polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Decemberists King is Dead

The Decemberists
King is Dead

Po ryzykownym wieczorze w operze z „Hazards of Love”, Decemberists wracają w interior, tym razem wręcz na wieś spokojną i wesołą. Folkowy pierwiastek, zawsze im bliski, czy wręcz przez nich popularyzowany, tym razem potraktowany został bardzo dosłownie – chwytliwe indie-rockowe piosenki raz po raz podkreśla rustykalna linia mandoliny, buzuki czy akordeonu, a gitara steel uwzniośla melancholijne momenty. Colin Meloy i jego trupa porzucili też rozbuchaną dramaturgię i postawili na zwarte piosenki – to ich pierwsza w karierze płyta, na której tylko jeden utwór przekracza pięć minut, i to nieznacznie. Także pierwsza z Peterem Buckiem z R.E.M. w roli gościnnego gitarzysty i pierwsza, która wskoczyła na czoło listy Billboardu dzięki sprzedaży niemal 100 tysięcy egzemplarzy w jednym tygodniu. I łatwo ten szeroki odbiór zrozumieć – materiał jest zgrabny i wpada w ucho, zaaranżowany jest ze smakiem, zagrany bezbłędnie, zaśpiewany z zaangażowaniem i emocje przekazuje klarownie. Słuchając takich Don’t Carry It All, Calamity Song, Rox in the Box czy Down by the Water uświadamiamy sobie, że Decemberists wypracowali już własny, rozpoznawalny kanon piosenki. Szkoda tylko, że w tym kanonie czują się tak wygodnie i bezpiecznie, że w efekcie „The King Is Dead” słucha się przyjemnie, ale bez śladu ekscytacji towarzyszącej „Picaresque” i „The Crane Wife”.

[Piotr Lewandowski]