polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Monosylabikk wywiad

Monosylabikk
wywiad

Filip Kaniecki, kryjący się za projektem Monosylabikk, przekonał do siebie nie tylko szanowaną, berlińską wytwórnie Kitty Yo, gdzie zadebiutował albumem „Rocks”, ale także organizatorów Red Bull Music Academy. Ten sympatyczny introwertyk stanowi godną reprezentację rodzimej sceny elektronicznej i pisząc te słowa wcale nie kieruję się maksymą: „na bezrybiu i rak ryba”. Marzył nam się wywiad, który szeroko nakreśla kontekst w jakim operuje Filip. I z tą intencją udaliśmy się do jego mieszkania we Wrocławiu. Oddajemy mu głos.

Moja muzyka jest związana z tym, czym się inspiruję, czego sam zawsze słuchałem, czyli mocną bazą hip-hopową połączoną z innymi gatunkami muzycznymi. Nie do końca traktuję siebie jako twórcę, bardziej nawet jako odbiorcę, aktywnego odbiorcę: coś do mnie wpływa, mieli się w środku i wychodzi w innej formie. To mój sposób na konfrontacje z tym, co mnie otacza. Jestem introwertykiem, na zewnątrz spokojnym, ale w środku dużo się dzieje. Gdybym w środku był spokojniejszy, może robiłbym na przykład ambienty [śmiech]. Tymczasem w moim działaniu jest też wymiar punkowy, nie w muzycznym sensie tego słowa, ale jako potrzeba potrząśnięcia słuchaczem. To nie jest muzyka, która ma sprawić, że poczujesz się sympatycznie.

Mimo, że korzystam z elementów, środków jazzowych czy rockowych, to nie próbuję się wpisywać w konkretny nurt. Moja muzyka jest raczej wypadkową własnych przemyśleń, moją własną formą umiejscowienia siebie w tym, co mnie otacza. Nie chcę być biernym odbiorcą i to mnie najbardziej motywuje i napędza.

Słuchając Twoich kompozycji odnoszę wrażenie, że jesteś odbiorcą, który szybko się nudzi...

Nie tyle się nudzi, co cały czas szuka. Mam nadzieję, że ktoś kto słucha mojej muzyki zastanowi się chwilę, zamiast potraktować ją jako bezmyślny pęd perkusji połączony z przypadkowymi samplami. Przypuszczam, że jeśli ktoś jest nastawiony na odbiór silniejszych emocji, to odnajdzie w niej coś dla siebie.

W twojej poprzedniej wypowiedzi zaplątało się słowo 'punk'. Jakie ma dla Ciebie znaczenie?

Dla mnie to nie gatunek muzyczny, tylko synonim pójścia pod włos, niepodążania utartą ścieżką. To stan ducha, potrzebny, by nie ulegać stagnacji. Dla mnie bardzo ważny.

XXI wiek przyniósł upowszechnienie się muzyki nowej ery, która dba o to by wciąż przykuwać uwagę słuchacza, nieustająco mamić i bawić go kolejnymi zwrotami akcji.  Jak się  w tym odnajdujesz?

To tylko forma, ale trzeba pamiętać co się kryje pod spodem. W moim przypadku nie jest to walka o słuchacza, tylko prawdziwe odzwierciedlenie tego, co się we mnie dzieje. Dziś słuchanie muzyki opiera się słuchaniu jej próbek, ściągniętych z internetu mp3, ciągłym przesłuchiwaniu i wyrzucaniu kolejnych rzeczy, w dużych liczbach. Nie oceniam, jak lokuje się to na skali między dobrem a złem, ale oferuję własną interpretację tej sytuacji. Najbardziej w tym mechanizmie nurtuje mnie bierność ludzi jako odbiorców. Nawet przez samą kwestię praw autorskich jesteś ustawiony w pozycji biernego odbiorcy. Możesz popatrzyć, posłuchać, ale nic więcej nie masz prawa z tym zrobić.

Wspominałeś kiedyś, że sampling umarł. Naprawdę?

Naprawdę, uwierz mi stary (śmiech). Mówiłem o tym w kontekście hip-hopu.

Dlatego, że właściciele praw autorskich położyli swoje łapy na tym „procederze”?

W dużym stopniu tak. Wraz popularyzacją hip-hopu coraz trudniej było też po prostu wyciąć sobie jakiś fragment, zaloopować go i zmienić we własny kawałek. To w sumie oczywiste, bo na rynku muzycznym są ogromne pieniądze i nikt sam z siebie z nich nie zrezygnuje, nie będzie patrzył jak mu uciekają. Nawet ma polskim podwórku jest wiele konkretnych przykładów ludzi, którzy po zmianie wytwórni zaczęli robić zupełnie syntetyczne rzeczy. Dla mnie to bez sensu, bo traci cały wymiar i znaczenie tej muzyki, to pójście na daleko idący układ tylko po to, by było „bezpiecznie”.

Czyli zgadzasz się z tezą, że prawa autorskie są pewnym hamulcem rozwoju kultury?

Zdecydowanie. Oczywiście pewne ograniczenia są konieczne – wyobrażam sobie idealną krainę, w której każdy korzysta w muzyce z czego chce i wykorzystuje sobie dowolny utwór, ale zawsze znajdzie się grupa osób, które będą go chciały wykorzystać np. w reklamie kawy. Każdy kij ma dwa końce.

Masz pomysł na siebie jako artystę, który unika tych niebezpieczeństw?

To są sprawy czysto prawne, o których zupełnie nie mam pojęcia, nie zajmuję się tym. Jeśli pojawia się coś ciekawego na horyzoncie, co mnie inspiruje, to po prostu creative commons...
Wszystko zależy od Ciebie. Obierasz sobie za cel zrealizowanie jakiegoś projektu i nie chcesz, żeby był wykorzystany np. w reklamie, to po prostu tego nie robisz, masz nad tym kontrolę. Sam decydujesz o jego dalszym losie.

Ale jest masa pokus, profitów płynących z wchodzenia w pewne układy...

Muzyka hip-hopowa jest świetnym przykładem, bo pokazuje jak bardzo korporację zawłaszczyły ją, przyciągnęły tę kulturę, a potem zabrały jej esencję, przesłanie i to na czym bazowała od początku, czyli korzystanie z różnych środków np. samplingu. Mimo to wciąż są ludzie, którzy grają w ten oldskulowy sposób i dalej zapewne będą to robić, bo suma summarum nie chodzi im tylko o pieniądze, tylko o autentyczność. Zawsze pojawiają się pokusy, ale najważniejsze jest to, co sobie sam założysz.

Niby tak, ale mieszkając w naszym kraju, będąc twórcą, ciężko sobie pozwolić na tego rodzaju „fanaberie”.

No tak, znam takie przykłady z życia. Sam jeszcze nie byłem w takiej sytuacji, ale zdaję sobie sprawę, że ludzie muszą się czasem skonfrontować z czymś, co jest w jakiś sposób upokarzające, albo niezgodne z tym, co zakładali sobie w głębi duszy. Taki jest świat, ale musimy pamiętać o tym, jak bardzo chcemy być autentyczni. Nie wyobrażam sobie póki co sprzedania swoich kawałków np. do reklamy, bo nie dość, że sam korzystam z czyjejś pracy – w przypadku samplingu na przykład - a nie tylko swoich wytworów, to jeszcze robię to w określonym celu, zgodnie ze swoim założeniem, a nie dla promocji tej przysłowiowej kawy. Nie chcę, żeby to co mam do powiedzenia stało się towarem, a w dzisiejszych czasach takie nastawienie na pewno jest problematyczne.

Będąc twórcą, który pracuje w środowisku komputerowym, na wirtualnych instrumentach a jednocześnie perkusistą, masz okazję porównywać te dwie metody tworzenia muzyki i ich odmienny temperament.

Granie muzyki na żywo, a robienie jej na komputerze, to zupełnie dwie różne bajki, w ogóle nie porównywałbym tych rzeczy. Jedna to – mam nadzieję – świadome komponowanie, tworzenie formy, a drugie to żywioł. Obie bardzo dużo uczą. Grając na żywo jesteś w stanie dużo więcej wyłapać, wszystko dzieje się szybko, dzięki czemu w ciągu godziny możesz zauważyć, wychwycić dziesięć ciekawych motywów. Z drugiej strony, jesteś bardziej określony, mając taki a nie inny zestaw, używasz określonych pałeczek, albo wybierasz takie a nie inne struny. A w komputerze praktycznie nie masz tych ograniczeń.

Czy nie masz wrażenia, że to właśnie ograniczenia sprawiają, że dochodzimy do nowych rozwiązań?

Oczywiście, sednem sprawy jest to, że w momencie grania na żywo, nie ma znaczenia czy idealnie stroi ci jeden ton, czy stopa wychodzi w sam raz przed bas itp. To ma większe znaczenie przy tworzeniu muzyki, ty decydujesz wtedy czy ta stopa rzeczywiście ma wyjść przed bas i czy chcesz coś przez to powiedzieć, ale to tylko środki. Masz w głowie plan, a realizujesz go w zależności od tego, jakie akurat masz dostępne środki. Nigdy nie opierałbym się na samplach, gdybym chciał stworzyć utwór rockowy, albo nie używałbym miliona wtyczek symulujących np. różne brzmienia perkusji, gdybym chciał uzyskać efekt żywych instrumentów. Grając na komputerze łatwo się zagubić. Jeśli nie wiesz dobrze czego chcesz, jaki efekt osiągnąć, nie masz sprecyzowanego planu, to mając te nieograniczone możliwości wyboru, nie uda ci się zrobić nic.

Jako jedyny polski twórca miałeś okazję zadebiutować w berlińskim Kitty Yo, zostałeś także zaproszony do udziału w warsztatach Red Bull Music Academy. Czy w związku z tym zainteresowanie projektem Monosylabikk w Polsce rośnie?

Zainteresowanie rośnie, ale niekoniecznie związane z muzyką, bardziej na zasadzie: „Przyjedź, zagraj, choć jeszcze nie do końca wiemy co”. Red Bull Music Academy to na szczęście akcja, w której biorą udział ludzie z pewnym nastawieniem, nie angażujący się za bardzo w korporacyjne sprawy, nie traktujący muzyki na zasadzie udziału w reklamie. To po prostu działanie, które zbiera do kupy określonych młodych ludzi i ich edukuje. Dzięki niemu spłynął na mnie lokalny splendor w postaci kilku artykułów w prasie i audycji w radio [śmiech] Ale w związku z nim właśnie, pojawiły się też pierwsze propozycje, tylko mniej związane z muzyką, a bardziej z otoczką tego co robię - ktoś widzi pieczątkę Red Bull Academy i proponuje mi granie, choć nawet nie do końca wie co gram.

Czy myślisz, że my jako Polacy mamy wrodzony duży poziom ignorancji dla sztuki, że traktujemy ją instrumentalnie, potrzebujemy „pieczątki” żeby kogoś zaprosić do klubu, dać mu szansę?

Myślę, że potrzebujemy takiego potwierdzenia, pieczątki, że coś się sprzeda, choć to działa tylko na krótką metę.

Czyli czujesz rozdźwięk między podejściem do muzyki u nas, a za granicą. Jak podchodzą do Twojej muzyki na Zachodzie?

Pozytywnie. W Polsce bywało różnie, na początku to były głównie negatywne oceny. Zawsze je przyjmowałem, śledziłem np. na internecie, chcę być z nimi na bieżąco. Sam byłem strasznie podjarany, a ze strony „środowiska” spotykały mnie opinie jeśli nie negatywne, to obojętne. Gdy zaczynasz, to oczywiście się tym przejmujesz, traktujesz bardzo osobiście, bo to coś związanego bezpośrednio z tobą. Z biegiem czasu nauczyłem się po prostu to trochę olewać. Gdyby ludzie wrzucili energię przeznaczaną na krytykowanie innych na stworzenie czegoś samemu, na pewno było by to z pożytkiem dla polskiej kultury. Mniej gadania, więcej robienia. Często może rzeczywiście tak jest, że ktoś, kto słucha bardzo dużo muzyki, ma lepsze pojęcie niż sam twórca w jakimś kontekście dana muzyka się znajduje, jak ją umiejscowić. Ale wydaje mi się, że w Polsce bardzo dużo ludzi nie chce się skonfrontować ze zrobieniem czegoś samodzielnie, że szybko się poddają, nie mają cierpliwości, a czasem trzeba poczekać, żeby coś dojrzało. Może stąd tak mało naprawdę dobrych polskich producentów. Zwłaszcza w czasach, gdy ogólny rozwój oprogramowania powinien iść na równi z poziomem tworzonej muzyki.

Lepiej współpracuje Ci się na Zachodzie?

Mam wrażenie, że tam ludzie są bardziej otwarci i mniej zachowawczy. Ale nie będę generalizował, w Polsce też jest wielu ludzi, z którymi dobrze mi się współpracuje.

Jaki więc masz pomysł na siebie w Polsce?

Ja mam pomysł na siebie w ogóle, gdziekolwiek jestem. Nigdy nie myślałam o sobie w wymiarze lokalnym, zawsze chcę robić to samo. Wyjechałem z Polski na rok, ale wróciłem, z chęci robienia czegoś tutaj. Mimo pewnych oporów, czy nawet kłód pod nogami. I chciałbym tutaj dalej działać, choć w dobie internetu możesz robić projekty z ludźmi skądkolwiek. Sporo rzeczy zauważyłem dopiero po powrocie, bo wiele dostrzega się dopiero po nabraniu odpowiedniego dystansu. Jest wiele do naprawienia, nie tylko w Polsce, ale w całym naszym regionie. Dominuje u nas chęć dogonienia zachodu. Jeśli to jest motorem do działania to bardzo dobrze, jeśli tylko kopiowaniem, to niestety nie.

Dzięki za rozmowę.

[Hubert Kostkiewicz]