polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Tallinn Music Week 2011
Tallin | 23-25.03.11

Wyścig polskich miast po tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 nabrał takiego tempa i pikanterii, że trudno wręcz zarejestrować, jakie miasta pełnią rolę ESK 2011. Zgodnie z przyjętą kilka lat temu konwencją, stolice w tym roku są dwie – Tallin i Turku. Dzięki rozmachowi, z jakim realizowany jest program ESK w Estonii, Wasz korespondent trafił na Tallinn Music Week, prezentujący ok. 150 koncertów w przeciągu trzech dni. TMW to raczej showcase niż festiwal, czyli wystąpili na nim przede wszystkim artyści estońscy, grający głównie szeroko rozumianą muzykę popularną, choć znalazło się też miejsce na poważkę. Niepotraktowaną jednak zbyt poważnie, bo zaprezentowaną w ichniej filharmonii w serii absurdalnie krótkich, 10-minutowych występów. Arvo Pärta nie grano. Na TMW zaproszono też kilku wykonawców z krajów ościennych (Litwa, Łotwa, Rosja, Finlandia), a także pojedyncze zespoły ze Szkocji, Szwecji, Kanady i Japonii, co zdecydowanie podniosło poziom imprezy.

Zacznijmy od reprezentantów gospodarzy, wśród których nie było może szczególnych rewelacji, ale parę ciekawych rzeczy się znalazło. Sympatyczne były dwa zespoły, które miały intrygujący pomysł na siebie, choć nieco monotonnie realizowany. AMOEBA pop-rockowe piosenki ubrali w syntetyczne, mocne brzmienie, a wyrazistą sceniczną prezencją nadrabiało muzyczne braki. Kosmofon, w otoczeniu kineskopowych telewizorów, grali wyimaginowany soundtrack do czasów, gdy bratnie kraje wysyłały kolejno swego pierwszego obywatela w kosmos. Oba zespoły jednak trochę za szybko stawały się przewidywalne. Wrażenie robił również koncert Iiris – przez niektórych zapowiadanej jako estońska Bjork, moim zdaniem będącej raczej estońską Brodką. Iiris, też nieduża, podobała mi się jednak bardziej niż Monika B., a jej szoł w kapitalnym Van Krahl Theatre miał rozmach i klasę. Bardzo dobry pop z ambicjami i lekką nordycką nutą.

Iiris była zdecydowanie najciekawszą postacią wśród estońskich wykonawców sięgających wprost po rozpoznawalne konwencje światowej popkultury. Niejaki Leslie Da Bass, który w klubie Rockcafe, fajnie adaptującym poprzemysłową przestrzeń, zgromadził kilkusetosobową publiczność, był raczej irytujący. Połączenie melancholii The Cure i dramatyzmu Depeche Mode z drum’n’bassowymi i jungle’owymi patentami to pomysł pewnie na czasie, ale męczący. Przewidywalny koncert szybko zaczął drażnić, mimo dopracowanych wizualizacji.

Na TMW zobaczyliśmy też kilka zespołów lokalnego offu, z których najbardziej podobał mi się Zahir – poprawny, lekko bluesujący noise rock. Moja sympatia do tego trio na dwie gitary i bębny byłaby może mniejsza, gdybym zobaczył w Tallinie inne zespoły grające od dawna i w estetyce, która nie jest specjalnie modna. W modny sposób próbował grać zespół Honey Power, który od pierwszych do ostatnich sekund koncertu starał się upodobnić do Pavement. Na próżno. Ciekawostką, choć strasznie amatorską, był hip-hipowy duet Doktor Normal & MC Roki, grający w klimacie połowy lat 80-tych. Przekomarzanie się z Run DMC to jednak pomysł na 10, nie 40 minut koncertu. A propos, czy w Polsce jakiś raper potrafiłby cały koncert nawijać po angielsku?

By uniknąć nadmiaru estońskich kopii popkulturowych klisz wybrałem na wieczór Eesti Pärimusmuusika Keskus – Estońskiego Centrum Muzyki Tradycyjnej. Tradycyjnej, ale podanej w dość przefiltrowanej postaci. Septet NolensVolens zaprezentował właśnie trawestacje tradycyjnych utworów a capella, z lekkimi akcentami rytmicznymi. Dziewczęta oscylowały między sacrum i profanum, co nie zawsze przekonywało, ale w kilku momentach – gdy adaptowały pieśń weselną, albo imitowały duet trąbek – były kapitalne. Uroczy i bezpretensjonalny był koncert grupy Gjangsta, czterech młodych chłopaków grających na mandolinach, gitarze i kontrabasie tradycyjną muzykę na instrumenty strunowe i własne kawałki. Folk w muzyce Mari Pokinen rozumiany był jako song-writing, nie było w niej odniesień do lokalnej tradycji muzycznej. Ale i Mari okazała się fenomenem ewidentnie lokalnym – śpiewane po estońsku, sympatyczne, ale pozbawione szczególnych wyróżników muzycznych piosenki na gitarę solo i głos znajdowały duży oddźwięk wśród lokalnej publiczności i były kompletnie niezrozumiałe dla pozostałych. Estoński jest skrajnie trudnym językiem dla obcokrajowców, więc Mari kariery poza granicami kraju nie zrobi, ale po intymnej niemal relacji z publicznością widać było, że to świadomy wybór i realizowany z klasą. Żałuję, że nie dotarłem na showcase jazzowy, ale rozdwoić się nie sposób.

Tak jak wspomniałem, najmocniejsze wrażenia na TMW zapewnili jednak artyści spoza Estonii. Alan McKim, jedyny muzyk brytyjski w programie TMW, zagrał jako jeden z pierwszych i stał się największym odkryciem showcase’u. Występujący solo z gitarą Szkot dał bezkompromisowy, desperacki i porywający koncert. Choć kompozycyjnie nie był szczególnie nowatorski i tak też wypada na swej jedynej epce, to okazał się prawdziwą osobowością sceniczną – charyzmatyczną i przykuwającą uwagę surową, wyrazistą energią. Przypominał tym trochę Glena Hansarda. Zostałem fanem, podobnie jak prezydent Estonii Toomas Hendrik, ponoć wielbiciel Arcade Fire, którego obecność na tym koncercie była praktycznie niezauważalna dla innych uczestników. Następnego dnia prezydent otworzył seminaryjną część showcase’u. Estonia jednak jest miejscem dość szczególnym. Kanadyjka Devon Sproule pokazała zaś spory potencjał na wieczorze folkowym. Muzycznie ze swym kwartetem była raczej czytelna, ale doskonały głos i zaangażowanie sprawiły, że tej nawiązującej do Joni Mitchell, ale jednak przekornej młodej artystki słuchało się bardzo dobrze.

Wyjątkowe okazało się fińskie trio Cleaning Women, którego koncert to swoisty performans – muzycy grają na własnoręcznie skonstruowanych instrumentach: perkusji z części pralek, gitarze o pudle rezonansowym z kubła, cudacznym basie i dwóch instrumentach skonstruowanych ze strun rozpiętych na czymś przypominającym suszarkę na pranie. Gotycko-industrialny image już przy tym arsenale nie robił wrażenia. Muzycznie Cleaning Women opierali się na industrialu, krautrocku, ale że mają na koncie kilka soundtracków do niemych filmów, to ich muzyka miała też ciekawy, plastyczny wymiar. Naprawdę ciekawe przeżycie. Pierwszego dnia w przyjemnym i dobrze nagłośnionym barze Van Krahl zobaczyliśmy grupę On Volcano, która jest ponoć jedną z większych nadziei fińskiej muzyki i krótkim koncertem pokazała, że coś jest na rzeczy. Ciekawy balans między melodyjnością a shoegaze’ową przestrzenią, chłodny romantyzm i solidna instrumentalna forma sprawiły, że będę się przyglądał rozwojowi tej grupy, która ma na koncie dopiero jedną epkę.
Ostatecznie, taneczny akcent najlepiej zapewnili goście z zagranicy, których notabene gościliśmy już w Polsce. Tkana z syntezatorów analogowych, bawiąca się kliszami muzyki tanecznej i brzmieniem retro muzyka Slagsmålsklubben absolutnie przemawia do mnie na żywo. Zwłaszcza, że jest w niej solidny element niedopowiedzenia i przypadku. Estońskich didżejów przyćmił natomiast swoim live actem Rosjanin Mujuice – ale to już postać rozpoznawalna, przed nim występ na tegorocznym Sonar.

Estończycy postrzegają siebie jako naród bliżej związany z kulturą nordycką niż sąsiadami Słowianami i w konsekwencji również wysoko stawiający kulturę w zbiorowej hierarchii wartości. Choć muzycznego odpowiednika Skype’a Estończykom do tej pory nie udało się stworzyć, to skala aktywności robi wrażenie – w kraju liczącym milion z odkładem mieszkańców na trzeciej edycji showcase’u pokazano ok. 130 lokalnych zespołów. Proporcja „1 zespół na 10 000 mieszkańców” w warunkach polskich oznaczałaby przegląd 3 750 wykonawców… Demografię jednak ciężko oszukać, dlatego oprócz kilku ciekawostek ściśle lokalnych i paru zespołów o ciekawym pomyśle na siebie, wystąpiła masa wykonawców mniej lub bardziej sprawnie wdrażających globalnie występujące konwencje i estetyki. Fenomen Islandii polega przecież również na tym, że jest tylko jedna…

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

AMOEBA [fot. Piotr Lewandowski]
AMOEBA [fot. Piotr Lewandowski]
AMOEBA [fot. Piotr Lewandowski]
Iiris [fot. Piotr Lewandowski]
Iiris [fot. Piotr Lewandowski]
Iiris [fot. Piotr Lewandowski]
Kosmofon [fot. Piotr Lewandowski]
Kosmofon [fot. Piotr Lewandowski]
Leslie Da Bass [fot. Piotr Lewandowski]
Leslie Da Bass [fot. Piotr Lewandowski]
Leslie Da Bass [fot. Piotr Lewandowski]
Zahir [fot. Piotr Lewandowski]
Zahir [fot. Piotr Lewandowski]
Zahir [fot. Piotr Lewandowski]
Honey Power [fot. Piotr Lewandowski]
Honey Power [fot. Piotr Lewandowski]
Doktor Normal & MC Roki [fot. Piotr Lewandowski]
NolensVolens [fot. Piotr Lewandowski]
NolensVolens [fot. Piotr Lewandowski]
NolensVolens [fot. Piotr Lewandowski]
NolensVolens [fot. Piotr Lewandowski]
Gjangsta [fot. Piotr Lewandowski]
Gjangsta [fot. Piotr Lewandowski]
Mari Pokinen [fot. Piotr Lewandowski]
Mari Pokinen [fot. Piotr Lewandowski]
Mari Pokinen [fot. Piotr Lewandowski]
Alan McKim [fot. Piotr Lewandowski]
Alan McKim [fot. Piotr Lewandowski]
Alan McKim [fot. Piotr Lewandowski]
Devon Sproule [fot. Piotr Lewandowski]
Devon Sproule [fot. Piotr Lewandowski]
Devon Sproule [fot. Piotr Lewandowski]
Cleaning Women [fot. Piotr Lewandowski]
Cleaning Women [fot. Piotr Lewandowski]
Cleaning Women [fot. Piotr Lewandowski]
Cleaning Women [fot. Piotr Lewandowski]
Cleaning Women [fot. Piotr Lewandowski]
Cleaning Women [fot. Piotr Lewandowski]
On Volcano [fot. Piotr Lewandowski]
On Volcano [fot. Piotr Lewandowski]
On Volcano [fot. Piotr Lewandowski]
On Volcano [fot. Piotr Lewandowski]
Slagsmålsklubben [fot. Piotr Lewandowski]
Slagsmålsklubben [fot. Piotr Lewandowski]
Slagsmålsklubben [fot. Piotr Lewandowski]
Slagsmålsklubben [fot. Piotr Lewandowski]
Mujuice [fot. Piotr Lewandowski]
Mujuice [fot. Piotr Lewandowski]