polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Master Musicians of Bukkake  wywiad z Randallem Dunn oraz Milky'm

Master Musicians of Bukkake
wywiad z Randallem Dunn oraz Milky'm

Tuż po wydaniu albumu wieńczącego trylogię „Totem”, Master Musicians of Bukkake po raz pierwszy dotarli do Polski. Ich muzyka przesycona jest odniesieniami do kultur przeróżnych rejonów od Indii przez Turcję po Saharę i wykorzystująca wszelkie środki artystyczne psychodelii. Na żywo ten amalgamat staje się istnym performansem, swoistym rytuałem. Wzmania, ale nie unieważnia znaczenia płyt. Po warszawskim koncercie wywiadu udzielili nam Randall Dunn – multiinstrumentalista i spiritus movens grupy – oraz gitarzysta Milky.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o Master Musicians of Bukkake, płycie „The Visible Sign Of The Invisible Order", miałem wrażenie, że to jednorazowy projekt poboczny muzyków z różnych zespołów. Potem wydaliście „Totem I" zapowiadając trylogię i gdy jest ona skompletowana, wyglądacie jak regularny zespół, który będzie dalej istnieć. Skąd pomysł trylogii, jaki był jej cel?

[Milky] Trylogia była pułapką zastawioną na zespół.

[Randall] Tak, miała być taką pułapką cementującą istnienie zespołu. Kiedy publicznie zadeklarowaliśmy, że coś zrobimy, wszyscy  wiedzieliśmy, że musimy to zrobić. Uznaliśmy, że to najlepszy pomysł na zatrzymanie wszystkich muzyków grupy razem, jak zakładników, na całe trzy lata.

Czy mieliście konkretny pomysł na kolejne części trylogii kiedy zadeklarowaliście jej powstanie?


[Randall] Tak, szczególnie w kwestii wizualnej i narracyjnej. Mieliśmy ogólną intuicję, zamysł treści i nastroju. Sama muzyka była wówczas napisana częściowo. Wydaje mi się, że rozwinęliśmy się pomiędzy kolejnymi płytami i z czasem byliśmy w stanie zrealizować, to, co chcieliśmy, lepiej niż gdybyśmy napisali cały materiał od razu. A propos tego, o co zapytałeś na początku – pomiędzy pierwszą płytą a „Totem I" wiele się nauczyliśmy, ale później też. Przeszliśmy przez wiele muzycznych tożsamości, by dojść do takiej, która okazała się mocniejsza, lepsza, niż ta, którą mieliśmy na początku.

Spośród części trylogii, druga część wydaje mi się najbliższa „The Visible Sign…”, bo podobnie jak tamten album jest bardziej medytacyjna, nie ma takich mocnych gitarowo-syntezatorowych momentów, jak części jeden i trzy.

[Randall] Z jednej strony jestem zaskoczony, ale z drugiej, mogę zrozumieć, że tak to odbierasz. „Totem II” być może jest tak jakby lepszą wersją pierwszej płyty.

W ogóle wracacie do niej, traktujecie raczej jako ważny punkt odniesienia dla obecnej formuły zespołu, czy raczej jako pretekst do jej zawiązania? Niedawno ukazała się przecież jej reedycja.

[Randall] Tak, ale ta reedycja była raczej z potrzeby wytwórni, niż naszej.

[Milky]
Teraz liczy się przede wszystkim trylogia. Każda jej część zawsze pojawia się na naszych koncertach, więc nie zrezygnowaliśmy z koncepcji. Wydaje mi się, że ludzie mogą postrzegać trylogie muzyczne analogicznie jak filmowe i tak mniej więcej zrobiliśmy też naszą. To jakby trzy filmy złożone z dźwięku. Wątki każdego z nich powracają i przeplatają się. Mam nadzieję, że gdybyś nałożył na siebie pierwsze utwory każdej części w jedno, otrzymałbyś coś spójnego. Jeszcze tego nie próbowaliśmy, ale kiedy wrócimy z trasy, planujemy imprezę ze słuchaniem wszystkich trzech „Totemów”. Myślę, że fajnie będzie je razem zgromadzić i wymieszać.

[Randall] To ponad dwie godziny muzyki. Każda trylogia zaczyna się od wyrażanie konkretnej intencji, próby poddania się, ale też słuchaczy, jednemu z trzech etapów bardo, tych następujących po śmierci. Ma to związek nie tylko z tym, komu dany album jest dedykowany, ale także z tym, co muzyka stara się powiedzieć w psychicznym, społecznym wymiarze, z tym, co dzieje się na świecie i co to znaczy być człowiekiem w obecnym czasie. Z dualizmem wszystkich sytuacji, w jakich się znajdujesz, przed którymi uciekasz. Cyklicznością naszej egzystencji.

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad wydaniem „Totem” na raz jako potrójnego albumu? Czy raczej myśleliście, że po nagraniu pierwszej niejako ujawnią się Wasze intencje i zamiary dotyczące kolejnych?

[Randall] Album wielopłytowy na pewno ma sens, jeśli spina go jedna koncepcja. Myślę, że trudniej jest, gdy takiej koncepcji nie ma, kiedy muzycy po prostu piszą materiał, informację dźwiękową. Jest kilka świetnych albumów, które są podwójne lub potrójne, które posiadają pewną „tezę”, na przykład podwójna płyta George'a Harrisona i wiele innych. Takie płyty są dobre, gdy istnieje jakiś wspólny mianownik, który prowadzi twórcę i słuchacza od piosenki do piosenki. Cokolwiek to jest, pomaga utrzymać spójność. W pewnym momencie myślałem, że powinniśmy zrobić wszystko na raz, ale patrzyłem również na zespół i jego dynamikę. Bardzo się rozwijaliśmy pomiędzy płytami. Mieliśmy sobie nawzajem wiele do powiedzenia pomiędzy albumami. Uczyliśmy się różnych sposobów pisania, ale też grania, ponieważ graliśmy więcej koncertów...


[Milky]
I więcej podróżowaliśmy.

[Randall] Tak, zdecydowanie więcej. Bardzo dużo podróżowaliśmy pomiędzy pierwszym a drugim albumem. Dlatego niektórych muzyków uczestniczących na drugiej płycie na graliśmy w Stambule.  Myślę, że gdyby wszystko powstało na raz, nie byłoby to tak silne muzycznie czy filozoficznie, jak teraz. W tej postaci muzyka jest pomyślana i przeżyta przez nas bardziej jako podróż i mam nadzieję, że tak też przez słuchaczy.

Na „Totem II” wykorzystaliście elementy tradycyjnej muzyki tureckiej, a na „Totem III” XXX. W jaki sposób wybieracie wątki z muzyki różnych kultur, których pobrzmiewa w Waszej muzyce wiele? Jak przy tej różnorodności wpływów uniknąć potraktowania ich powierzchownie, klisz world music?

[Randall] W tej kwestii istnieje silna dychotomia, ponieważ jeśli za bardzo szanujesz muzykę, po którą sięgasz, jej pierwotną formę, to Twoja muzyka będzie taką zsyntetyzowaną, wyrażającą fałszywy szacunek wersją oryginału. Moim zdaniem na tym właśnie polega schemat world music. Myślę, że my staramy się wyekstrahować nastrój i kulturowy aspekt danej muzyki i przełożyć je na to, co robimy z głębokim szacunkiem dla źródła. Tak by można było się zastanowić, co to znaczy, że właśnie taka muzyka pojawiła się na płycie, jaki niesie sens kulturowy i geograficzny, będąc częścią naszej muzyki. Staramy się również, by w tym procesie brali udział muzycy, którzy z własnego doświadczenia naprawdę wiedzą o co chodzi w danej muzyce i znają jej kulturowe znaczenie. Perde Kaldirma, wspomniany utwór z „Totem II”, to tradycyjna suficka pieśń. Myślę, że ma jakieś 120-125 lat. Czterech tureckich muzyków, którzy ją z nami nagrywali, należy do najbardziej niesamowitych ludzi, z jakimi miałem okazję pracować w studiu. Przyniosłem na sesję nagrania, które wcześniej zrobiliśmy i zanim dobiegła ona końca, oni już grali dwa z nich. Dla mnie był to sposób ucieczki przed owym odcięciem od kultury. Chcieliśmy uniknąć „worldmusicowych” wersji tych tradycyjnych utworów również dzięki zaangażowaniu osób mających wyczucie kulturowe tej muzyki. Równocześnie uwrażliwiło nas to na to, co jest odpowiednie i właściwe przy jej reinterpretacji. To doświadczenie stworzyło nowe brzmienie.

Trylogię dedykowaliście muzykom Sun City Girls: Alanowi i Richardowi Bishop oraz Charlesowi Gocher. Alan uczestniczył w nagraniu różnych Waszych płyt, Charles także, gdy jeszcze żył. Ale mam wrażenie, że inspiracja nimi ma szerszy charakter, na czym ona polega?

[Milky] Współpracowaliśmy z nimi gdy opracowaliśmy koncepcję, zarówno płyt, jak i wcześniej zespołu. Faktycznie w nagraniach uczestniczyli tylko Alan i Charles, ale z Sir Richardem utrzymujemy kontakt i mam nadzieję, że kiedyś uda nam się współpracować. Ale tak naprawdę, to żeby Ci odpowiedzieć, trzeba wrócić do tematu filmów i podróży. Zanim zaczęliśmy podróżować po świecie, działalność Sublime Frequencies i ich pokazy filmowe w Seattle były dla nas bardzo inspirujące. To był nasz sposób na podróżowanie po świecie, zanim zaczęliśmy naprawdę to robić. Nasz drogi przyjaciel Charles odszedł, a wraz z nim jego zespół, Sun City Girls. Chcieliśmy uczcić ich pamięć, ponieważ byli dla nas wielką inspiracją. Dzięki nim oglądaliśmy te niesamowite filmy o muzykach z całego świata i dzięki nim naprawdę zapragnęliśmy wyjechać i poznać osobiście takich ludzi. Byli bardzo istotni w naszym życiu i sprawili, że zrealizowaliśmy nasze plany.

[Randall] Filozoficznie, muzycznie i prawie w każdym aspekcie, Sun City Girls są dla nas tak jakby starszymi braćmi. Inny wymiar tej dedykacji odnosi się do tego, że zespół Master Musicians of Bukkake powstał z ich udziałem i to właśnie oni wydali nasz pierwszy album. Później zespół nie był zbyt aktywny. Gdy Charlie zmarł, uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy tutaj tylko przez chwilę i że robienie muzyki z osobami, na których nam zależy jest bardzo cenne. Więc ta dedykacja oddaje też to, że to oni byli dla mnie i dla nas wszystkich impulsem by pojechać w świat i grać. Zaprezentować naszą muzykę i powiedzieć coś, co, mam nadzieję, jest na tym samym poziomie jak wtedy, gdy oni mieli na nas bezpośredni wpływ, uczestniczyli w tej muzyce.

[Milky]
Jesteśmy muzykami i będziemy grać do śmierci. Charlie grał do śmierci i jestem przekonany, że Alan i Richard też będą. My również.

Stany to kraj imigrantów. Czy kiedy sięgacie po muzykę z różnych kręgów kulturowych, odnosi się ona do Waszego własnego pochodzenia, choćby dalekiego? Czy te poszukiwania mają charakter nawiązywania indywidualnej więzi z kulturą przodków?

[Milky] Akurat w zespole mamy rdzennie amerykańską krew, ale też polską, czeską, irlandzką, żydowską i z Kentucky.

[Randall] Każdy ma swoje korzenie, ale też poprzednie życia i różne doświadczenia, które mogą wpłynąć na osobiste predyspozycje do pewnej muzyki. A poza tym jest świadomość, która może prowadzić cię, chcieć uczestniczyć i reagować na  różne dźwięki.

[Milky] A muzyka jest sama w sobie niewidzialną siłą. Jeśli jesteś świadomy wibrującej natury egzystencji, te rzeczy się pojawią, niezależnie, czy jesteś zwyczajnym wieśniakiem z Teksasu czy też zostałeś wychowany w bardzo religijnym duchu. Jeśli pójdziesz w świat i posłuchasz, muzyka na ciebie podziała. Bo nie chodzi o to, skąd pochodzisz, ale o to, dokąd zmierzasz.

Czy wyznajecie konkretne religie, czy jest to zbyt osobista kwestia by o niej tutaj rozmawiać?

[Milky] Interesują nas bardzo różne religie. Albumy są inspirowane głównie tradycją buddyjską…

[Randall]
Większość buddyjskich odniesień użyliśmy jednak metaforycznie, tak by wskazać, co pierwsze utwory na każdej z płyt zapowiadają na poziomie świadomości, a nie w sensie religijnym. To sposób na nastawienie, nastrojenie odbiorcy. Jeśli sprawdzi on, czym są kolejne etapy bardo, to przygotuje się do słuchania, odbioru płyt i tego, co ze sobą niosą. Ale każdy z tych albumów powstał zdecydowanie pod wpływem refleksji o życiu we współczesnym, nowoczesnym świecie i o tym prostym fakcie, że żyjemy w okresie zmian, gdzie tradycje na świecie ulegają syntezie i zmieniają się w coś, co tylko udaje czyjąś tradycję, a religie zmieniają się w coś kompletnie nowego i syntetycznego. Wszędzie wokół nas rzeczy przyjmują ten aspekt naszych społeczeństw – to, co było święte lub mistyczne zostaje teraz zastąpione przez małe ekrany.

[Milky]
A po śmierci następuje życie, po życiu przychodzi śmierć…

[Randall] … po śmierci następuje życie, po życiu przychodzi śmierć.

[Milky] I tak podróżujemy przez Kalijugę.

Teraz pytanie banalne. Czy w tym współczesnym, eklektycznym tyglu jest jakaś muzyka, której nie możecie znieść? Która Was denerwuje i sprawia, że macie ochotę wyjść?

[Milky] Bez komentarza.

[Randall] Czasami zdarza się, że nie podoba mi się jakaś muzyka, ale potem dochodzę do wniosku, że jakbym przemyślał ją w dobry sposób znalazłbym w niej coś wartościowego. Poza tym wiesz, mogę jej nie lubić, ale może dla kogoś innego doświadczenie tej muzyki było cudowne. Nie wiem, każda muzyka ma swój cel, nawet jeśli jest banalna. Myślę, że jesteśmy najmniej odpowiednimi ludźmi, by oceniać czyjeś doświadczenia.

Nie chodzi mi o ocenianie doświadczeń innych, ale raczej o to, że każdy z nas bodźce do działania czerpie czasem w sposób pozytywny – za czymś – a czasem w sposób negatywny – od czegoś, albo przeciw czemuś.

[Milky] Spróbujmy inaczej. Nie obrażając dzieciaków, ale jednym z powodów, dla którego nazywamy się Master Musicians of Bukkake, jest próba uduchowienia jakości rozrywkowych. Od paru lat młode dziewczyny w bikini występują w kategoriach muzyki. Dostarczają rozrywki, jasne, „shake it Britney!”. Ale pod pojęciem rozrywki może być ukryte dużo więcej niż roznegliżowane, młode stworzenia. Nie wydaje mi się, że tym, czego nie możemy znieść, jest muzyka. Chodzi raczej o wyobrażenie, przekonanie, że jeśli jesteś młodą atrakcyjną kobietą, to możesz zostać gwiazdą. Podobnie zresztą jest z męskimi modelami, jakich oglądamy w telewizji. Może być?

Może. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]