polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Bill Callahan
Astra | Berlin | 15.05.11

Wyobrażacie sobie Billa Callahana w Polsce, w klubie wielkości warszawskiej Stodoły, z biletami w okolicach stówki? Berlińska Astra wypełniona była na moje oko jakimiś ósmioma setkami osób. To pierwszy poważny szok. Ale jestem go sobie w stanie jakoś wytłumaczyć jednym słowem - sehnsucht. Drugi już bardziej przypominał żenujące sceny z Polski, ale tej z wczesnych lat 90. - płatne WC w klubie. Co więcej, można było sobie wykupić abonament na cały wieczór za wartość czterech wizyt... Wstyd po całości.

Callahan na scenę wychodzi w jasnym garniturze, brązowych eleganckich butach i szklanką whisky, bez żadnych koloryzujących rozcieńczaczy. Instrumentem, na którym będzie dziś grał jest gitara akustyczna, później dołączy do niej czasem harmonijkę ustna. Towarzyszą mu grający na gitarze elektrycznej Billy (?) MacKenzie i perkusista Neal Morgan. Brak fortepianu każe z miejsca pożegnać się z marzeniami o I Break Horses. Przed panami stoi bukiet kwiatów.

Zaczynają od Riding for the Feeling z nowej płyty. Zagrają ją dziś niemal w całości, bez One Fine Morning. Z niewielkimi wyjątkami wszystkie kompozycje otwiera na koncercie gitara Callahana. Nie ma wątpliwości, że to on jest tu najważniejszy. Nad całą panoramą dźwięku zdecydowanie góruje jego wokal.

Nie wiem czy zwolennicy poprzedniej płyty, "Sometimes I Wish I Were An Eagle", byliby zadowoleni. Niby był Jim Cain, było Eid Ma Clack Show, Rococo Zephyr i Too Many Birds. Ale który z nich nie zamieniłby ich wszystkich na All Thoughts Are Prey to Some Beast i Faith/Void?

Punktów kulminacyjnych jest kilka i raczej wiążą się z tymi starszymi utworami. Z czasów Smoga, z nawiasami czy bez, pojawią się Our Anniversary, Say Valley Maker, Rock Bottom Riser i Bathysphere. Jest jeszcze Let Me See the Colts, ostatni utwór na ostatniej płycie (Smog). Ale to już zapowiedź wydawnictw sygnowanych jako Bill Callahan. Słowa uznania należą się obu muzykom towarzyszącym. Callahan osiąga maksimum efektów przy użyciu minimalnych środków. Oni jednak potrafią dodać odpowiedni poziom rozimprowizowanego hałasu, dociążyć, gdzie trzeba zbudować napięcie. Bardzo dobrze wypadają obok siebie nowe Drover i Universal Applicant, ten ostatni właśnie z niezwykle sugestywnym, niespiesznym, ale demolującym użyciem wah-wah w końcówce. Na sam koniec Bathysphere i Honeymoon Child. Nie wymarzyłbym takiego finiszu, bo zdążyłem już zapomnieć jaką kapitalną piosenką Honeymoon Child jest.

Callahan, Callahan... Głos gdzieś między deklamacją a śpiewem. Nie wyciąga, nie skacze po skalach. Skąd czerpie siłę? Często przepycha się przez zaciśnięte zęby. Introwertyczna natura, odsyłająca w swoich piosenkach najczęściej do toposu rzeki. Płynącej raz pokornie - dążącej do morza, jedynej ucieczki, raz wzbierającej i burzliwej. Nieprzeniknionej. Suma doświadczeń. Emocje prawie kipiące. Ale jednak pod przykrywką. Kontakt z publicznością nie wykroczy poza zdawkowe "thank you", przedstawienie muzyków czy jakże ostentacyjne "you've been a beautiful audience".

Mój zarzut wiąże się z doborem i ułożeniem repertuaru. Say Valley Maker i Rock Bottom Riser rozdzielone przez The Well i Let Me See The Colts to najjaskrawszy przykład nieliczenia się z emocjami widowni. Bez żalu bym też przyjął skrócenie koncertu z dwóch godzin o jakąś jedną czwartą i zastąpienie z pięciu co bardziej ewidentych snujów dwoma numerami o większym ciężarze, emocjonalnymi terrorystami, których Callahan popełnił tak wiele. Potem sam się zastanawiałem czy można te stare kompozycje wykonywać z tą samą pasją? Śpiewać te same teksty z tą samą żarliwością? Z czasów spędzonych z przesączoną wtedy toksynami Chan Marshall. Czy potem z nie do końca chyba dojrzałą emocjonalnie Joanną Newsom, która jakby na potwierdzenie moich wąptliwości chodzi teraz z tym aktorem, który z Christiną Ricci grał w "Prozac Nation". Come on... Niby żałuję, że nie, ale chyba tak naprawdę za tę uczciwość - przede wszystkim wobec siebie samego - cenię go najbardziej. Nawet wybaczam mu gdy pod koniec koncertu kilka razy się uśmiechnie...

[zdjęcia: Bartek Gil]

Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]
Bill Callahan [fot. Bartek Gil]