polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
My Disco Little Joy

My Disco
Little Joy

Muzycy My Disco mają z Melbourne do Chicago szmat drogi. Nic więc dziwnego, że na dogrywki i miks woleli się wybrać do Sydney, niż wracać do Steve’a Albini’ego i jego Electrical Audio. Niemniej jednak już pierwsze sekundy ich trzeciego long-playa unaoczniają więź z najbardziej bezkompromisową personą rocka ostatnich trzech dekad, którego surowy realizatorski sznyt robi muzyce My Disco kapitalną przysługę. Podobnie jak Shellac, Australijczycy wykorzystują najbardziej bazową formułę rockowego trio, ale traktują ją jeszcze bardziej minimalistycznie. Rytmicznej i harmonicznej konsekwencji towarzyszy surowa rejestracja i równouprawnienie w miksie wszystkich (aż trzech) instrumentów, oraz wyodrębnienie ich detali i rezonansów. Wraz ze skąpym, powłóczystym wokalem, ta czerpiąca z repetycji i faktury muzyka buduje posępną, przytłaczającą atmosferę. Nie można tego słuchać w kawałkach, nie można tego słuchać cicho. Natomiast zwłaszcza w dobie gitarowej mizerii i taniego efekciarstwa słuchać tego warto. Frajdy jest tu faktycznie mało, za to kapitalnego, surowego i mocnego grania całkiem sporo. Po dwóch płytach wydanych bez ogólnoświatowej dystrybucji, My Disco zainteresował się amerykański label Temporary Residence (The Books, Bellini, Black Heart Procession, Three Mile Pilot), więc dostępność tego materiału wzrosła i może wreszcie zespół uzyska rozpoznawalność, na jaką zasługuje.

[Piotr Lewandowski]