polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Ars Cameralis 2010
Katowice | 06-29.11.10

Rok temu pisałem na stronach POPUP, że okręg katowicki powinien podążać drogą promocji poprzez kulturę i sztukę, że Górny Śląsk się odradza, następują zmiany na lepsze, wraca wielokulturowość. Minęło dwanaście miesięcy i Katowice razem z Warszawą, Gdańskiem, Wrocławiem i Lublinem znalazły się w polskim finale konkursu Europejska Stolica Kultury 2016.

Niewątpliwie ważnym elementem tego odrodzenia jest, obok Off Festivalu, organizowany od kilkunastu lat w Katowicach i miastach ościennych Górnośląski Festiwal Sztuki Kameralnej Ars Cameralis.

Awangarda się sprawdza

Jednym z ważniejszych wydarzeń otwierających tegoroczną edycję był dość spokojny i raczej niemuzyczny występ słynnej nowojorskiej artystki Laurie Anderson. Pochodząca z Illinois piosenkarka, plastyczka, reżyserka, rzeźbiarka i kompozytorka zasłynęła performance'em – symfonią zagraną na klaksonach samochodów oraz współpracą z Lou Reedem, Brianem Eno, Jeanem-Michelle Jarre'em, Phillipem Glassem, Adrianem Belew i komikiem Andym Kauffmanem. W chorzowskim Teatrze Rozrywki Anderson zaprezentowała Transistory Life, czyli przegląd jej twórczości literackiej połączony z improwizacją muzyczną. Backgroundem dźwiękowym były tutaj zelektryfikowane skrzypce, elektroniczne efekty, loopery, klawisze, syntezatory i komputer. Trudno mówić tutaj o koncercie, gdyż to literatura stanowiła clue występu Amerykanki, to opowiadania magnetyzowały i zwracały uwagę, dźwieki były dopełnieniem. Muzyka, gdyby pozostać na poziomie instrumentalnym i skompresować najbardziej skupiące uwagę wątki, mogłaby być interesującą suitą przez trzydzieści do czterdziestu pieciu minut, w Chorzowie doświadczyliśmy występu trwającego niecałe dwie godziny. Gdyby nie humorystyczne, mroczne, egzystencjalne, radosne, liryczne i tajemnicze opowieści nt. róznych etapów kariery Anderson (czy też – bohatera litycznego jej opowiesci) – od pracy jako wykładowca uniwersytecki, przez spontaniczny wyjazd na Biegun Północny, po pracę w fast-foodzie, występ performerki byłby raczej średnio udany. Na szczęscie artystka połączyła literaturę i muzykę w jedno, tworząc przyjemny, dający do myślenia, a jednocześnie zabawiający widza spektatkl.

Weltschmerz kluczem do sukcesu

Kolejne dni festiwalu zapowiadały na przemian: muzykę nowatorską, odkrywczą, awangardową oraz muzyków, których można umieścić w ramach gatunku, który na potrzeby tej relacji pozwolę sobie antonimicznie nazwać: mainstreamem muzyki alternatywnej. Z jednej strony Obara z nowojorskimi jazzmanami z materiałem free (tym razem w trio), z drugiej grające muzykę live do filmu Aelita avantpopowe Pustki, gdzieś pośrodku dziewięcioosobowa, freakowa orkiestra dęta prosto z Chicago: Hypnotic Brass Ensemble.

Koncert The National i supportujących ich występ Midlake zdecydowanie należał do kategorii mainstreamu alternatywy. Był też potwierdzeniem teorii mówiącej o tym, że wokaliści cierpiący na weltschmerz są zawsze mile widziani w Polsce, a deski scen naszych teatrów, klubów i stadionów to żyzna gleba dla ich popularności oraz kolektywnego przeżywania traum, które jako naród przecież uwielbiamy. Nie jest to zła muzyka, W czasie, gdy Interpol kopiuje samego siebie, a Editors powoli odchodzą w cień, The National są idealnym daniem dla fanów Joy Division będących już ukształtowanymi dorosłymi w lat osiemdziesiątych, dzisiejszych dwudziestokilkulatków i osoby przed trzydziestką, piszących inspirowane Świetlickim wiersze w czasach licealnych, czy emomłodzież, która przecież również gdzieś musi się wyszaleć. Mrok, tajemnica, ból, rozstania, wahania, myśli samobojcze i wreszcie nadzieja w towarzystwie gitar, basu, perkusji i klawiszy porwały zgromadzoną w Teatrze Rozrywki publiczność, która – być może po raz pierwszy w historii obiektu – oglądała rozwijający się na scenie i poza nią (Matt Berninger wśród publiczności) spektakl na stojąco. Brodacze z Midlake również nie zawiedli, prezentując interesująco zaranżowanego folk-rocka, w którym znalazło się miejsce na improwizacje gitarowe, co nie dziwi, gdy zajrzymy absolwentom Wydziału Jazzu Uniwersytetu North Texas w CV. Americana znowu zawitała na słowiańską ziemię, dzieki schowanemu z tyłu sceny gitarzyście, nie zabrakło również hendiksowskich akcentów.

Eskapistyczne wątki kontynuował ubrany w garnitur żywcem wyjęty z XIX wieku Konstantin Gropper i jego grupa Get Well Soon. Skrzypce, trąbka, gitary akustyczne i wyciszone elektryczne, sporadycznie klawisze obsługiwane przez współpracowników Groppera przeniosły nas w czasie – jak rok temu koncert Josephine Foster – w epokę ręcznie pisanych listów, kolei żelaznej, dam w kapeluszach i długich sukniach oraz dżentelmenów w idealnie skrojonych garniturach. Polskę w tych (ciążących ku depresji) zawodach reprezentował Grzegorz Kaźmierczak i jego Variete w odsłonie elektronicznej i, jak się okazało, wypadł znacznie lepiej, niż koledzy zza oceanu i Odry. Zwarte, przemyślane, spójne i już nie do końca tak zimnofalowe jak kiedyś kompozycje wypadły w Hipnozie bardzo przekonująco. Muzycy skupili się na materiale z płyt Nowy Materiał i Zapach Wyjścia, które zdominowały ten niespełna dwugodzinny set.

Magia doświadczenia, radość grania, aktualność eksperymentu

Gdyby Carlos Santana miał więcej odwagi, Mitch&Mitch nie robiliby sobie jaj podczas nagrywania Luv Yer Country, a Dick Dale & The Del Tones zaprosili ww. do współpracy być może efektem byłaby muzyka Calexico. Ich ni to energetyczne flamenco, ni to avant-country, ni to ambitny rock'n'roll z głośną sekcją dętą i gitarą hawajską porwało zgromadzoną w Hipnozie publiczność. Muzyka pochodzącej z Arizony grupy pachnie tequillą oraz egzotycznie urodziwymi dziewczynami w bikini, całość podana jest z wielką klasą, bez mizdrzenia się, wtórności i kiczu, o który w wypadku mogącej kojarzącej się laikom z El Mariachi muzyce niełatwo.

Katowicki koncert zaprezentował przekrój twórczości Calexico z zaskakująco bogatą reprezentacją utworów z Feast of Wire, jednak naważniejsze były radość grania i współistnienia w tej samej przestrzeni z publicznością, która zarażona optymizmem sekstetu włączyła się do multikulturowej zabawy. Sekcja dęta zapraszała na południe, rzewny akordeon sprowadzał pieśni sekstetu w rejony melancholii.

Magia pojawiła się dwudziestego drugiego listopada około godziny dwudziestej pierwszej, gdy Lambchop wykonał swoją najsłynniejszą płytę: Is a woman z 2002 roku. Ten prowadzony przez Kurta Wagnera sekstet (w Chorzowie wystąpili w składzie sześciosobowym) jest reprezentantem muzyki ekstremalnie cichej, niezwykle wymuskanej i dopieszczonej kompozycyjnie, aranżacyjnie i wykonawczo. Każdy detal ma tutaj znaczenie, atutem muzyka Lambchop jest zagrać dźwięk cicho spokojnie, spójnie i skutecznie, co wymaga niezwykłej dyscypliny publiczności. Czasem wręcz rola muzyka sprowadza się do grania... ciszy, ale jak głosi słynna maksyma: "there is no silence, everything is music". Scott Martin wręcz zakrywał swoje bębny kocem, by bardziej przytłumić dźwięk, grał niezwykle delikatnie, spokojnie. Ryan Norris, mimo że dysponował sporą ilością efektów elektronicznych, używał ich sporadycznie i tylko po to, by zaakcentować pojedyncze, poetyckie dźwięki dopełniające. Tony Crow wprowadził dozę humoru i powściągliwej wirtuozerii, a Wagner dosłownie czarował swoją muzyką duszy i poezją oraz szepczącym głosem.

Dzień później Mercury Rev wrócili do początków swojej działalnośći, mianowicie tworzenia muzyki do filmów i animacji – wówczas tworzonych przez nich samych i ich przyjaciół. W wypadku koncertu w katowickim Kinoteatrze Rialto, prezentowane animacje pochodziły z dwudziestolecia międzywojennego, a zajmujący wiekszą część występu Le Ballon Rouge Alberta Lamorisse to około półgodzinna impresja z 1956 roku. Charakterystyczne dla muzyki złozonej z przygotowanych wcześniej kompozycji i improwizacji było to, że – wyłączając dwa tomy, na których czasem grali Donahue i Mackowiak – wszystkie utwory poruszały się w zakresie tonów średnich i wysokich. Kilka syntezatarów, klarnet, dwie gitary i pianino elektryczne, sporej wielkości klawisze połączone z jakimiś efektami i wspomniane tomy wykreowały przestrzenną i nieco kosmiczną, idealnie zgraną z akcją filmu muzykę Mercury Rev's Clear Light Ensemble.

Ostatnim ważnym koncertem Ars Cameralis 2010 był koncert legendarnego Tortoise w katowickim Jazz Club Hipnoza. Mającym na podorędziu gitary basowe i elektryczne, klawisze, syntezatory, wibrafony i dwie perkusje kwintetem zachwycają się niemal wszyscy dziennikarze muzyczni, bo przecież legendy nie wypada krytykować. Dwudziestego czwartego listopada odniosłem wrażenie, że epoka Tortoise – nowatorów w dziedzinie muzyki już się zakończyła. Oczywiście zapisali się w historii na stałe jako twórcy nowego, odbiegającego od ówczesnych grunge'owych przwyczajeń społeczeństwa nurtu, który był niebywałym zjawiskiem i oddziałuje na muzyków do dzisiaj, jednak samo Tortoise zdaje się w 2010 roku być klasykiem, który gra swoje sztandarowe, legendarne utwory na najwyższym poziomie, jednak rewolucję już sobie odspuścił. Rewelacyjne brzmienie i zgranie muzyków, porywające, groovująve kompozycje, heavy-krautrockowa motoryka, wymuskane brzmienia instrumentów melodycznych – to wszystko stanowiło o świetnym koncercie grupy z Chicago, reprezentowalo poziom, którego wielu muzyków współczesnych może im pozazdrościć, do którego nawet się nie zbliży. Rewolucji jednak już ze strony Tortoise nie oczekujmy.

Back to the future

Ars Cameralis 2010 charakteryzował program obejmujący zjawiska bardziej tradycyjnej strony świata muzyki alternatywnej, awangardowej i klasyków eksperymentu, jednak poziom wykonawczy i swoista magia kilku artystów sprawiła, że tegoroczna edycja na pewno na długo pozostanie w pamięci uczestników festiwalu. Z drugiej strony, czy w 2005. roku ktokolwiek w Polsce przypuszczał, że będzie mógł powiedzieć: Idę dziś na koncert Lambchop w Chorzowie, a za tydzień na Mercury Rev i Tortoise w Katowicach?

[zdjęcia: Łukasz Folda]

Tortoise [fot. Łukasz Folda]
Tortoise [fot. Łukasz Folda]
Tortoise [fot. Łukasz Folda]
Tortoise [fot. Łukasz Folda]
Calexico [fot. Łukasz Folda]
Calexico [fot. Łukasz Folda]
Calexico [fot. Łukasz Folda]
Calexico [fot. Łukasz Folda]
The National [fot. Łukasz Folda]
The National [fot. Łukasz Folda]
The National [fot. Łukasz Folda]
The National [fot. Łukasz Folda]
Mercury Rev [fot. Łukasz Folda]
Mercury Rev [fot. Łukasz Folda]
Mercury Rev [fot. Łukasz Folda]
Lambchop [fot. Łukasz Folda]
Lambchop [fot. Łukasz Folda]
Lambchop [fot. Łukasz Folda]
Laurie Anderson [fot. Łukasz Folda]
Laurie Anderson [fot. Łukasz Folda]
Midlake [fot. Łukasz Folda]
Midlake [fot. Łukasz Folda]
Get Well Son [fot. Łukasz Folda]
Variete [fot. Łukasz Folda]
Variete [fot. Łukasz Folda]