polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Elegi wywiad

Elegi
wywiad

Tommy Jansen to nie twórca pierwszej linii, jednak w aurze konsekwentnej "pracy u podstaw" gdzieś całkiem z boku ukształtował swoje własne artystyczne "ja". Potwierdzeniem tych słów jest jego obecność na tegorocznym festiwalu Unsound jako głównego „attaché wielopłaszczyznowej oficyny Miasmah”. Statystki mówią co innego, ale kapitał w postaci jedynie dwóch krążków to nie wszystko co ma na swoim koncie Elegi. Jest również zapalonym realizatorem dźwięku i twórcą soundtracków do wielu niezależnych produkcji. Jednak jak dowiecie się poniżej, do zaoferowania ma wciąż znacznie więcej.

Opowiedz mi o początkach. Kiedy, jak i dlaczego muzyka stała się Twoim sposobem na życie?

Odkąd pamiętam muzyka jest dla mnie najważniejszym aspektem życia. Mój ojciec oraz starszy brat posiadali olbrzymie ilości płyt, których słuchanie za pomocą moich ukochanych dużych słuchawek pochłaniało niezwykłe ilości czasu. Tak naprawdę to nie robiłem wtedy chyba nic innego (śmiech). Nie wiem dokładnie kiedy zacząłem próbować tworzyć coś własnego, ale orientacyjnie było to około 7- 8 roku życia. Brałem wtedy lekcję gry na gitarze, która przez wiele późniejszych lat była moim naczelnym instrumentem. Gdy byłem już nieco starszy, porzuciłem swoją przygodę z kapelami rockowymi by oddać się muzyce jazzowej. Od tego momentu wszystko działo się już znacznie szybciej – najpierw folk, później muzyka klasyczna, a na końcu studia, gdzie odkrywałem tajniki teorii muzyki. Na początku poznawanie nowych twórców muzyki klasycznej wydawało mi się potwornie nudne, ale na szczęście trafiłem na doskonałych nauczycieli, którzy rozumieli moje rozterki i starali się w jakiś sposób do mnie dotrzeć. Przez cały ten trudny okres pokazali mi mnóstwo nieszablonowych kompozytorów, otwierając mnie w ten sposób na szereg nowych możliwości. Niesamowite doświadczenie, które ukierunkowało mnie artystycznie na całe życie... Nie jestem zbytnim fanem zasad w muzyce, nie byłem więc zbyt pilnym uczniem. Na szczęście nauczyciele mieli niesamowite podejście i tylko dzięki nim jestem tu, gdzie jestem.

Właśnie kończysz pracę nad muzyką do nowego filmu. Myślałem, że „The Pink Hotel” będzie Twoim ostatnim soundtrackiem w najbliższym czasie.

Masz rację, był. Obecnie jestem zaangażowany w projekt, w którym odpowiedzialny jestem jedynie za realizację dźwiękową, bez komponowania (mixing/mastering, set-recordings etc.) Wiesz, to jest druga rzecz, którą studiowałem. Sound design i edycja dźwięku pod obraz to dwie różne rzeczy.


W przypadku „The Pink Hotel” moim zadaniem była kompozycja oraz wszelkie obowiązki techniczne z tym związane. Praca nad tym filmem była spełnieniem nie tyle moich marzeń, co również wszelkich oczekiwań związanych z własną osobą.

“Ideą tworzenia takich filmów jest wyznaczanie punktów wspólnych pomiędzy przeszłością a życiem współczesnym oraz swoista próba, mająca na celu rozwiązanie uniwersalnych problemów kultury, które zawsze, niezależnie od czasów pozostają te same” są to słowa Chrisa Hefnera, reżysera filmu „The Pink Hotel”. Tworzysz muzykę powtarzając sobie to credo jak mantrę?

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że robię to dość często! Film kręcony był na starym, wysłużonym sprzęcie obsługującym formę Black & White w związku z czym od samego początku posiadał charakterystykę vintage. Cała historia odbywa się w latach 30. ubiegłego wieku, więc pewnego rodzaju obowiązkiem było wykreowanie takiego obrazu, który byłby naturalny. Niestety większość muzyki stworzyłem w oparciu o najnowszy sprzęt i techniki, dopiero na samym końcu dodałem jej trochę ‘zardzewiałego’ charakteru. Weźmy na przykład harmonię. Najpierw rejestrowałem dźwięk na starą, wysłużoną kasetę magnetofonową, a efekt przysyłałem na swój komputer, gdzie za pomocą rozmaitego oprogramowania, cyfrowo go ‘udoskonalałem’. Dzięki temu zawsze posiadam kontrolę nad stopniem tej swoistej degradacji jakości brzmienia. Nawet jeżeli pracuję jedynie jako edytor to zawsze staram się trochę to brzmienie ‘zepsuć’, lubię działać wbrew regułom. Kiedy wydaję mi się, że efekt jest za słaby, powtarzam cały proces, ponownie zapętlam i wtedy już uzyskuję 100% szumy, choć tracę wtedy sporo czasu… W ostatnim czasie zrobiliśmy wspólnie z Chrisem kilka krótkich filmów, dzięki czemu rozumiem jaki w danej chwili nastrój powinienem stworzyć, a jakich dźwiękowych sytuacji unikać. Praca z ludźmi, których gust znam jest dużo łatwiejsza i przyjemniejsza, unika się wielu napięć.

Widać bardzo wyraźnie Twoje swobodne poruszanie się w tematyce filmowej, czy chciałbyś zrobić coś na własną rękę? Muzyka, reżyseria, scenariusz... To bardzo szerokie spektrum zainteresowań. Pomyślałeś kiedyś „taki świetny film, a tak kiepska muzyka”? Chciałbyś napisać soundtrack do jakiegoś filmu, który już widziałeś?

O tak, kocham film tak samo mocno jak muzykę, ale nie mam żadnych reżyserskich planów, głównie dlatego, że mam bardzo duży szacunek do tego zawodu i nie uważam, że ktoś taki jak ja powinien reżyserować, znam swoje ograniczenia. Przez całe życie uczę się kreować wartościową muzykę i to jest moja rola.
Marzę o stworzeniu muzyki do niemych filmów z lat 20. i 30. Jestem wielkim fanem ekspresjonistów z tamtego okresu i wszystkiego czym oni byli zainspirowani. Bardzo bym również chciał w przyszłości napisać muzykę do filmów „Ulysses Gaze” i „Weeping Meadow” Theo Angelopoulousa, ale nie dlatego, że jest słaba, ale dlatego, że po prostu kocham te filmy. Zresztą, oryginalna autorka muzyki - Eleni Karaindrou świetnie potraktowała temat, zazdroszczę jej talentu. Podobna sytuacja ma się z „Nosferatu” Wernera Herzoga, wspaniały soundtrack od Popol Vuh’a! Jeżeli w przyszłości będą powstawały jeszcze takie filmy, chciałbym przy nich pracować.

Wytłumacz mi więc różnicę pomiędzy pracą nad muzyką do filmu a pracą nad albumem jak „Sistereis”. Czy takowe w ogóle istnieją?

To zależy tylko i wyłącznie od filmu. Muszę przyznać, że przy „The Pink Hotel” pracowałem identycznym trybem jak przy tworzeniu Sistereis, ale przy każdym innym było zupełnie inaczej. Muzyka w filmie nie powinna kraść uwagi widza, powinna ją subtelnie, niezauważalnie uwydatniać. Bardzo często zdarza się sytuacja, że ludzie wykupują ze sklepów soundtracki na pniu, ale nie znajdują żadnej radości ze słuchania ich w domu. Dopiero jak włączą film, wszystko zgrywa się w zrozumiałą całość. Dobry soundtrack nie funkcjonuje indywidualnie. Uwielbiam reżyserów, którzy dają mi wolną rękę, kiedy i gdzie dany utwór powinien się pojawić, dzięki temu mam też pewien wpływ na obraz. Niestety zawsze muszę mieć na uwadze czas i odpowiednią dynamikę utworu, o czym przy pracy nad Sistereis oczywiście nie było mowy.

Twój drugi autorski album „Varde” ma adnotację dotyczącą antarktycznej wyprawy kapitana Scott’a. Jak wpadłeś na tę inspirację i czy skłonny jesteś stwierdzić, że jest to konceptualny album?

Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Varde jest drugą częścią trylogii zaplanowanej do wydania w wytwórni Miasmah, a jednocześnie albumem będącym swoistym hołdem dla wszystkich pionierskich polarników, nie tylko kapitana Scott’a. Szczerze to nie pamiętam, kiedy zainteresowałem się tym tematem, ale trwa to już naprawdę długo. Myślę, że na przestrzeni czasu przeczytałem całą dostępną literaturę i obejrzałem każdy film o tych wyprawach (śmiech)

„Varde” jest albumem, w którym przenika się wiele różnorodnych wpływów. Mam tu na myśli naturę i jej bogactwo, a jednocześnie swoistą izolację i niepewność. Stąd z jednej strony atakuje nas niezwykłe bogactwo instrumentów i dźwięków przez nie generowanych, podbarwionych niezwykle silną tkanką noise’u. Na zaawansowany udział instrumentów słuchacze byli doskonale przygotowani, ale skąd ta inspiracja hałasem?


Chciałem tym krążkiem wyjść naprzeciw słuchaczom, zmierzyć się z nimi i przetestować ich elastyczność.
Wiele utworów na moim pierwszym albumie dla Miasmah, było powyciąganymi, nastrojowymi pieśniami ze spokojnie rozwijającą się melodią. „Varde” znacząco się na tym polu różni, gdyż wszystkie utwory były aranżowane bardziej kompleksowo, w związku z czym stworzyło to szersze możliwości manewru. Ostatecznie są to bardziej różnorodne i dynamiczne struktury, raczej w charakterze piosenki, nie hymnu.
Wiesz, wielu ludzi zadaje mi pytanie o noise na tym albumie, ale nie jestem pewien czy osobiście w ogóle taki element wyczuwam. Kiedyś chyba dla świętego spokoju się do tego przyznałem, ale na spokojnie, nie będąc manipulowanym (śmiech) się od tego odżegnuję. Te szumy, to ziarno o którym mówisz uznaję raczej jako kolejny kolor na palecie, doskonale obrazujący zimowy, zamarzający wiatr czy zamieć i wszędobylski brak nadziei, będący konsekwencją sytuacji ekstremalnych. Uważam to za doskonały zabieg dodający utworom trochę prędkości. Gdy noise nie ma kontekstu to tak naprawdę jest jednostajnym, wkurzającym szumem przez cały album, traci wtedy całą swoją moc. Wydaję mi się, że jest bardziej efektywny gdy użyty jest jako broń, narzędzie.
Tworzę muzykę bo chcę opowiedzieć różne historie, dlatego używam wszelkich metod by jak najlepiej ‘sprzedać’ uczucia mi towarzyszące. Może w przyszłości będę miał bardziej skrajny gust. Kto wie.

Jestem bardzo zainteresowany sferą wymiany, współpracą pomiędzy różnymi gałęziami sztuki, które prowadzą do odkrywania nowych estetyk. Szczególnie badam związki muzyki z tańcem i choreografią. Współpracowałeś już w przeszłości z choreografką Iną Christel Johannessen. Jak wspominasz ten okres i czy planujesz w przyszłości wziąć jeszcze udział w takim projekcie?


Oczywiście! Uwielbiam tworzyć muzykę do przedstawień. To było jak tworzenie muzyki na wielki ekran, tyle tylko, że w sposób bardziej ukierunkowany i osobisty. We współpracy z Iną Christel szczególne podobała mi się swoboda w modyfikowaniu przestrzenności dźwięków. Dzięki odpowiedniemu ustawieniu głośników miałem możliwość stworzenia indywidualnego spektrum. Według mnie, podnosi rangę doświadczenia na poziom wybitnie osobisty. Publiczność uczestnicząca w tym samym spektaklu może go zupełnie inaczej odbierać i co za tym idzie kreować i przeżywać swoje własne autorskie katharsis. Od momentu tamtej współpracy regularnie ze sobą rozmawiamy, więc myślę, że jak najbardziej można spodziewać się naszej kolaboracji w przyszłości.

Jakiś czas temu natknąłem się na ankietę dotyczącą „najlepszej muzyki ułatwiającej zasypianie”. Gavin Bryars z albumem „The Sinking of Titanic” uplasował się na czele stawki. Najpierw opowiedz mi dlaczego lubisz ten album (wiem, że tak jest) a następnie czy w ogóle istnieje dla Ciebie temat takiej kategorii muzyki?

Masz rację, uwielbiam ten krążek, ale nigdy nie potrafiłbym przy nim zasnąć. Wszystkim którzy mieli przyjemność zetknąć się z tym materiałem nie trzeba tłumaczyć jego zalet. To nie tylko muzyka, to doświadczenie. Wielowątkowość poruszanych estetyk koreluje z ilością uczuć i emocji, które wywołuje. Co ciekawe, na potrzeby tego krążka powstała wielka metalowa konstrukcja, wewnątrz której artyści rejestrowali ten album. A wszystko po to by brzmienie było jak najbardziej naturalne. Coś niesamowitego..
Nie chcę brzmieć jak kompletny ignorant, ale muzyka przy której się zasypia jest po prostu mało interesująca, nudna. Oczywiście z wyłączeniem dźwięków, które powstały na potrzeby medytacji, jogi etc. Dobra muzyka wciąga, generuje siłę umożliwiającą dogłębne zrozumienie i zanalizowanie jej sensu. Gdybym potrzebował jakiegokolwiek podkładu muzycznego do zasypiania to pomyślałbym raczej o azjatyckich gongach czy gamelanach.

Podczas tegorocznej edycji festiwalu Unsound będzie miała miejsce szersza prezentacja oficyny Miasmah. Oficjalne info mówi o tym, że przy współpracy z polskimi artystami stworzysz muzykę do niemego horroru. Czy masz już pomysł jak to będzie wyglądało? Tym projektem otwierasz przecież całkowicie nowy etap swojej twórczości „live” prawda?

Jest jeszcze trochę za wcześnie by mówić o szczegółach tego występu. Mogę jedynie zdradzić, że będziemy tworzyć soundtrack do jednego z klasyków horroru. Zależy mi na tym by był to materiał w większości improwizowany, dlatego ramy występu będą dosyć luźne. Jeszcze nie zdecydowałem, z kim dokładnie zagram, ale myślę o wokaliście sopranowym i wiolonczeliście. Co do mojego własnego ekwipunku to najprawdopodobniej spakuję kilka starych taperecorderów, recordplayerów i jakieś nowoczesne zabawki. Na pewno zabiorę również theremin mojej własnej produkcji. Instrument wprost stworzony do występów na żywo.

Słyszałem Twój najnowszy utwór „Fordum” z mocno opóźnionej już płyty dla Murkhouse Recordings. Jest to materiał wyjątkowo straszny, to pewne. Ale dodatkowo do albumu ma zostać dołączony komiks utrzymany w stylistyce horroru. Uważasz to za platformę dopełniającą tą tematykę czy po prostu jest to kolejne pole Twoich zainteresowań?

Tak, album jest już mocno opóźniony. W minionych miesiącach ciągle zajęty byłem nowymi projektami i zwyczajnie brakowało mi czasu. Tak naprawdę niezbędne są już tylko kosmetyczne poprawki. Zresztą sam wiesz jak długo pracowałem nad tym wywiadem (śmiech).
To zabawne, ale moja córka jak tylko zlokalizuje źródło tej muzyki natychmiast przynosi sobie swoje zabawki i doskonale się przy niej bawi. Swego czasu wykonałem na niej mały test. Posadziłem ją przed telewizorem i włączyłem MTV, ale za bardzo się nie zainteresowała i po kilkunastu minutach znalazła sobie inne zajęcie.
Ideą tego komiksu są historie opowiadane dzieciom. Ale mi nie zależy na tym by uroda tej historii polegała na tym, że w jej połowie moje dziecko zaśnie. Myślę, że umysł dziecka kreować trzeba na wszelkie możliwe sposoby i właśnie stąd wzięła się ta niespodzianka.

Jakiś czas temu czytałem, że masz już niemal połowę ostatniej części trylogii dla oficyny Miasmah. Kiedy możemy oczekiwać brakujących 50%?

Masz rację, to było już całkiem dawno.
Był to bardzo płodny czas, miałem sporo twórczej energii i rozpocząłem realizację zbyt wielu projektów, przez co z wieloma borykam się do dziś (śmiech). Wiesz, nie jestem typem człowieka, który chce wydawać ile się da, człowiekiem wykorzystującym każdą nadarzającą się okazję. Dlatego w pewnym momencie postanowiłem odłożyć to na bok i zająć się tym co sprawiało mi więcej przyjemności, nie chciałem kończyć tego projektu na siłę, na pewno rozumiesz o co mi chodzi. Zresztą to dobra metoda weryfikacji swojej własnej pracy. Dać materiałowi trochę czasu, wyzdrowieć, odzwyczaić się od niego i wtedy zdecydować co zostaje, a nad czym trzeba jeszcze popracować

A co dalej?

Planuję skupić się na pracy jako Elegi, w związku z czym w tym momencie liczy się dla mnie tylko ostatnia część trylogii dla Miasmah. Jestem bardzo ciekawy jak te trzy elementy funkcjonować będą jako całość. Czy, tak jak zakładałem, emocje będą rosły z każdą minutą spędzoną nad tymi albumami. Ostatnio słucham wielu współczesnych kompozytorów i wyciągnąłem z ich twórczości sporo inspiracji. Postaram się dotknąć tematu ciemności i światła, starając się przetłumaczyć tę atmosferę poprzez nagrywanie materiału w różnych pomieszczeniach. Chciałbym również poeksperymentować z ludzkim głosem, co dla mojego warsztatu będzie sporą nowością. Nie powinienem raczej nic obiecywać, bo moja niesłowność staje się powoli regułą, ale wstępnie planuję finiszować z tym albumem na początku przyszłego roku.

Dziękuję za rozmowę

Ja również!





[Marcin Gładysiewicz]