polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Primavera Sound 2011
Barcelona | 25-28.05.11

Drugą dekadę istnienia Primavera Sound organizatorzy postanowili otworzyć z jeszcze większą pompą niż towarzysząca ubiegłorocznej, dziesiątej edycji. Na tegorocznym festiwalu wszystkiego było więc strasznie dużo: (i) scen – 5 dużych, 2 małe i 2 miniaturowe, (ii) zespołów - 221 wykonawców, (iii) ludzi - na głównej części festiwalu w Forum codziennie ok. 8-10 tys. więcej niż przed rokiem i dwa razy tyle co 5 edycji temu, (iv) sponsorów (już jest ich więcej niż scen i pomniejsi muszą się nimi dzielić, stąd np. Jägermeister Vice Stage albo Salo Myspace Smint; Smint jest tu nowy, więc rozdawał darmowe miętówki), (v) chaosu – przez pierwsze dwie godziny festiwalu nie działał żaden punkt z napojami, a próby rezerwacji miejsc na Sufjana Stevensa wielu uprzykrzyły kilka dni przed festiwalem. Poniższa fotorelacja pokazuje, co z tego nadmiaru udało się nam wyłuskać.

Paradoksalnie, z naszej perspektywy rozrost Primavery nie podniósł proporcjonalnie jej muzycznej atrakcyjności – co za różnica, czy indie zespolików gra tam 10 czy 50, skoro i tak nas mało obchodzą? Jednak Primavera od zawsze zaprasza „klasyków” i w tym roku zestaw tych posuniętych wiekiem zespołów nie tylko zaskakujący, ale przede wszystkim niewiarygodnie dobry. W czwartek zobaczyliśmy Suicide grających swój debiutancki album, czy też raczej agresywną, głośną, nonszalancką wariację na jego temat. Wydawałoby się, że spazm na syntezatory i wokal dziś, prawie 35 lat po premierze owej płyty, nie powinien już dziwić, ale jego intensywność i trafność jednak zdumiewała. Chwilę wcześniej na scenie ATP odbył się może i najbardziej niezwykły koncert festiwalu – Glenn Branca, który parę lat po Suicide no-wave’ową brutalność wepchnął w ramy minimalistycznych kompozycji, ze swoim Ensemble zaprezentował materiał z ubiegłorocznej płyty „The Ascension: The Sequel”. Ta odwołuje się do jego rewolucyjnego albumu z 1981 roku wykorzystując identyczne instrumentarium – 4 gitary elektryczne, bas, perkusję. Tym razem Branca jednak nie był wykonawcą, ale kompozytorem i dyrygentem (ostatecznie przez ostatnie kilka lat pisał muzykę na orkiestry). I tylko dla tego koncertu warto było się znaleźć na Primaverze. Zagrana z rygorem i rockową dynamiką zarazem muzyka mogłaby być tą idealną instrumentalną płytą, której Sonic Youth nigdy nie nagrali. Przecież 30 lat temu z Brancą grał i Thurston Moore, i Lee Ranaldo, a także Page Hamilton i Michael Gira. „The Ascension: The Sequel” na żywo wyraźnie i dobitnie pokazał, jak głęboka i dwustronna więź łączy muzykę ich wszystkich.

Michael Gira do Barcelony dotarł w sobotę, a Swans zagrali na scenie Ray Ban koncert doskonały – jeszcze bardziej niż w grudnu w Polsce otwierający kompozycje na noise’owe pasaże, deformujące utwory z „My Father…” w hipnotyczne monstra. Selektywne i potężne brzmienie pozwoliło cieszyć się tą muzyką w pełni. Kilka godzin wcześniej, tuż przed zmierzchem, na tej samej scenie zagrali Einstürzende Neubauten – trochę przewrotnie zdystansowani do sytuacji, ale muzycznie bezkompromisowi i bezbłędni. Kapitalnie wypadli też Pere Ubu grający lekko zmutowaną płytę „The Modern Dance” (David Thomas chyba był mocno wcięty, może stąd ten luz) oraz Public Image Ltd. Koncertowej energii niestety zabrakło na koncertach kolejnych dwóch legend z Nowego Jorku, które odbyły się w Auditori, nowoczesnej sali o +- trzech tysiącach miejsc siedzących i doskonałej akustyce. Arto Lindsay zagrał muzykę brazylijską, którą zajmuje się od lat, którą lekko tylko wywrócił do góry nogami i naszpikował gitarowymi odjazdami, ale efekt był zaskakująco lekkostrawny i czytelny. John Cale z zespołem i hiszpańską orkiestrą BCN216 (grali też z Larsem Horntvethem, alva noto, Murcofem) zagrali „Paris 1919”. Zgrabnie, wręcz elegancko, co jednak ukazało pewien archaizm tej muzyki, którego wykonawcy nie przykryli innowacją. I Lindsay’a i Cale’a słuchało się bardzo dobrze, lecz bez dreszczu emocji.

Jedynym mdłym „starociem” okazali się Echo & The Bunnymen, grający w materiał z „Heaven Up Here” i „Crocodiles”. Nuda i nadęcie. Ich koncert odbył się w środę w Poble Espanyol, gdzie do 2005 roku odbywała się Primavera. Na tym rozgrzewkowym koncercie zagrali też Caribou, którzy dobrze otworzyli materiał ze „Swim”, tylko okropny subwoofer przykrywał detale dudnieniem; oraz doskonałe, transowo-motoryczne trio Nisennenmondai – ich koncert niestety był pierwszym w ogóle i akustyk zupełnie sobie z nim nie poradził.

Poprzeczkę wysoko postawioną przez starych wygów nie wszystkim udało się przeskoczyć, ale nie stanowiło to problemu dla regularnych primaverowych gości. Low i Shellac grając po raz czwarty z rzędu (i piąty w ogóle) zagrali w piątek na naszej ulubionej scenie ATP. Low zaczęli od mantrycznego Nothing But Heart, dedykowanego demonstrantom tego dnia brutalnie usuniętym przez policję z Plaça Catalunya (na którym dzień później świętowano wygraną Barcy w Lidze Mistrzów, transmitowaną też na jednej ze scen). Później usłyszeliśmy głównie nowy materiał, ciepły i kolorowy jak chyba żaden wcześniej. W kwartecie z Ericiem Pollardem na klawiszach (perkusista Retribution Gospel Choir), dali koncert wrażliwy i pełny, zarówno brzmieniowo, jak i emocjonalnie. Shellac pokazali, że ich minimalna muzyka może przybierać różne oblicza. Po wybuchowym ubiegłorocznym koncercie teraz zobaczyliśmy Shellac posępny. Bez sesji pytań od publiczności, bez cynicznego humoru Albini’ego, za to ze sporą porcją noise’owych maźnięć kontrapunktujących metaliczne riffy. Usłyszeliśmy bodajże cztery nowe utwory, co cieszy. Każdy kontakt z Shellac pokazuje, jak bardzo prezentowanej przez nich bezkompromisowości i konsekwencji brakuje współczesnej muzyce, a niestety teraz także Primaverze. Na Primaverę powrócili też Battles, którzy poprzednio zagrali w 2007 roku w kilka dni po premierze „Mirrored” i dali jeden z najlepszych koncertów w historii festiwalu. Teraz, jako trio bez Ty Braxtona, Battles zagrali kilka dni przed premierą „Gloss Drop” i niestety nie są już tym zespołem co kiedyś. Techniczna woltyżerka to za mało, gdy brakuje dobrych kompozycji. Gdzieś w międzyczasie Explosions In the Sky i Mogwai obnażali jałową pustkę kiwającego się post-rocka.

Bardziej popowe oblicze festiwalu najciekawiej nakreślili PJ Harvey oraz Sufjan Stevens. Oraz też dobrze, choć nie tak przekonująco, Animal Collective. Wszyscy przyszli do Barcelony z metamorfozą, spoglądając wstecz tylko chwilami i raczej dla przyjemności publiczności niż z własnej potrzeby. PJ Harvey, zjawiskowa w bieli i z autoharfą w ręku, z zespołem ustawionym na drugim końcu wielkiej sceny, ale wychwytującym wszystkie akcenty i nastroje, dała koncert cudowny, podniosły oraz naturalny i delikatny zarazem. Nie widziałem jeszcze, by jedna drobna kobieta tak momentalnie przykuła uwagę kilkunastu tysięcy osób. Spośród których niestety tylko część usłyszała jej muzykę jak należy, bo główna scena Primavery ma niestety wąskie pasmo dobrego brzmienia na wprost sceny, a ten koncert ponadto był za cicho. Rewelacyjnie zabrzmiał za to Sufjan Stevens, który dwa razy wystąpił w Auditori. Na dwa razy większej scenie jego show robiło jeszcze większe wrażenie niż w Warszawie, choć kosztem intymności doświadczenia. Set prawie ten sam co w Warszawie, nie było Casimir Pulaski Day, pojawiło się za to Sister z „Seven Swans”. Przy Impossible Soul publiczność masowo zbiegła pod scenę, a okraszone podrygami balonów Chicago było jeszcze bliższe ideałowi popowej celebracji niż w Polsce. Występujący przed Sufjanem DM Stith zagrał z towarzyszeniem kilku muzyków trupy Stevensa i wypadł dużo ciekawiej niż w Warszawie.

Skoro jesteśmy przy wizualnych oprawach koncertów, to pierwszego dnia na scenie San Miguel mogliśmy za to zobaczyć of Montreal w wyjątkowo skromnej wizualnie postaci – przylecieli tylko na 2 koncerty, więc scenografii nie było, a kostiumy były dość proste. Ale kolektyw z Athens pokazał, że jest w życiowej formie, czy to funkując nową płytą, czy wracając do hitów z „Hissing Fauna…”.

Animal Collective zamykali program głównej sceny (jak w 2008 roku) i wystąpili jako kwartet z Deakinem, z żywą perkusją i gitarą. Grali nowy materiał, ciągle surowy i poszukujący, ale przez to ciekawy – dobrze ich znów zobaczyć w bardziej zwichrowanej postaci, choć oczywiście to Brother Sport i Summertime Clothes wywołały najbardziej gorącą reakcję publiczności. Na swój sposób, na przestrzeni ostatnich dwóch lat AC i Gang Gang Dance wymienili się pozycjami. GGD w 2009 roku zagrali po „Saint Dymphna” koncert trzymający od pierwszych do ostatnich sekund w napięciu, niepokojący i potężny. Teraz po „Eye Contact” zabrali słuchaczy w pastelową podróż, w której psychodelia i orientalizm są jak z National Geographic. Słuchało się ich dobrze - takie Glass Jar i Mindkilla zabrzmiały świetnie – ale tamtej energii trochę żal.

Swojego naturalnego uroku i mocy nie straciła za to Merrill Garbus. Przeciwnie, rozszerzone do kwartetu z sekcją detą tUnE-yArDs połączyło plemienną, dziką obecność Merrill na scenie z głębszym, urozmaiconym brzmieniem. Silny wiatr od morza trochę rozwiewał dźwięk, ale to szczegół. Przez tUnE-yArDs przepadł mi (PL) początek Fleet Foxes, którzy grając w dzień na głównej scenie warunki mieli jeszcze bardziej niesprzyjające. Zwłaszcza, że ich nowe utwory, stanowiące pierwszą i trzecią część koncertu wymagają jeszcze większego skupienia niż hity z debiutu, które wypełniły środek koncertu. Odbiór ich muzyki z oddali, dosłownie i przenośnie, nie był pełnym, ale wystarczał by zauważyć, jak cholernie dobrze gra ten zespół – brzmieniowa paleta bogata, wokalne harmonie bezbłędne, pojawiło się nawet połamane solo na klarnecie basowym w finale wspaniałego The Shrine/ An Argument i zabrzmiało nawet sugestywniej niż na płycie.

Kwestię tego, jak kameralną i intymną muzykę można zaprezentować na scenie, podjęli też Julian Lynch i James Blake na Pitchfork Stage. Ten pierwszy swoje spokojne, zwiewne i letnie utwory, utrzymane w nastroju americany, przerobił świetnie na rockowe kawałki w czteroosobowym składzie. Nabrały werwy, zaczepności i nowej jakości, w odświeżonej, scenicznej odsłonie. Występ Blake'a był jego zupełnym przeciwieństwem – o wiele lepiej sprawdziłby się w zamkniętej przestrzeni (Auditori byłoby oczywistym miejscem), ale sam muzyk wyglądał na mocno pogubionego, jego koledzy z trio też. Utwory wypadły blado i niemalże bez życia, co tym bardziej jest dziwne, że od wydania debiutanckiego longplaya Blake koncertuje niemało. Ale nieporadzenie sobie ze sceną to problem nie tylko młodych – Belle & Sebastian w piątkowy wieczór polegli na głównej scenie. Otwierający w czwartek program na Ray Ban Moon Duo dali sobie radę, ale ich muzyka po prostu nie pasowała do czasu i miejsca.

W naszpikowanym gwiazdami programie ciężko było znaleźć czas na poszukiwania rzeczy nowych. Na pewno dla wielu takim odkryciem było Factory Floor, którzy w czwartkową noc na scenie ATP zaprezentowali swoją pół-improwizowaną, motoryczną, hipnotyczną muzykę, w której syntetyczne pulsy scalają się ze zmechanizowaną perkusją i gitarowym tsunami. Tym razem młodym Anglikom na syntezatorach towarzyszył (w zastępstwie) Chris Carter z Throbbing Gristle, dzięki czemu ich koncert był inny niż ten, który widzieliśmy kilka miesięcy temu. Nie przegapcie ich na Offie, bo to koncertowa petarda. Wcześniej na scenie ATP zaprezentowała się brytyjska formacja Islet. Grupa dość nieokiełznana, bo jej muzyka mająca wspólny mianownik choćby z Liars, Liquid Liquid czy Health, pełna była połamanych, etnicznych bębnów, rzężących gitar, klawiszy i plemiennego szału. Grupa zwinnie wymieniała się instrumentami, czasem lekko się przy tym gubiąc, a wokalista w swoim ADHD sprawiał wrażenie jakby ważniejsza dla niego była dobra zabawa. Jednak Islet zagrali porządny koncert i zdecydowanie warto zwrócić na nich uwagę w przyszłości.

Część redakcyjnej ekipy po zobaczeniu olbrzymiej kolejki na koncert Johna Cale'a przypadkiem trafiła na scenę Ray Ban, z której po 17 dochodziły dziwne i hałaśliwe dźwięki. To hiszpański duet Za!, który niemal momentalnie stał się objawieniem tegorocznej edycji imprezy. Grupie, przez nazwę i zasłużenie mogącej kojarzyć się z Zs i Zu, blisko do performatywnych występów Ed Wooda, zagrała obłędny set, pełen hałaśliwych gitar, gęstego basu albo trąbki, ale też plemiennych rytmów i śpiewów. W końcu na Primaverze coś mało znanego porządnie zaskoczyło. Z drugiej strony, wylansowany na gwiazdę Salem spełnił najbardziej czarne oczekiwania – to był najgorszy koncert, jaki widzieliśmy na Primaverze przez bite pięć lat. Kompletna amatorka na poziomie disco polo, ludzie (nie muzycy), którzy nie potrafią grać ani śpiewać, którzy nie słyszą się nawzajem. Dramat.

Co prawda na scenie Adidas originals odbywały się showcase’y, ale rzadko na nie się trafiało. Udało nam się na szczęście zobaczyć dwa bardzo ciekawe polskie zespoły – Kyst i Woody Alien. Kyst zagrali tak jak od pewnego czasu mają w zwyczaju, ale powyżej przeciętnej. Woody Alien mieli za sprawą samego natężenia dźwięku trochę więcej argumentów do przyciągnięcia osób postronnych, które stopniowo wypełniłu przestrzeń pod sceną, aż po rewelacyjnym koncercie musieliśmy kilku tubylców zapewniać, że zespół na pewno rozda autografy, gdy tylko złoży sprzęt.

Na koniec, jak to na festiwalu, trochę didżejki i elektroniki. DJ Shadow, schowany w kuli lub za nią, dał jeden z najbardziej kuriozalnych występów, jakie widziałem w życiu. Pierwszy, po którym wyświetlono napisy końcowe (nawet był ktoś od R&D). Jeśli ktoś ma wątpliwości, że sety didżejskie to ściema, Shadow AD2011 ich nie rozwieje, wręcz przeciwnie. Niemal taneczne sety przygotowali Gold Panda i Baths. Pierwszy zdecydowanie bardziej w rejonach house i techno, co - nawet jeśli tylko się słuchało - brzmiało ciekawie i spójnie. Baths natomiast zabrał wszystkich w wymiar, któremu bliżej było do setów Flying Lotusa, jednak położył większy nacisk na piosenkowość utworów. Takie Apologetic Shoulder Blades czy Indoorsy brzmiały świetnie, a masa zgrzytów, precyzyjnie wplatanych w melodie, dodawała im klimatu i ciekawie je wzbogacała. Aż dwa sety zagrał Kode9. Pierwszy złożony był z muzyki Buriala i miał doskonałe brzmienie. Drugi był wymuszonym ersatzem koncertu Kode9 & The Space Ape – ten drugi nie mógł wystąpić ze względu na chorobę. Wychodząc od tytułowego numeru z ostatniej płyty duetu Kode9 poszedł w bardziej taneczne klimaty, ale o 5:30 rano ostatniego dnia to już było za dużo.

Widać, że po latach budowania pozycji i rozpoznawalności Primavera Sound chce być wyznacznikiem tego, co ważne w muzyce… no właśnie, jakiej? Nie-mainstreamowej? Niekomercyjnej? Niezależnej? Pięć lat temu nie miałbym wątpliwości, ale spoglądając na line-up takich festiwali jak Primavera czy Pitchfork fest w Chicago widać rozmycie tych pojęć. W zapowiedzi w „The Wire” napisano „indie and beyond”. Sprytnie, niech tak zostanie, może to tylko skróty myślowe, a koncepcja Primavery od lat się nie zmienia, tylko jej realizacja nabiera rozmachu. Niestety diabeł tkwi w szczegółach, czy w tym przypadku w skali – cudowna atmosfera festu się ulotniła, niespieszny południowy luz zastąpiły masowe migracje tłumów, a w line-upie nagle zmieścił się Interpol. Drugą stroną medalu skali jest korporacyjna narośl, którą Primavera obrosła. Sponsorzy zawsze byli i są potrzebni, ale scena pod hasłem cukierków miętowych jest trochę dziwaczna. Zupełną bzdurą jest ustawienie w centrum festiwalu pudełka po trampkach adidasa wielkości autobusu i usłanie punktu dla prasy poduszkami z logo firmy. Potrzebnych chyba po to, by w większym komforcie oglądać wdzięczącą się z ekranów Kate Perry. Na szczęście program festiwalu był tak mocny, że w jego trakcie niespecjalnie było kiedy się nad tym wszystkim zastanawiać. Zobaczymy co za rok – pęknie 50 tys. ludzi dziennie, przyjedzie Coldplay a U2 zagra „War”? Tymczasem zapraszamy do obejrzenia galerii.

[tekst: Piotr Lewandowski, Jakub Knera]

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Suicide [fot. Piotr Lewandowski]
Suicide [fot. Piotr Lewandowski]
Suicide [fot. Piotr Lewandowski]
Suicide [fot. Piotr Lewandowski]
Glenna Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenna Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenna Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenna Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenna Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenna Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Einstürzende Neubauten [fot. Piotr Lewandowski]
Einstürzende Neubauten [fot. Piotr Lewandowski]
Einstürzende Neubauten [fot. Piotr Lewandowski]
Einstürzende Neubauten [fot. Piotr Lewandowski]
Einstürzende Neubauten [fot. Piotr Lewandowski]
Low [fot. Piotr Lewandowski]
Low [fot. Piotr Lewandowski]
Low [fot. Piotr Lewandowski]
Low [fot. Piotr Lewandowski]
Low [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
DM Stith [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Sufjan Stevens [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Animal Collective [fot. Piotr Lewandowski]
Animal Collective [fot. Piotr Lewandowski]
Animal Collective [fot. Piotr Lewandowski]
Animal Collective [fot. Piotr Lewandowski]
Animal Collective [fot. Piotr Lewandowski]
Gang Gang Dance [fot. Piotr Lewandowski]
Gang Gang Dance [fot. Piotr Lewandowski]
Gang Gang Dance [fot. Piotr Lewandowski]
Gang Gang Dance [fot. Piotr Lewandowski]
of Montreal [fot. Piotr Lewandowski]
of Montreal [fot. Piotr Lewandowski]
of Montreal [fot. Piotr Lewandowski]
of Montreal [fot. Piotr Lewandowski]
of Montreal [fot. Piotr Lewandowski]
tUnE-yArDs [fot. Piotr Lewandowski]
tUnE-yArDs [fot. Piotr Lewandowski]
tUnE-yArDs [fot. Piotr Lewandowski]
tUnE-yArDs [fot. Piotr Lewandowski]
Fleet Foxes [fot. Piotr Lewandowski]
Fleet Foxes [fot. Piotr Lewandowski]
Arto Lindsay [fot. Piotr Lewandowski]
Arto Lindsay [fot. Piotr Lewandowski]
Arto Lindsay [fot. Piotr Lewandowski]
John Cale + BCN216 [fot. Piotr Lewandowski]
John Cale + BCN216 [fot. Piotr Lewandowski]
John Cale + BCN216 [fot. Piotr Lewandowski]
John Cale + BCN216 [fot. Piotr Lewandowski]
Moon Duo [fot. Piotr Lewandowski]
Moon Duo [fot. Piotr Lewandowski]
Caribou [fot. Piotr Lewandowski]
Caribou [fot. Piotr Lewandowski]
Caribou [fot. Piotr Lewandowski]
Nisennenmondai [fot. Piotr Lewandowski]
Nisennenmondai [fot. Piotr Lewandowski]
Nisennenmondai [fot. Piotr Lewandowski]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
Factory Floor [fot. Piotr Lewandowski]
James Blake [fot. Piotr Lewandowski]
James Blake [fot. Piotr Lewandowski]
Salem [fot. Piotr Lewandowski]
DJ Shadow [fot. Piotr Lewandowski]
DJ Shadow [fot. Piotr Lewandowski]
Kode9 [fot. Piotr Lewandowski]
Echo & The Bunnymen [fot. Piotr Lewandowski]
Echo & The Bunnymen [fot. Piotr Lewandowski]
Kyst [fot. Piotr Lewandowski]
Kyst [fot. Piotr Lewandowski]
Kyst [fot. Piotr Lewandowski]
Kyst [fot. Piotr Lewandowski]
Woody Alien [fot. Piotr Lewandowski]
Woody Alien [fot. Piotr Lewandowski]
Woody Alien [fot. Piotr Lewandowski]
Primavera Sound 2011 [fot. Piotr Lewandowski]