polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Rasmentalism wywiad z Rasem i Mentem

Rasmentalism
wywiad z Rasem i Mentem

Jak sami mówią jest ich dwóch (trzech) i lubią ładne (łatwe) życie. Dotychczas wydawali własnym sumptem, ale ich pierwszy winylowy placek „Rasmentalism EP” zyskał patrona w postaci niezależnej platformy Junoumi, dzięki czemu kontynuacja koncepcji wspierania polskiego hip-hopu stała się faktem. Ich inspiracje już od dawna wykraczają poza nawias klasyki gatunku, dlatego pamiętajmy, że ich muzyka to poziom europejski, a nie „jak na polskie warunki – może być”. Z Rasem i Mentem rozmawiał Marcin Gładysiewicz.

Tyle razy mówiliście, że Wasza muzyka nie potrzebuje wsparcia żadnej wytwórni. W takim razie jak to było z tym wyrwaniem Was przez Junoumi? Dobro muzyczne nie ucierpiało?

Ment: Broń Boże nie jest to – przynajmniej dla mnie - jakaś mantra, której się będę trzymał za wszelką cenę. Po prostu do tej pory nie było ani konkretnych rozmów z żadnym labelem, ani też my ze swojej strony dosłownie „nie zrobiliśmy nic, by to wydać”. Cały czas czujemy się dobrze z tym, w jaki sposób dajemy wam naszą muzykę. Ja nigdy nie mówię nie. Kiedyś nie lubiłem grzybów jeść, a dziś kocham. Junoumi nas nie wyrwało. Jesteśmy siebie warci. Dla mnie i Arka to spełnienie marzenia, by mieć własny winyl. Dla Groha, jak mogę się domyślać, to kontynuowanie idei rapowego Junoumi po dłuższej przerwie, oby udane. „Ty znasz to, ty ty ty znasz to”.

Ras: A co za tym idzie – cały czas nie mamy patrona w postaci wytwórni. To, co znalazło się na wosku wyszło od nas, design wyszedł od naszego człowieka Kryszpina, który dbał o wygląd zarówno naszego debiutu jak i „Hotelu Trzygwiazdkowego”. Junoumi zajęło się tłoczeniem wosków i dystrybucją materiału, za co jesteśmy Grohowi wdzięczni. Podobnie jak Kamil nie upieram się przy tym, że „nigdy nie wchłonie mnie wielka wytwórnia”, ale realnie patrząc – kto chciałby wydawać ludzi, którzy chcą mieć wpływ na każdy najdrobniejszy szczegół działań promocyjnych, designu okładki, stron internetowych, bookingów itd. Ci ludzie muszą wydać się sami.

Widziałem ostatnio dokument „złodzieje praw autorskich”, w którym sampling oceniony został jako technika kneblująca kreatywność i wolność ekspresji. Ale czy w ogóle można powiedzieć, że dźwięki mają swoich właścicieli?


M: Dźwięki same w sobie pewnie nie. Chyba, że mówimy o inżynierach, którzy w nieżyjące pudełka wsadzali brzmienia. Podejmowanie tematu samplingu i sprowadzanie odpowiedzi do jednej tezy jest trudne do wykonania. Artyści są różni. Jeden pójdzie do sądu, drugi się uśmiechnie i powie „dobrze, że te gnojki odgrzebały moje numery, pożyję 7 lat dłużej”. Kwestia tego, by nie dać się wyrolować. Ja „kradnąc” czy też pożyczając  (nie wiem, kiedy oddam) sample (pętle, loopy - cokolwiek) nie mam z tym problemu. Nie mam też problemu, czy zostawię 6 sekund pętli czy potnę ją na tak małe fragmenty, że nie będzie ich słychać. Chodzi o to, żeby być fair wobec „ojców”, od których się muzykę ciacha. Ze swojej strony nigdy nie ukrywałem z czego samplowałem, bo chcę, żeby ludzie docierali do tych starych kawałków. Żeby wiedzieli, na czym polega muzyka sprzed kilkunastu lat. Że „Empire State of Mind” Jay’a to nic innego, jak przearanżowany na nowo „Love on a two-way street” kapeli The Moments. Że spinanie dupy i silenie się na cięcie „hip hopowe” nie zawsze wychodzi na dobre. Chyba, że musisz coś światu udowodnić. Ja nie muszę. Jak pójdziesz na Akademię Muzyczną to powiedzą Ci, że sampling zabija kreatywność. Ale oni latem nie chodzą w krótkich spodenkach. I to jest problem.

Prawnicy właścicieli tych praw chcą procesować się ze wszystkimi nielegalnie wykorzystującymi ich sample. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to na razie utopia, ale teoretycznie - czy hip-hop poradzi sobie bez możliwości ich wykorzystania?

M: Już dawno sobie radzi. Coraz większy procent kawałków powstaje na zasadzie grania przez producenta na klawiszach MIDI różnymi wtyczkami (potem recenzenci nazywają takie zjawiska „multi-instrumentalistami”) albo podczas sesji studyjnych, gdzie bierzesz sobie gościa z trąbką, koleżankę od skrzypiec i 3 ładne dziewczyny do chórku. Hip-hop stał się bardzo mocnym gatunkiem muzycznym. Zacierają się granice między poszczególnymi rodzajami muzyki. Rzeczy się zlepiają, raz wychodzi to na plus, raz na minus. Jak to w życiu. Najważniejsze, żeby konsekwentnie odhaczać swoje założenia.

Czyli? Założenia ewoluują z każdym krążkiem?

M: W moim rozumieniu – jak najbardziej tak. Gdyby było inaczej, to nie męczylibyśmy ludzi sobą i swoją muzyką. Nasze założenia są takie, jak słychać - ani bardziej w lewo, ani w prawo. Jeśli będziemy mieli ochotę i poczujemy, że mamy siły, aby zrobić płytę w klimatach np. bardziej elektronicznych, szybszych czy cokolwiek – to mamy do tego święte prawo. I to jest tak, że albo z nami jedziesz w tym rozpędzonym (już) wózku, albo wyskakuj i uważaj na nogi. Sami wiemy najlepiej, czego chcemy i jak chcemy to robić.

R: Niektórych męczymy tak czy inaczej (śmiech) Widzisz, jakieś kontrowersje, pomruki niezadowolenia rodzą się z tego, że ktoś oczekiwał albo nawet wymagał czego innego. Problemem, jest to, że nie jesteśmy nikomu nic winni. Robimy muzykę taką, jaką chcemy, a jedyne czego nie rozumiemy, to powtarzanie tego, co było. Nie zamierzamy nikogo przekonywać, że musi posłuchać naszej płyty, bo jest świetna i to jest jedyne słuszne zdanie. Ja uważam, że jest dobra, ale nie chciałbym, żeby podobała się wszystkim. Założenia ewoluują, bo my dorastamy zarówno życiowo, jak i muzycznie. A to, co robimy jest odzwierciedleniem tej ewolucji.


Słucham radia i słyszę od prowadzących, że chcieliby, ale nie mogą puszczać hip- hopu. Bo raz, że wulgaryzmy, i dwa, że brak przekazu. Z drugiej strony jestem na konferencji muzyka a biznes i mówią, że hip-hopowcy to najbardziej ogarnięta konsumpcyjnie subkultura w Polsce. Skąd te różnice?

M: Kij im w buzię, za przeproszeniem. Nie ma co się pchać, tam gdzie Cię nie chcą lub nie mogą grać. Bo trafisz na nie tych, co trzeba. Nasze płyty są kulturalne. Jeśli Arek rzuci „kurwą”, to ta „kurwa” musiała zostać rzucona. Jest to słowo ekspresyjne i ma podkreślać silne emocje. Obłudą jest twierdzenie, że nikt tak nie mówi. Obłuda też kieruje władzami mediów publicznych w Polsce, którzy są bandą matołów i mają gdzieś najbardziej reprezentatywną grupę muzyczną w Polsce – zobacz ile jest rapowych płyt w topach Empiku. Ale nie ma co się spinać, jest dobra pogoda. A ja się czuję dobrze.

R: Myślę, że radia nie są rapowi do niczego potrzebne. Dla mnie osobiście, jeden świadomy słuchacz jest wart więcej niż stu przypadkowych, którzy usłyszą numery na gofrach w Mielnie. Swoją drogą, polecam gofry w Mielnie, ale odbiję od tematu jeszcze dalej.

Niedawno na TVP Kultura widziałem fragment koncertu jednej z gwiazdek, którą można usłyszeć w rozgłośniach radiowych – czyli pewnie jest przekaz i kultura. Na widowni jakiś tysiąc osób. Wata cukrowa, balony, wiatraki, popcorn, kolorowe jarmarki, wąsy i lasery w zapalniczkach. Definicja koncertu, którego nigdy nie chciałbym zagrać. Energia, jaką kulturalna gwiazdka otrzymuje na swoich sowicie opłacanych występach, nie byłaby w stanie zapalić żarówki. W porównaniu z tym, co widziałem – energia jaką dostajemy od ludzi pod sceną w klubach w całej Polsce, mogłaby rozświetlić Vegas.

Czy to pejoratywne „skrzywienie” hip-hopu nie powoduje, że tacy jak Wy mają trudniej?


M: Szczerze – to my mamy tak, jak chcemy. Jako Rasmentalism robimy muzykę w swój sposób, czujemy się usatysfakcjonowani. Nasi słuchacze się uśmiechają i wszystko konsekwentnie żyje po swojemu. Tego się będziemy trzymać. Nie dadzą rady nas skrzywić. Ale kto?

R: Jak to kto? Oni. Źli. Wrogowie. System. Myślę, że nie ma co się wczuwać. Takie gadanie, jakieś krucjaty w obronie hip-hopu, martyrologia szerokich spodni – to chyba zastępcze tematy jak już pogadasz o pogodzie. Ja nie widzę tu jakiejś większej filozofii czy wojny światów. Sprawa jest prosta. Robimy muzykę, która podoba się jakiejś (fajnie, że coraz większej) grupie ludzi. Ci ludzie kupują nasze płyty, przychodzą na koncerty, rozmawiają z nami po koncertach, budujemy jakąś relację. To wszystko. Jak ktoś lubi wylewać żale, walczyć dla samej walki i ładować w to swoją energię – droga wolna.

A propos walki. Macie negatywny stosunek do obecności naszych żołnierzy w Afganistanie? Skąd pomysł na utwór „Kilkaset kul od domu”? W ogóle interesujecie się polityką?


M: Polityką nie, bo to nic nie zmieni w moim codziennym życiu. Nie mam na polityków wpływu. Jak mam jak - to głosuję, jak nie mam jak - to nic nie zrobię. Ale bez nerwów, szkoda życia. Podobnie z wojną. Ja mam negatywny stosunek po tym (i nie tylko) jak byłem kiedyś na wykładzie poświęconym naszej obecności w Afganistanie, gdzie przodował Radek Sikorski. Daleki jestem od manifestacji, transparentów, nie jedzenia mięsa i innych takich. Ale śmiałem się za każdym razem jak przebywająca wiele razy w Afganistanie pani profesor, która zajmowała miejsca na widowni, punktowała Sikorskiego merytorycznymi argumentami, że to po co taka wojna. Szczególnie dla zwykłych zjadaczy chleba tam, na miejscu. Bo to ich jest najwięcej. Ale Sikorski i tak bajerował o autostradach, szkołach, szybkim Internecie itd. Oni wiedzą lepiej. Ja się nie zagłębiam.

„Kilkaset kul od domu” to luźne muzyczne podejście do tematu wojny. Żadne przyczepianie się łańcuchem w Dolinie Rospudy i ratowanie drzewa. Chcieliśmy nagrać o tym numer i zrobiliśmy to. Mam nadzieję, że dobrze wyszło.

R: Ja jestem przeciwny nazywaniu wojen misjami i sądzeniu żołnierzy za wykonywanie rozkazów. Mam znajomego w Afganistanie. Miał wrócić w maju, w maju powiedzieli mu, że wróci w czerwcu, w czerwcu powiedzieli mu, że wróci najwcześniej w sierpniu. A mnie szlag trafia, jak mam nadgodziny.

Ras, a jak to było z tą Twoją depresją? Już po wszystkim?

R: Mój psychiatra powiedział, że sprzedaż 5 tysięcy „Hoteli Trzygwiazdkowych” powinna rozwiązać problem.

Nieustannie w wywiadach czytam o inspiracjach. Rozmawiałem kiedyś z muzykiem, który o jednym utworze mógłby mówić, że to kombinacja stylistyki kilkunastu artystów. Czy w pewnym momencie inspiracja nie działa na odwrót? Nie blokuje procesu twórczego?

M: Z tymi inspiracjami to płynna sprawa. Jakoś świadomie w moim przypadku nie inspiruję się niczym, to chyba działa pod skórą. Chyba, że inspiracjami nazywamy to, co leci w ipodzie. Każdy z czegoś kombinował, mieszał, poprawiał, dodawał rogi albo skrzydła i to tłukło albo latało. Blokadą - jak to nazywasz – procesu twórczego raczej są inne pierdoły niż inspiracje. Przynajmniej ja takich przypadków nie znam. Nie ma co się silić na publiczną erudycję i z igły robić jodłę.

Czy te pierdoły w pewnym momencie nie stały się zbyt istotne?

M: Pewnie. Nie raz mieliśmy blokady. Kilka razy miałem ochotę dać sobie spokój i oczywiście nie rozdmuchiwałbym tego, bo nie warto. Normalna rzecz, wpisana w życie. Nigdy nie możesz być pewny, jak to będzie, jaki będziesz i co wyjdzie z tego, co robisz. Dlatego zawsze w takich wywiadach staram się unikać generalizowania i uwypuklania pewnych teorii, które jutro mogą być nic nie warte. I właśnie w tym momencie sam sobie zaprzeczyłem…
Ale wracając do kwestii, za dużo mam w sobie teraz siły, żeby owe „pierdoły” mogły we mnie podgrzać temperaturę choćby do 37 stopni i w jakikolwiek sposób zwolnić. Nie ma jak stewardesso.

R: Ja akurat jestem bardzo chimerycznym zawodnikiem i bywa tak, że przez kilka miesięcy nawet nie próbuję pisać, czy nie sprawdzam, co tam Kamil mi podrzucił. Tak było i tak pewnie będzie zawsze. Podejrzewam, że to jest bardzo frustrujące dla ludzi, którzy ze mną pracują, ale wydaje mi się, że oni już wiedzą, że nie ma sensu mnie namawiać, czy jakoś walczyć z moimi fochami. Jest jak jest. Z drugiej strony bywa też tak, że potrafię w tydzień zrobić coś, co powinno mi zająć te kilka miesięcy, więc tak czy inaczej bilans jest dodatni.

Który z Was na Narutowicza w Lublinie namalował sprayem napis R A S M E N T A L I S M ?

R: Chciałbym powiedzieć, że ja w heroicznym czynie, uciekając przed policją i wykrzykując hasła antyrządowe, ale niestety nie. Tych „rasmentalismów” było tam kilka, a ta specyficzna forma renowacji elewacji kamienic w centrum miasta jest efektem pijanego spaceru jednego z naszych znajomych w 2007 r. A może w 2006? Trudno powiedzieć. W każdym razie spacer zakończył się mandatem i żyli długo i szczęśliwie.

M: Mandat chyba był za picie publiczne? I jak czekaliśmy na niego przed komendą, to piliśmy i tak, ale tylko on dostał. Tajemniczy on.

W jednym z wywiadów padło z Waszych ust sformułowanie „Kupujcie rap płyty, wpadajcie na koncerty, obalajcie rządy terroru”. Winyl rozszedł się jak świeże bułeczki, koncertujecie tak, jak chcieliście i na złość nawet Kadafiego kopnęli w tyłek. W takim razie co będzie dalej?

M: Te rządy terroru to chyba kolejna akcja w stylu „mówimy byle co, ciekawe w jaki sposób to łykną”. Raczej dystans niż jakiekolwiek obalanie. EPka się jeszcze nie rozeszła, ale wszystko jest na dobrej drodze, żeby tak się stało. Dalej będzie dalej.

R: Tusk zamyka stadiony, pewnie o to nam chodziło. Chciałbym, żebyśmy wprowadzili nową jakość, jeśli chodzi o koncerty. Chciałbym, żeby były przede wszystkim muzycznie ciekawe i żeby było ich coraz więcej. I żebyśmy sprzedali miliard płyt i wprowadzili rządy terroru. A może nawet nie.

[Marcin Gładysiewicz]