polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Chrome Hoof wywiad

Chrome Hoof
wywiad

Nawiązują do najlepszych tradycji, są gotowi szukać nowych rozwiązań świadomie korzystając z postmodernistycznych narzędzi. Jednocześnie są błyskotliwi i przebojowi.
Powstali dziesięć lat temu, początkowo jako duet założony przez braci Leo i Milo Smee (ten pierwszy to basista doom metalowego Cathedral, ten drugi to dj rave'owy). Początkowy poboczny projekt, zyskał w końcu rangę zespołu, znacznie rozbudowując skład i instrumentarium. Ich pełnowymiarowy debiut „Pre Emptive False Rapture” zachwycił mnie do tego stopnia, że kiedy dowiedziałem się o ich planowanym występie na scenie muzycznej festiwalu Era Nowe Horyzonty, wpadłem w euforię. Tam też - w kuluarach - udało mi się przeprowadzić tą rozmowę. Na moje pytania odpowiadali Leo (bas), Emmeth (instrumenty klawiszowe) i Lola (wokal).

Zaczynaliście jako duet. Czy to, że przekształciliście się w kilkunastoosobową orkiestrę to jakiś większy plan czy zwykły przypadek?

Leo: Wydaje mi się, że przede wszystkim była to głęboka, nie do końca uświadomiona potrzeba. Zawsze mieliśmy sporo znajomych grających na różnych instrumentach i tak to się potoczyło, ale muszę przyznać, że kiedy zakładaliśmy zespół razem z Milo, do głowy by nam nie przyszło, że staniemy się takim dużym składem.

Tak czy inaczej to dość niebezpieczny pomysł. Jest taka plotka, że The Beatles rozpadło się przez ambicję grania z orkiestrą symfoniczną.

Emmeth: No proszę, a ja zawsze myślałem, że to raczej Yoko wykończyła Beatlesów (śmiech).  Ale mówiąc zupełnie serio: nie wydaje mi się, by w naszym przypadku ograniczenia brały górę. Chcemy mieć 34 osoby na scenie, do tej pory mieliśmy 21 i wciąż próbujemy pobić ten rekord. 

Leo: Swego czasu graliśmy na festiwalu razem z zespołem Magma. Oni mieli na scenie 22 osoby, w tym chór, harfę i tancerzy. Wydaje mi się, że wyobraźnia jest tu jedynym ograniczeniem. Jeśli jesteś w stanie okiełznać to technicznie i możesz sobie na to pozwolić, a co najważniejsze ludzie są w tym w sposób kreatywny, a nie dla kasy, to zawsze warto próbować rozwijać ten pomysł.

Ale jest cena, którą trzeba zapłacić za bycie orkiestrą…

Leo: Tak, to druga, ciemniejsza strona medalu. Czasem ciężko jest zebrać wszystkich do kupy. Jeśli chodzi o granie koncertów z takim dużym składem, to niestety – taki przyjazd do Polski też trochę kosztuje.

Emmeth: Albo jesteś w zespole, który chce zarabiać pieniądze, albo jesteś w zespole, który wciąż chce sięgać dalej i to, do czego doszedł przekształcać w coś nowego i lepszego niż za każdym poprzednim razem. Takie jest podejście Chrome Hoof.

Ale już nie zmieścicie się na scenie w małym klubie, nie wsiądziecie do vana i nie ruszycie ot tak po prostu w trasę, jak robią to zespoły o standardowych składach...

Emmeth: No rzeczywiście niektórych wyborów  nie możemy podjąć właśnie z uwagi na duże instrumentarium. Ale o ile to możliwe, zawsze staramy się być elastyczni.

Czy ta orkiestra ma lidera, czy też bardziej przypomina improwizujący kolektyw?

Leo: Chrome Hoof to w zasadzie kolektyw. Kilka osób daje zalążki pomysłów, a reszta nadaje tym zalążkom ostateczny kształt.


Emmeth: Jesteśmy grupą ludzi, którzy prawdopodobnie szybko się nudzą, szczególnie tym, co aktualnie dzieje się w muzyce. Chcemy grać rzeczy, których nie mamy okazji nigdzie indziej usłyszeć. Skoro czegoś jeszcze nie było to próbujemy to stworzyć.

Czy zgodzicie się, że redefiniujecie termin "rock progresywny"?

Leo: Możesz to nazwać jak chcesz. Nikt z nas nigdy nie zakładał, że z premedytacją wchodzimy w jakąś szufladkę.

Emmeth: Jeśli wrócić do oryginalnego znaczenia wyrazu "progresywny": nie interesuje nas, czy ktoś nazywa to "prog", czy jeszcze inaczej.  To jest kompletnie nieistotne. Ważne jest podejmowanie prób ciągłego rozwoju. Jest cała masa współczesnych kapel określających się mianem „prog”, których najzwyczajniej w świecie nie lubimy. I nie ma sensu wymieniać tutaj nazw zespołów, które starają się zachowywać tak, jakby wciąż był rok 1972.

Leo: Pod koniec lat sześćdziesiątych, na początku siedemdziesiątych powstały zespoły, które miały wiele gotowych, istniejących szufladek na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie do końca nie wpasowywały się w żadną z nich. Eksperymentując z zastanymi konwencjami  wprowadzały całą masę nowych rozwiązań. A teraz kiedy ludzie próbują grać tak, jak grało się kiedyś, tracą ideę, która była kojarzona z tym terminem. 

Emmeth: Ludzie otwarci nie mówią: "załóżmy zespół progrockowy", ale "wprowadźmy w życie nasze pomysły, eksperymentujmy, dajmy się zwariować, zróbmy to, na co mamy ochotę" - i tak my też do tego podchodzimy. Nie ma znaczenia jak ktoś kiedykolwiek będzie to nazywał.

Leo: Mniej więcej rok temu spotkałem  Roberta Wyatt’a.  Wpadłem na niego w miejscowości, w której mieszka. Pamiętam, że dużo opowiadał mi wtedy o krautrocku, o tym, jak tworzył  w latach 1971-72. Jemu wydawało się, że "prog" oznacza muzykę programowaną, a "indie" - muzykę indyjską (śmiech). Ignorancja jest szczęściem, wówczas wyobraźnia może przemówić.

Emmeth: Nazywanie to zadanie innych.

Chcecie stworzyć nową formę czy raczej nie dać się złapać w sidła jakiejkolwiek z form?

Leo: To naturalne – ciągła próba ucieczki od formy.  Ale dla nas ważne jest - jeśli chcemy działać – by to było zabawą, czymś wybiegającym w przyszłość, pełnym wyobraźni i sprawiającym satysfakcję.

Emmeth: Zawsze unikam skostniałych, zamkniętych form. Sytuacja, która cię zabija: wydaje ci się, że znalazłeś coś swojego, więc powtarzasz to w kółko. Niektóre zespoły tak robią, ale nigdy nie chciałbym z nimi grać. Niektóre zespoły, na przykład  takie Ramones, znalazły receptę na swój styl i w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko temu, ale dla nas taka recepta oznaczałaby śmierć. Musimy utrzymywać to interesującym dla nas samych.

Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie koniec muzyki, koniec możliwości wynalezienia nowych brzmień?

Emmeth: Nie. Ale zdarza się, że raz po raz ktoś o tym wspomina. Nigdy, przenigdy się z tym nie zgodzę. Zawsze będzie coś do wynalezienia. 

I co? Fuzje w nieskończoność?

Leo: Gatunki nie mają znaczenia: dobra muzyka to dobra muzyka.

Emmeth: Ważna jest nieustanna hybrydyzacja, mnóstwo dobrej muzyki wynikało z czyichś pomysłów i prób przemieszania różnych rzeczy. Masa dobrej muzyki – przynajmniej przez ostatnie 50 lat…


A co sądzicie o umieszczaniu swojej muzyki w sieci, do ściągania za darmo?

Leo: To chyba trochę przegięcie. Nie do końca mnie to przekonuje. Ma to pewnie swoje dobre strony, ale ja nie jestem specjalnym fanem komputerów, więc...

Lola: Sposób, w jaki rozwinął się przemysł muzyczny, kierunek, w którym zmierza, prowadzi do digitalizacji; z tego powodu nie ma już dochodów ze sprzedaży płyt. Kiedy udostępniasz swój materiał za darmo, brak tej rekompensaty. Wtedy musisz zacząć zarabiać na życie graniem koncertów, co tak naprawdę jest wspaniałe.

Leo: Pomimo recesji życie koncertowe wydaje się w tej chwili kwitnąć.

Wydaje mi się, że nowa technologia uderza przede wszystkim w wielkie wytwórnie...

Emmeth: Nie mam nic przeciwko takiej sytuacji. Wielkie wytwórnie za długo miały się dobrze. Cieszę się, że biegają teraz w kółko niczym bezgłowy kurczak, zastanawiając się, co teraz począć.

Kiedy wasz album jest dostępny w internecie za darmo, to więcej ludzi może wnikliwie zapoznać się z tym co robicie i szybciej zyskujecie nowych fanów przychodzących na koncerty...

Emmeth: Pewnie akurat w naszym przypadku tak to może działać i nie miałbym nic przeciwko temu, żebyśmy funkcjonowali właśnie w taki sposób. Ale z nową formą dystrybucji muzyki mamy teraz okres przejściowy, a także jego ofiary. Nie wszystkie zespoły potrafią sobie dobrze radzić w takich warunkach.
 
Wydajecie swoje albumy w wytwórniach, kierujących się zasadami DIY, Southern Records ma punkowe tradycje. Czy macie z tą sceną coś wspólnego?

Lola: Nie.

Leo: To zależy, co masz na myśli?

To jest pytanie o korzenie i wartości...

Leo: Zdecydowanie tak.

Emmeth: Nasi wydawcy, Southern records zaczynali jako dystrybutor płyt CRASSu.

Leo: Jeśli chodzi o muzykę to wychowałem się na angielskim punkrocku: Uk Subs, Vibrators. Uwielbiam takie granie. W naszym podejściu też jest gdzieś ten punkowy mianownik, ale jednocześnie mamy w zespole ludzi, którzy chcą żyć z muzyki. Wydaje mi się, że jest w nas jedno i drugie: trochę punk, a trochę pragmatycznej potrzeby zarabiania pieniędzy. Dzięki temu stać nas wszystkich na przyjazd do Polski. 

Czy Chrome Hoof jest czymś więcej poza wyśmienitą rozrywką?

Emmeth: Tak, oczywiście.

Lola: Tak. To nasza duchowa walka i potrzeba zmierzania ku światłu!

Emmeth: Tak, chcemy trochę namieszać. Najważniejsze by nie być zachowawczym.

Leo: To niesamowite współpracować z 9 różnymi ludźmi. Praktycznie nie mamy z tego żadnej kasy, a mimo wszystko udaje się nam tworzyć razem coś wyjątkowego. Tak, nasz projekt jest hybrydą...

Lola: …magiczną, mistyczną, duchową podróżą! Poza całą swoją doskonałością i rozrywką.

Emmeth: Nie zawsze wszystko idzie jak po maśle, ale najważniejsze, że lubimy ze sobą przebywać, imprezować, rozrabiać. Jesteśmy taką rodziną, nieco sfreakowaną...

[Hubert Kostkiewicz]