polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Deicide To Hell With God

Deicide
To Hell With God

Naczelni piewcy bluźnierstwa powracają z dziesiątym albumem. „To Hell With God” to pierwszy krążek w barwach Century Media i choć dla starych, ortodoksyjnych fanów Deicide będzie tylko kolejnym punktem w dyskografii, to trzeba przyznać, iż tym razem chimerycznemu Bentonowi & Co. udało się nagrać przyzwoity materiał. Bałem się powrotu do bezpłciowych płyt „Insineratehymn” czy „In Torment In Hell” oraz zbyt dużego nagromadzenia cukierkowatych solówek Ralpha Santolli. Musiałem wreszcie zatrzeć mizerię sceniczną, jaką uraczył mnie ten zespół przed dwoma laty, zacisnąć zęby, puścić w niepamięć niemiłe wspomnienia i przyjąć na klatę najnowszy wypiek z obozu Amerykanów. Po pierwsze, Santolla został trochę ograniczony i jego namolne gitarowe wtręty są słyszalne w mniejszej dawce. Po drugie, Deicide nie ma zamiaru nagrywać drugiej części „Legion”, stąd szybko rozwieję płonne nadzieje kilku niepoprawnych optymistów. „To Hell With God” nadal trzyma się deathmetalowych ram, które zespół buduje od płyty „The Stench Of Redemption”. Wokal Bentona ciągle poraża brutalnością, a perkusyjne galopady Asheima wypadają znakomicie. Tempa raczej średnie i szybsze, choć w takim How Can You Call Yourself A God świetnie sprawdzają się te umiarkowane i bardziej stonowane. Zespołowi brakuje trochę pomysłów, a może twórczej odwagi, aby wyjść poza przetarte szlaki. To nadal muzyka skupiona na brzmieniowej jednostajności, podporządkowana wypracowanym przez ostatnie lata schematom. Twórcza sytuacja Deicide przypomina mi nasz rodzimy Vader, który nagrywa poprawne do bólu płyty, ale nie jest w stanie stworzyć nic, co by przetrwało więcej niż jeden sezon.

[Marc!n Ratyński]