lewandowski]
Lamb [fot. Piotr Lewandowski]
Lamb [fot. Piotr Lewandowski]
Lamb [fot. Piotr Lewandowski]
Lamb [fot. Piotr Lewandowski]
Beirut [fot. Piotr Lewandowski]
Beirut [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]
Dominique Young Unique [fot. Piotr Lewandowski]
Dominique Young Unique [fot. Piotr Lewandowski]
Dominique Young Unique [fot. Piotr Lewandowski]
Islet [fot. Piotr Lewandowski]
Islet [fot. Piotr Lewandowski]
Islet [fot. Piotr Lewandowski]
Islet [fot. Piotr Lewandowski]
Hidden Orchestra [fot. Piotr Lewandowski]
Hidden Orchestra [fot. Piotr Lewandowski]
Hidden Orchestra [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]
Micachu and the Shapes [fot. Piotr Lewandowski]
Micachu and the Shapes [fot. Piotr Lewandowski]
Micachu and the Shapes [fot. Piotr Lewandowski]
Esben and the Witch [fot. Piotr Lewandowski]
Esben and the Witch [fot. Piotr Lewandowski]
Esben and the Witch [fot. Piotr Lewandowski]
Esben and the Witch [fot. Piotr Lewandowski]
DJ Krush [fot. Piotr Lewandowski]
Rusko [fot. Piotr Lewandowski]
Rusko [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]
Moby [fot. Piotr Lewandowski]
Moby [fot. Piotr Lewandowski]
Moby [fot. Piotr Lewandowski]
Moby [fot. Piotr Lewandowski]
Nederlands Dans Theater II [fot. Piotr Lewandowski]
Nederlands Dans Theater II [fot. Piotr Lewandowski]
Nederlands Dans Theater II [fot. Piotr Lewandowski]
Nederlands Dans Theater II [fot. Piotr Lewandowski]
Nederlands Dans Theater II [fot. Piotr Lewandowski]
Pohoda Festival 2011 [fot. Piotr Lewandowski]