polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Morcheeba Blood Like Lemonade

Morcheeba
Blood Like Lemonade

Zaczęło się w latach 90-tych i znów okazuje się, że nie ma końca. Od pierwszego albumu „Who can you trust?” (1996) minęło sporo czasu i  „Blood like lemonade” (2010) można nazwać powrotem do przeszłości. Wczesne, czarujące brzmienie Morcheeby, rozmemłało się pod koniec lat 90. lekką trip-hop-popową kiszkę. W tym roku nastąpił przełom, zespół odzyskał dawną wokalistkę Skye Edwards, a wraz z nią dawne brzmienie. Czy bardziej pod publikę był popowy zwrot dekadę temu, czy obecny powrót do korzeni, to inna sprawa. Grunt, że, niczym wyrafinowaną bombonierką, możemy delektować się dziesięcioma utworami z nowej płyty.

Początek przynosi leniwe brzmienie, delikatne wibracje, niesamowity głos wokalistki. Spokojnie i bez pośpiechu -  klasyczny trip-hop. Kontynuację podróży do magicznej krainy spokoju i wyciszenia przerywa nagłe BUM! w utworze tytułowym. Tekst z krainy spokoju bowiem nie pochodzi. Warto wsłuchać się w słowa o poszukającym cichej lemoniadowo krwawej zemsty i odkryć swoją interpretację. Płynna melodia, sample, wyważone brzmienie gitary elektrycznej tworzą spójną całość. Uwagę zwracają dwa utwory, wykraczające poza kanon – I am the spring, akustyczny kawałek z wokalem Skye. Inspiracja, radość i depresja w jednym. Drugim jest instrumentalny popis umiejętności braci Godfrey – przesterowana gitara, keyboard, zaskakujące bity, odrobina psychodelii i posmak electro.
Spoglądając z osobna, w każdym kawałku jest coś magicznego, co czyni go zupełnie od pozostałych. Jednak w albumie jest ukryta harmonia, jakby koniec jednego utworu był początkiem kolejnego. Warto powrócić do odnowionego stylu Morcheeby i po raz kolejny zasłuchać się w prawdziwym, brytyjskim trip-hopie. Niby nic szczególnie nowego, ale w sam raz na chłodne i leniwe, jesienno-zimowe dni.

[Dorota Owczaryszek]